Wybory do Rady: monolog obserwatora

Pierwszy raz w życiu widziałam realnie istniejący elektorat Partii Regionów. Nie poszczególnych głupków, ale całą ich kolekcję. Getto. Miasteczko akademickie świadków poprawy. Teraz już nie będę winić wszechświata za niesprawiedliwość. I nie trzeba mówić o tym, że Galia jest rozpieszczona.

Zamierzając jechać na wybory do wsi Lipieckoje w rejonie Kotowskim obwodu Odesskiego, wyobrażałam sobie coś ciekawego i radosnego. Dlatego że, oczywiście, ludziom w obwodzie żyje się teraz bardzo trudno. I, oczywiście, rozumieją oni, że żyje im się źle dlatego, że u władzy jest tak wielu przedstawicieli Partii Regionów. I, oczywiście, nie polecą na Klimowskie ochłapy i zastraszanie. I, oczywiście, nie są idiotami ani bydłem – i nie będą głosować na tych samych. No co wy! Wszyscy oni przyjdą do lokalu, uznają swoje dawne błędy i postawią krzyżyki naprzeciw opozycji, „Swobodzie” albo (Boże broń, ale jednak) jakiemuś tam „UDARowi”. Bo przecież powinni rozumieć, prawda?..

I tak, Lipieckoje. Czterdzieści minut bezdroża od Kotowska. Ludność pod sześć tysięcy. Life w zasadzie nie łapie, MTS – tylko z średniej gałęzi drzewa przy drodze koło szkoły. Dla ostrości czyste powietrze, bardzo niskie i ciężkie niebo. Pięknie…

Jako że do komisji zapisywano mnie prawie ostatniego dnia, z innymi kolegami poznawałam się już bezpośrednio o szóstej rano na posiedzeniu komisji. Nienajlepszy moment na zawieranie znajomości, nieprawdaż? Było nas łącznie około trzydziestu – dwudziestu w komisji, inni jako obserwatorzy. Siły były nierówne: na trzech opozycyjnych (przewodniczący komisji i dwóch członków), jednego obserwatora ze „Swobody” i obserwatora „UDARu”, wystawiono diabelnie dużo regionałów (w tym sekretarza) i komunistów (oprócz członków komisji, od nich był jeszcze zastępca i większość obserwatorów). Wszyscy z jednej wioski.

Wszyscy się znają. Wszyscy rozmawiają między sobą po mołdawsku (niestety, cała moja znajomość mołdawskiego ogranicza się do urywków z „Pieśni o Gajawacie”, i nie wiem czemu tak się złożyło, że właśnie po mołdawsku, ale, tak, gdyby członkowie komisji nagle zaczęli rozmowę na temat Longfellowa, to bym ją podtrzymała).

Zaśpiewawszy o sobie „Teraz wszystko przeciw nam”, zaczęłam rozdawać instrukcje obserwatorom, wyjaśniając, jakich pułapek powinni się spodziewać od wyborców i komisji. Ze zgrozą zrozumiałam, że dotąd zupełnie niczego im nie mówiono. Nawet naszym członkom komisji ze sztabu opozycji. Ludzie szli na wybory tylko trochę wyobrażając sobie do czego sprowadza się ich funkcja.

Ja, jako bardzo odpowiedzialny element procesu wyborczego, miałam dbać o porządek przy kabinach i urnach, w żadnym wypadku nie dotykać kart wyborczych, unikać rozmów i kontaktu z wyborcami i jednocześnie wypełniać zadania obserwatora, ponieważ nasi obserwatorzy w ogóle żadnej pracy wykonywać nie chcieli. Nie, ogólnie zadanie było zupełnie nie dla mnie – biegać po całym lokalu, podczas gdy pozostali siedzą i się nudzą, zapisywać wesołe detale i ćwiczyć uwagę – stół, za którym będą fałszować wychwyciłam od razu.

Poprosiłam naszych obserwatorów, by na nich uważali i otrzymałam wspaniałą odpowiedź, na której w zasadzie można by zakończyć głosowanie w tym rejonie: ”tak no, oni się tam przecież wszyscy znają – kto tam niby będzie fałszować?”. Optymizmu dodawał fakt, że członkowie komisji należący do Partii Regionów i komuniści siedzieli obok siebie (w sensie, regionałowie koło regianałów, komuniści z komunistami), o tym, że trzeba by ich rozsadzić przewodnicząca komisji jakoś nie pomyślała.

Pomyślałam, i dobrze – będę nieść światło w naród, łapać za rękę gnuśnych fałszerzy i walczyć o demokrację, bo „któż, jeśli nie my, bracia?”.

Od samego rana zamęczałam wszystkich. To prawda – wszystkich. Przewodniczącą komisji – opowieściami o tym, jakich konkretnie fałszerstw należy oczekiwać, dlatego że przez cały dzień dochodziły do mnie informacje z innych okręgów o tym, co tam się dzieje, dlatego też próbowałam zapobiec temu u nas; członków komisji – tym, że nadążałam kontrolować także ich działania, czym wywoływałam straszne wzburzenie; obserwatorów, próbując zmusić ich do ruszenia się z miejsca i zakończenia świeckich rozmów z ludźmi, którzy przychodzili głosować.

Mój entuzjazm około dziewiątej doszedł do skrajności. W danym momencie zagłosowało około sto osób. Cóż za zuchy, myślałam. Jaka świadomość, jaki poziom społecznej świadomości – i obudzili się, i przyszli, no to znaczy, że i odpowiednio zagłosowali.

Kurde, coś z tym pieprzonym głupkowato-radosnym myśleniem i wiarą w ludzkość trzeba zrobić, bo będzie źle!

Wyrzuciłam prawie stuletnią babcię, która zamierzała głosować bez dowodu. Stanowisko mieszkańców – „Ją tu wszyscy znają, co też Pani robi?” babcia musiała iść po dowód i do nas wrócić (ot k…a stara, i trzeba ci tego było?). Nie pozwoliłam mężczyźnie zagłosować za córkę, która nie mogła przyjść. Łapałam ich wszystkich przy stołach członków „jury” i wyjaśniałam komisji, że to przestępstwo, że tak nie można, że w ogóle to tu są kamery. Nie wiem który z argumentów przekonał ich bardziej, ale stawiam na swój status „człowieka z centrum”. Coś tam jeszcze mętnego robiłam, regularnie przepisywałam cyfry z list osób, które zagłosowały i ciągle dzwoniłam i coś tam dyktowałam.

Masa krytyczna niezadowolenia komisji dopadła mnie, kiedy wyprowadzałam na korytarz babcię, która przyszła z reklamówką Partii Regionów, stała przed stołami, podniosła reklamówkę i zaczęła nią kręcić, demonstrując napis o stabilności i dobrobycie. Wyjaśniłam jej, że agitacja w lokalach wyborczych jest zabroniona i poprosiłam by zostawiła reklamówkę przy wejściu, u obserwatorów. „Co Pani, nie rozumie, ona przecież z cerkwi dopiero co! Ona zawsze z tą reklamówką chodzi! Co za różnica, co jest na niej napisane?” – krzyczano ze wszystkich stołów.

Jednak babcia okazała się posłuszną, zostawiła reklamówkę, zagłosowała i wyszła. Tak samo trzeba było postąpić z człowiekiem, który przyszedł w PR-owskiej czapeczce. „Daj mu spokój, on jest umysłowo chory” – syczeli nasi obserwatorzy. Chętnie uwierzywszy, bo zdrowi na umyśle nie chodzą w czapkach PR, mężczyźnie i tak nie dałam spokoju, póki nie schował czapki do kieszeni. Wtedy zdawało mi się, że od wszystkich tych niby drobiazgów zależy los niemalże wszechświata. Jeśli wygrać tutaj, to i rezultat wyborów będzie nie taki, nie prognozowany na Bankowej. Bóg jest w drobiazgach, aha.

Wtedy nie zaniepokoiło mnie ani to, że moje wyborcze babcinki ustawiają się do kolejki po okulary jednego z członków komisji, inaczej nie mogą przeczytać tego, co napisano w karcie wyborczej, ani to, że około czterdziestu procent odwiedzających kabiny także nie jest w stanie samodzielnie przeczytać listy kandydatów, ale to już dlatego, że są analfabetami – ludzie powinni byli, powinni byli zagłosować przeciwko Partii Regionów.

Niektórzy musieli czekać długo, bo ani członkowie komisji, ani obserwatorzy nie mieli prawa czytać kart wyborczych na głos. Czasem do kabiny wchodziło po dwóch trzech ludzi. Stojąc obok słyszałam, jak ludzie przekonują się, i jedyne, co rozbrzmiewało ciągle i zewsząd to „stawiaj tam, gdzie 20”. Bardzo rozśmieszyła mnie babcia, która przed wrzuceniem głosu do urny przeżegnała siebie, a także urnę. Jakże ją w tym momencie rozumiałam…

Gdzieś po pierwszej członkowie komisji otworzyli wódkę. Bardzo symbolicznie, uwzględniając rezultaty ostatnich sondaży. Wieczór przestawał być rozrzewnionym. Mój entuzjazm zaczynał powoli topnieć, widziałam, że ogromna ilość osób przychodzących głosować W OGÓLE NIE ROZUMIE co należy robić. Brali karty od członków komisji i od razu szli wrzucać je do urny – trzeba było iść je przechwycić i wysyłać ludzi do kabin. Nie wiedzieli oni co robić z kartami po tym, jak cos tam zaznaczyli, i zanosili te karty z powrotem członkom komisji. Co trzeci pytał, co trzeba postawić do kwadracika.

Ogólnie wszystko odbywało się spokojnie. Przewodnicząca komisji opowiadała mi, że fałszerstwa nie są u nas w planach, bo to – centrum wioski, i tu mieszka właśnie inteligencja, dlatego nie ryzykują. Tu uczucie realności zaczęło mnie trochę opuszczać. Do siódmej wieczorem wszystko było spokojnie – pomagałam sekretarzowi i przewodniczącej komisji pisać protokoły, kolejno zamieniając je, ponieważ praca rzeczywiście była piekielna – zaczęli oni rano i gdzieś po ósmej zaczęłam już ostatni protokół (szczerze życzę wszelkich nieprzyjemności człowiekowi, który wymyślił taką nazwę partii UDAR, że trzeba ją było z cudzysłowami i nawiasami rozpisywać w każdym diabelnym protokole). Ale jakże mogło obejść się bez przygód! Do przewodniczącej komisji zadzwonili z Okręgowej Komisji Wyborczej i zapytali czy prawidłowo wypełniliśmy wszystkie protokoły (formę protokołów zatwierdzali oni dzień wcześniej na wieczornym posiedzeniu – wtedy z OKW wyszło zarządzenie by wypełniać akt jak w karcie wyborczej – zaczynać od „Soboru”, przepisywać ilość głosów – zero – i postawić pieczęć „wyszedł”).

Przewodnicząca z rozdrażnieniem odpowiedziała, że oczywiście, gdyż nie jesteśmy idiotami. I tu zaczęło się szarzyć i zielenić w oczach. Szanowny przewodniczący OKW, zionąc ogniem krzyczał, że wszystko jest nie tak, że tych protokołów nie przyjmą i wszystko przepadło, dlatego, że jeszcze rano do nas dzwonili (!) i rozmawiali z naszym sekretarzem (!) (była to duża niespodzianka dla nas wszystkich, szczególnie dla sekretarza), przekazując najnowsze postanowienie.

Widziałam nawet jak nasza przewodnicząca okrutnie rzuciła w mówiącą słuchawkę by zauważyć, że telefon zaczął u nas działać o drugiej, dlatego rano nikt z nikim porozumieć się nie mógł. OKW poddała się i poprosiła by przekazać cztery prawidłowo wypełnione protokoły, a dla siebie zostawić jakie nam się podoba.

Mnie te mętne sztuczki bardzo się nie spodobały i poprosiłam naszego członka komisji by przedzwonić do sztabu i znaleźć dojście do jakiejś innej OKW, żeby dowiedzieć się, komu jeszcze przekazywali takie zarządzenie. Mądry przedstawiciel sztabu opozycji nie zdołał wymyślić niczego lepszego niż zadzwonić do NASZEJ OKW i wykłócać się z nimi jak właściwie należało wypełniać protokoły. I rzeczywiście, dlaczego z takim zespołem Zjednoczona Opozycja nie uzyskała większości, dlaczego, dlaczego?

Zaczęli przepisywać. Wszyscy rozdrażnieni, źli, głodni, senni, wszyscy się kłócą, chcą skończyć i się rozejść. Tak że cały czas się kłócili, zamiast pomagać nam z protokołami; zaczęliśmy liczyć głosy już po pierwszej. Ludzie szczerze nie rozumieli dlaczego to właśnie oni powinni tu siedzieć i liczyć i „nie można szybciej jakoś tego zrobić i iść spać”. Próbowali przepchnąć opcję „rozdzielmy stos i grupami szybciutko przeliczmy”. Przewodnicząca w tym momencie prawie się poddała, ale wasz Człowiek-i-prawo-i-porządek powiedział, że to nie przejdzie, wywołując u lipieckich przeciągły jęk rozpaczy.

Policzyliśmy dość szybko. Moja zdobycz była niewielka – kobieta, stawiająca krzyżyk na Klimowa na pustej karcie, i inna, już rozdzielając karty według partii, kilka razy prawie oddała zniszczoną kartę „regionałom”. Myślę, że wszystko to nie było umyślnie, a raczej z przemęczenia i monotonnego „regiony-regiony-regiony-regiony-komuniści-regiony-regiony-regiony-udar-regiony”. Ten głos śnił mi się jeszcze dwie noce. Udawało mi się na czas łapać ją ze rękę. „Patrz, jakie wielkie oczy” – kręcili głowami moi komuniści. Obserwatorzy, którzy stali za naszymi plecami nie robili w zasadzie nic. Jednak bardzo skarżyli się na zmęczenie: „oraliśmy – ja i traktor”.

Kiedy później pytałam opozycyjnego członka komisji dlaczego nawet nie próbował mi pomóc, wzruszył ramionami i mówił „przecież widziałaś te sterty kart na Klimowa, co by tu zmieniło te kilka głosów?”. Właśnie w tym momencie dotarły do mnie Dwie Wielkie Prawdy. Pierwsza – że wszystko w porządku, jesteśmy warci tego w czym żyjemy. I Druga. Śmieszna

Ludziom nie powinno się płacić za taką pracę, bo (wszystko na własnych przykładach) kiedy trzy lata temu nasza niewielka, ale ideowa grupa kibiców Arsienija Pietrowicza przed wyborami prezydenckimi mieszkała w sztabie, żyła sztabem, nie było czasu na nic oprócz sztabu, i nie to żeby nic za to nie dostawali, a sami wkładali wszystkie zasoby, tracąc po prostu cały swój czas, to wiedziałam, że nasi się wykładają i pracują gdzieś poza granicami swoich możliwości. Bowiem sami chcieli, sami przyszli, sami są winni.

Ci bohaterowie sztabu opozycji, w zasadzie nieźli ludzie, moi znajomi z Odessy, pobierający wypłatę ze sztabu, bardzo mocno bronią się by nie marnować się na takie głupstwa jak jakieś tam podliczanie głosów. „Przecież widziałaś, przegraliśmy na samym początku”.

Nie zerwałam się, nie zaczęłam krzyczeć i rzucać ciężkimi przedmiotami, nie zaczęłam używać wulgaryzmów i nie rozbeczałam się, choć bardzo się chciało – dawno nauczyłam się do najgorszych nawet sytuacji bez wyjścia odnosić się jak do czegoś, z czego można wyciągnąć jeśli nie doświadczenie to chociaż wesołe historie na przyszłość.

Dlatego.

Pierwszy raz w życiu widziałam realnie istniejący elektorat Partii Regionów. Nie poszczególnych głupków, ale całą ich kolekcję. Getto. Miasteczko akademickie świadków poprawy. Teraz już nie będę winić wszechświata za niesprawiedliwość.

W którymś momencie, kiedy wydawało mi się, że szczęścia już nigdy nie będzie – to było gdzieś koło czwartej rano, kiedy wszyscy po raz kolejny pokłócili się z powodu protokołów, i zaczęłam krzyczeć, głośno krzyczeć – zamknęłam oczy i zaczęłam kolejno wspominać swoich przyjaciół – realnych i wirtualnych – z różnych regionów, szczególnie wschodnich, udowadniając swojej świadomości, że moje otoczenie – to właśnie jest świat, to prawda, to życie, a to co widzę przed sobą – to jakiś niskobudżetowy horror… i udało mi się. Jak w kreskówkach, wokół znowu zaczęły rozkwitać kwiaty, szczebiotać ptaki, zaśpiewały disnejowskie księżniczki, i pokonałam złe czary.

Po czwartej zawieźliśmy protokoły do OKW, nasz obwód, oczywiście, nie został przyjęty, dlatego, że była kolejka, wiec nie czekałam na rozwiązanie i wróciłam do cywilizacji. I jeśli w tą Noc Walpurgi wydawało mi się, że już nigdy, nigdy, NIGDY nie będę podejmować takich idiotycznych decyzji, to teraz, odespawszy i ogrzawszy się, znów jestem gotowa na to, że „w każdym z nich należy zabić smoka”.

I nie jest mi już nawet wstyd za ten patos – Ukraina będzie żyć. Nie ma innych opcji.

Autorką tekstu jest blogerka v_siberia[link=http://v-siberia.livejournal.com/41502.html]

Źródło: „Argument”

Tłumaczenie: SF

forma płatności