„Wokół kopalni co kilkanaście metrów stał bojowy wóz piechoty, a naprzeciw bramy, przy której dziś stoi pomnik – do natarcia szykował się większy i cięższy czołg typu T-54 lub T-55. Z góry dolatywał szum śmigieł helikoptera. Nagle rozległ się huk wystrzału, potem następne. Kopalnię zasnuły kłęby dymu”.

15 grudnia 1981 r. przez kilka godzin stałem w ogromnej (w dzisiejszej rzeczywistości trudnej do wyobrażenia) kolejce po chleb. Wokół bez przerwy jeździły karetki pogotowia. Ktoś puścił plotkę, że ZOMO pacyfikuje kopalnię „Wujek”. Później okazało się, że nie był to „Wujek”, lecz „Staszic”. Wówczas jednak wiedzieć o tym nie mogłem. Gdy tylko udało mi się dostać długo wyczekiwany bochenek, czym prędzej udałem się pod „Wujek”. Przed kopalnią kłębił się kilkusetosobowy tłum, głównie kobiet: matek, żon, sióstr i narzeczonych górników, którzy, w roboczych kaskach, gromadzili się przy płocie, na całej niemal jego długości. Na budynku, gdzie mieściła się łaźnia zawieszony był sporych rozmiarów transparent: „strajk okupacyjny”. Czuło się doniosłość chwili. I chociaż milicji ani wojska nie było w pobliżu, atmosfera zdawała się być bardzo napięta. Górnicy byli bojowo nastawieni. Odgrażali się, że tanio skóry nie sprzedadzą. Śląsk cieszył się wcześniej opinią „uległego” wobec komunistycznego reżimu. Taką opinię zdawali się podzielać górnicy, co jednak dodatkowo utwierdzało ich w przekonaniu o słuszności oporu.

Skoro u nas panuje taki duch, to jak musi być w reszcie kraju, zwłaszcza na Wybrzeżu, gdzie narodziła się „Solidarność” – powtarzano tu i ówdzie. Krążyły pogłoski o masowych dezercjach żołnierzy, o formowaniu się oddziałów partyzanckich. Co rusz można było usłyszeć jakąś równie „budującą” wiadomość. Spędziwszy pod kopalnią kilka godzin, czułem się zmęczony i zziębnięty. Na przystanku na Mikołowskiej wsiadłem do autobusu. Ledwie autobus ruszył, zaraz się zatrzymał. Wokół panował potworny huk wywołany przez silniki czołgów, które przecinając ul. Mikołowską, wjeżdżały do Parku Kościuszki. Nikt z przyglądających się tej scenie nie miał wątpliwości – jutro kolej na „Wujka”. Następnego dnia, gdy tylko wstałem z łóżka, natychmiast pobiegłem pod kopalnię. Wojsko i ZOMO właśnie zajmowały pozycje do ataku. Cała ul. Mikołowska, cała ul. Gallusa – wszędzie pełno było wojskowego sprzętu, pełno było żołnierzy i milicjantów.

Wokół kopalni co kilkanaście metrów stał bojowy wóz piechoty, a naprzeciw bramy, przy której dziś stoi pomnik – do natarcia szykował się większy i cięższy czołg typu T-54 lub T-55. Z góry dolatywał szum śmigieł helikoptera. Nagle rozległ się huk wystrzału, potem następne. Kopalnię zasnuły kłęby dymu. Czołg z impetem staranował bramę. Tłum przed kopalnią zaczął gwizdać i skandować: „ges-ta-po, ges-ta-po…”. Po pewnym czasie w naszym kierunku ruszyła armatka wodna, silnym strumieniem wody ścinając z nóg tych, którzy znaleźli się najbliżej. Ktoś rzucił hasło, żeby zbudować barykadę. Wytoczyliśmy na jezdnię barakowóz, który stał w pobliżu. Jego przewrócenie wywołało entuzjazm, zarówno wśród górników jak i osób licznie zgromadzonych na osiedlu. Z tysięcy gardeł wyrwała się pieśń: „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Wokół nas bez przerwy wybuchały granaty z gazem łzawiącym. Oczy piekły niemiłosiernie. Próbowaliśmy je przecierać śniegiem. Ale to nie tylko, że nie pomagało, ale przeciwnie, nasiąknięty gazem śnieg tylko potęgował ból. Podczas jednej z prób odrzucenia granatu w kierunku zomowcow ten wybuchł mi w ręku. Na moment mnie zamroczyło. Omal nie straciłem przytomności. W pewnym momencie przeciwko nam skierował się oddział zomowcow. W jego kierunku posypał się grad kamieni. Skandowane „ges-ta-po, ges-ta-po… ” odezwało się ze zdwojoną siłą. Nie wytrzymaliśmy nerwowo ataku i kiedy zomowcy znaleźli się w odległości kilku metrów od nas, rzuciliśmy się do ucieczki. Gdy tylko jednak zaprzestali pościgu, chwyciliśmy w dłonie kamienie i ruszyliśmy do kontrataku. Sytuacja taka powtórzyła się jeszcze kilka razy. Starcia na osiedlu trwały przez co najmniej trzy godziny. Kiedy w końcu zomowcom udało się nas rozproszyć, poszedłem pod gmach dyrekcji. Stały tam dwa Bojowe Wozy Piechoty. Nagle ujrzałem, jak w moim kierunku zbliża się czterech górników. Na głowach mieli czerwone kaski. Nieśli nosze. Leżał na nich górnik. Był nieprzytomny – miał ranę postrzałową głowy. Całą twarz miał zalaną krwią.

Wojciech Kempa

Portal slaskipolska.pl

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz