Wilczym szlakiem

„Puszcza, która przez tyle lat była jego domem, ukołysała go do wiecznego snu. Nie miał grobu. Dzikie zwierzęta rozwłóczyły jego szczątki.”

O słynnym Zgrupowaniu Stołpecko-Nalibockim AK słyszał pewnie każdy miłośnik Kresów. Można o nim przeczytać we wspomnieniach jednego z najbardziej znanych jego dowódców, cichociemnego, porucznika Adolfa Pilach „Góry-Doliny” („Partyzanci trzech puszcz”), czy też w publikacjach o nim („Góra-Dolina” Adolf Pilch) i wielu, wielu innych opracowaniach.

Doktor Grzegorz Łysoniewski, historyk i nauczyciel z Białej Rawskiej „przekuł” wszystkie te materiały w powieść. Efekt jego pracy ukazało czytelnikom Wydawnictwo LTW w postaci książki „Wilczym szlakiem. Opowieść o partyzantach z Puszczy Nalibockiej”. Akcja powieści rozpoczyna się w 1942 roku, w czasie tworzenia pierwszych polskich oddziałów partyzanckich w nalibockich lasach. Powieść zamyka się gdzieś w końcu lat 40-tych, kiedy to „dzikie zwierzęta rozwłóczyły szczątki” ostatnich nalibockich partyzantów. Wydarzenia w niej opisane rozgrywają się przede wszystkim w Puszczy Nalibockiej i jej okolicach. Sporadycznie akacja przenosi się też w inne miejsca, do Warszawy, Moskwy, Lidy. Zaś w końcowych „akordach” na tereny po zachodniej stronie Bugu a nawet Wisły, gdzie kresowi akowcy bili się z Niemcami na ścieżkach „wydeptanych” jeszcze przez pierwszego partyzanta – „Hubala”.

Akcja powieści zbudowana jest na motywach przygód trzech przyjaciół, partyzantów: „Granita”, „Szpona” i „Mirona”. Ów ostatni był Białorusinem, co zapewne nie zostało przez autora podkreślone przypadkowa, szacuje się bowiem, że w stołpeckim batalionie ponad 40% akowców stanowili Białorusini. Trzej główni bohaterowie, to postacie fikcyjne, jednak pod ich dzieje można „podpiąć” losy niejednego kresowego partyzanta. Prócz tego, na kartach powieści spotykamy postacie autentyczne, dowódców akowskich: pułkownika Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”, kapitana Janusza Szlaskiego „Prawdzica”, porucznika Kacpra Miłaszewskiego „Lewalda”, dowódców sowieckich i wielu innych.

Autor tak „prowadzi” losy głównych bohaterów, że możemy zapoznać się z najważniejszymi akcjami zbrojnymi przeprowadzonymi przez kresowych akowców, poczynając od uderzenia na Iwieniec a kończąc na działaniach pod Warszawą i w niej samej. Tam zaś gdzie ów zabieg pisarski się nie udał, uzupełnia fabułę komentarzem historycznym, dzięki czemu Czytelnik może płynnie zapoznać się z dziejami nalibockich akowców na tle zmieniającej się sytuacji historycznej.

Niewątpliwie mocną stroną powieści, jest to, że udało się autorowi doskonale oddać napięty klimat tamtego czasu. Odczuwa się to zwłaszcza w czasie gdy akcja powieści dzieje się na Kresach. Tam akowcy, ale też i ludność polska i białoruska żyje w ciągłym napięciu i strachu przed … nie, okazuje się, że w pierwszej kolejności nie przed Niemcami a sowiecką i żydowską partyzantką. To sowieci przede wszystkim grabią i tak przymierające głodem wioski, odbierając nieraz ostatnią świnię, po to by zrobić z niej kiełbasę, która … poleci do Moskwy. To sowieci pacyfikują Naliboki mordując bez mała 200 ich mieszkańców zwłaszcza młodych i silnych mężczyzn po to, by ci nie poszli do polskiej partyzantki. To sowieci grabią i palą polskie majątki mordując ich właścicieli. To sowieccy „sojusznicy” wycofują się bez walki podczas wspólnej akcji przeciw Niemcom, pozwalając by ci rozbili polskich partyzantów. I na koniec to oni właśnie podstępnie rozbijają polskie zgrupowanie, aresztując dowódców, mordując żołnierzy i wcielając ich do swoich oddziałów. Czy można zatem dziwić się, że porucznik Pilch zgodził się na zaproponowany przez Niemców rozejm? Czy można nazwać go kolaboracją? Mówiąc dosadnie: mogą tak uważać tylko „wypindrzone paniczyki z Warszawy”.

Barwne postacie głównych bohaterów, doskonale zbudowana akacja rozgrywająca się na tle pięknej kresowej przyrody, sprawiają, że „Wilczym szlakiem”, to lektura niesamowicie wciągająca. W zasadzie od pierwszych stron powieści, nie chce się odkładać jej na później i brnie się przez jej stronnice nie bacząc na upływający czas i porę dnia, aż dociera się do jej smutnego zakończenia.

Wiele myśli i refleksji przychodzi wówczas do głowy. Jedna z nich jest taka, że człowiek uświadamia sobie, że oto ma przed sobą kolejny, niemal gotowy scenariusz na doskonały film, który mógłby zawierać to wszystko co może podobać się i być pożyteczne i dla młodzieży i dla starszych: wartka, prawdziwa akacja, twardzi bohaterowi, patriotyczne motywacje i piękna przyroda. Czy ktoś kiedyś wreszcie weźmie się za robienie takiego kina? Czy wymaga to aż tak wielkich funduszy, skoro jak grzyby po deszczu rosną w naszym kraju grupy rekonstruktorów-pasjonatów, którzy nieraz za przysłowiową miskę kaszy godzą się brać udział w takich filmach? Czy długo przyjdzie nam jeszcze czekać?

Inna refleksja jest chyba jeszcze bardziej gorzka. A na imię ma „kolaboracja”. Lekko szafowali słowem tym, albo jego odpowiednikami, „panowie dowódcy” siedzący gdzieś w Warszawie, albo Londynie. Kolaborantem był „Góra”, kolaborował Mackiewicz, za zdradę niemal uważano porozumienie „Irki” z upowcami itd. itd. I bezsilna złość bierze na tych wszystkich Sosnowskich, Komorowskich i innych, dla których „czystość” polskiego munduru ważniejsza była niż stosy polskich trupów. Dla których „Góra” był kolaborantem za to, że nie dał się zamordować z resztkami ocalałych z sowieckiego pogromu partyzantów. Za to, że wziął od Niemców broń do tego by siebie i polskich i białoruskich mieszkańców Ziemi Nowogródzkiej bronić przed sowieckim terrorem. Dowództwo z Warszawy czy Londynu broni mu nie przysyłało, tylko stanowcze rozkazy i ultimatum. Dowództwo żyło jak w jakimś innym świecie. Po Katyniu i innych alarmujących doniesieniach z Kresów wciąż naiwnie wierzyło, że możemy wystąpić w roli gospodarza przed wkraczającymi sowietami. Nie nauczyło ich nic, ani Grodno 1939, ani Katyń, ani operacja „Ostra Brama”, ani wreszcie największa tragedia – Powstanie Warszawskie. Nadal jak ćmy do ognia leźli na negocjacje z sowietami nie rozumiejąc, że sowiet liczy się tylko z tym, który ma za sobą pancerne dywizje, a nie sprzedajnych sojuszników (z którymi zresztą dawno już się dogadali). Tych zaś, którzy to rozumieli i przed „wyzwolicielami” się bronili nazywano kolaborantami i „obdarowywano” wyrokiem śmierci. A tymczasem wygląda to tak, jakby właśnie najwyżsi dowódcy kolaborowali. W każdym razie efekt ich idiotycznych rozkazów z całą pewnością szedł na korzyść jedynie naszym wrogom.

Jacek Kaczmarski śpiewał kiedyś: „Bo w tym kraju ten bohater komu mordę skują” Pilch i jemu podobni nie dał jej sobie skuć, za to dostał po mordzie od swoich. Wina jego jest taka, że nie dał się honorowo zabić albo wywieźć na Łubiankę (inna opcja raczej nie wchodziła w grę). Nie jest ważne, że śmierć ta byłaby bezsensowna, ważne że dumna, że później, kiedy może z Bożej łasi odzyskamy niepodległość, będzie można takiego człowieka pokazywać jako wzór. Zawsze w takich sytuacjach wspominam słowa mojego dziadka, któremu udało się przeżyć i syberyjskie mrozy i perskie upały, i który w końcu wrócił do ojczyzny. Ona zawsze powtarzał: „Co mi po zwycięstwie, jak ja żył nie będę”. I gdyby nie ta jego postawa i mnie nie byłoby na świecie…

Krzysztof Wojciechowski

Polecam czytelnikom naszego portalu stary program „Rewizja nadzwyczajna”, w którym Dariusz Baliszewski rozmawia z majorem Adolfem Pilchem „Góra-Dolina”, to unikalny materiał:

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz