„Na zjazdy przychodzili nie tylko deputowani różnych szczebli, ale też ludność. Polacy zbierali się wokół tych budynków w których odbywały się posiedzenia. Przyjeżdżali samochodami, przychodzili tłumem i czekali co my postanowimy” – wspomina działaczka ruchu na rzecz autonomii Wileńszczyzny Teresa Paramonowa.

Karol Kaźmierczak: Spotykamy się w Rudominie, w rejonie wileńskim. Czy tutaj się pani urodziła i wychowała?

Teresa Paramonowa:Nie, urodziłam się we wsi Żuklańce pod Ejszyszkami. W tej wsi mieszkali Polacy, ale wokół żyli Litwini. Paramonowa jestem po mężu Rosjaninie, z którym przeżyłam osiem lat po czym rozwiodłam się. Z domu nazywam się Molis. Po mamie pochodzę ze szlachty. Brat mamy walczył za Polskę w 1939 roku. Tato był z litewskich stron, spod Olkiennik, ale mama po polsku go wyuczyła i kiedy brał paszport zapisał się Polakiem. Męża poznałam w czasie studiów na uniwersytecie kaliningradzkim w Königsbergu, gdzie ukończyłam biologię. Był rosyjskim marynarzem. Mama był na tyle przeciw temu, że wychodzę za Rosjanina, że wesele urządziła mi siostra w rodzinnej wsi. Mama z tatą żyli już wtedy z resztą rodziny gdzie indziej, bo nas było pięcioro rodzeństwa. Pamiętam, że uczyłam mojego Rosjanina katechizmu, bo żeby wziąć ślub przeszedł na katolicyzm. A on był aż z Penzy z odległej Rosji. Byłam, krótki czas kierowniczką szkoły początkowej pod Ejszyszkami. Z mężem wyjechałam do Penzy, ale nie mogłam wytrzymać tam na Uralu. Co ciekawe w szkole dyrektorem był tam Polak Sokołowski. Mimo, że już po półtorej roku otrzymaliśmy piękne dwupokojowe mieszkanie, nie mogłam tam wytrzymać. W Penzie urodziłam pierwszego syna. Z nim uciekłam nocą w 1964 roku i wróciłam na Wileńszczyznę. Mąż przyjechał za mną, przeżyliśmy tu cztery lata, ale on nie mógł tu wytrzymać i wzięliśmy rozwód. Po powrocie mieszkałam w Wilnie u rodziców. To mama wychowała mnie w polskości. Razem śpiewałyśmy polskie pieśni. A jak tylko ktoś odzywał się przy stole po białorusku zaraz upominała, albo mówiła „Nie rozumiem, co ty chcesz powiedzieć”. To wszystko zasługa mamy. Po powrocie zaczęłam pracować w szkole w Rudominie jako nauczyciel biologii. Przez siedem lat byłam wicedyrektorem w szkole gdzie były klasy polskie, litewskie i rosyjskie. W szkole rozpowszechniałam polskojęzyczny dziennik „Czerwony Sztandar”. W tej sprawie wywołał mnie dyrektor – Rosjanin i mówi: „Pani Tereso, chce pani posadzić mnie i siebie samą do więzienia? Ja nic o tym nie chce wiedzieć”. A ja na to: „I bardzo dobrze” i działałam dalej.

K.K.: Jak była sytuacja materialna mieszkańców rejonu wileńskiego?

T.P.:Ludzie żyli biednie. Choć nie powiem by teraz żyli znacznie lepiej. Jest tu duże bezrobocie, ludzie mało zarabiają, młodzi wyjeżdżają. W czasach radzieckich wszyscy pracowali w kołchozie. Prawda taka, że kto gdzie pracował stamtąd wynosił. Nawet prosiaki małe wynosili za pazuchą. Ludzie mieli swoje działki, na nich uprawiali i hodowali. Można było przeżyć bo ludzie mieli swoje mleko, masło i mięso. Inteligencja zarabiała bardzo mało. Jako nauczycielka klas początkowych ja zarabiałam 77 rubli. Kiedy miałam dwoje dzieci stale pomagali mi rodzice. Pracowałam na dwa i pół etatu, bez wolnych dni. W 1985 roku zbudowali w Rudominie ogromną fermę kurczaków. Do tej pory produkuje ona mięso na całą Litwę. Zatem ludzie pracowali w tej fermie i w kołchozach. A inni w Wilnie, gdzie było bardzo dużo fabryk. W niepodległej Litwie wszystkie upadły. Teraz co Litwa produkuje? Nic.

K.K.: Jak układały się w Rudominie relacje między przedstawicielami różnych narodowości?

T.P.:W trójjęzycznej szkole najwięcej było klas rosyjskich. Zawsze było tak, że jeżeli na roku były cztery klasy, to dwie klasy były rosyjskie, jedna polska i jedna litewska. W urzędach też przeważnie byli Rosjanie, chociaż czasem trafiali i Polacy, na przykład Stanisław Akanowicz. Do administracji rejonowej trafił także znamienity Polak Anicet Brodawski, wcześnie dyrektor rejonowego Technikum Rolniczego. A potem jak przyszła wolna Litwa, to był wybuch patriotyzmu litewskiego, ja dobrze Litwinów rozumiem, i wybuch patriotyzmu polskiego. Oba w tym rejonie. Trudno powiedzieć czy było gorzej czy lepiej niż wcześniej. Zaczęły się konflikty. Litwini zaczęli się źle zachowywać wobec nas. Pamiętam sytuację z niedalekiego sklepu gdzie zamówiłam po polsku, a oni do mnie po litewsku odpowiadają: „Nie rozumiem, proszę mówić po litewsku”. Wcześniej nikt nie robił uwag z tego powodu, a wtedy ludzie zaczęli się bać rozmawiać po polsku w autobusie. Taka była atmosfera.

K.K.: Kto za to odpowiadał? Sajudis?

T.P.:Nawet nie Sajudis. Zwykli Litwini. Wtedy nawet wiele rodzin się rozpadło. Nie chcieli przyjmować Polaków do pracy. Przecież w tym czasie nawet do nazwisk zaczęli dodawać litewskie końcówki. A przecież Wasilewski to Wasilewski, nie Vasilevskis.

K.K.: Pod koniec lat 80 wraz z pieriestrojką nastąpiła polityczna liberalizacja.

T.P.:Ja od razu weszłam w to odrodzenie polskości, w tę burzę. To było moje życie. Mama tak mnie wychowała. My już przez trzy lata przed powstaniem Związku Polaków na Litwie zbieraliśmy się tajemnie w leśniczówce. Nie pamiętam już gdzie to było dokładnie, albo pod Mejszagołą, albo Mickunami. Polska inteligencja z całego rejonu wileńskiego. Dwa razy zebraliśmy się na dłużej. Byłam ja, dyrektor szkoły w Niemieżu Bujanowski, z Mickun dyrektor szkoły Awłoseewicz, starościna Rukojń Leonarda Sapkiewicz – ona potem była przewodniczącą Rady autonomistów. Podjeżdżaliśmy tak aby nikt nas nie widział. Mnie zabierał pracujący wówczas w rejonowym Komitecie Wykonawczym Stanisław Akanowicz. Rozmawialiśmy o tym jak założyć polską organizację, jak zbierać ludzi, wtedy jeszcze takich, którzy nas nie wydadzą. Pamiętam jak dzieliliśmy się zdaniami. Jako pedagog zajmowałam się oświatą. Ktoś mówił, mi że w takiej lub takiej wiosce nie ma polskiej szkoły. Brałam samochód i swoich działaczy, i chodziliśmy do rodziców. Mówiliśmy im: „My Polacy, oddajcie dzieci do polskiej szkoły. Domagajcie się polskiej szkoły”.

K.K.: 15 września 1989 roku rada rejonu wileńskiego ogłosiła go polskim rejonem narodowym.

T.P.:W czasie sesji wiosek postawił chyba Brodawski. Wszyscy deputowani występowali, mówili, że chcemy więcej polskich szkół, żebyśmy mogli tworzyć koła Związku Polaków, co było prawie zabronione.

K.K.: Kiedy zetknęła się pani z ideą autonomii Wileńszczyzny? Zaangażowała się pani w ruch autonomistów?

T.P.:Ja wchodziłam w skład Rady Koordynacyjnej. Byłam na pierwszym zjeździe w Mickunach w maju 1989 r. bo byłam deputowaną rady rejonu wileńskiego z ramienia kolektywu pracowniczego szkoły. Na zjeździe było wielu ludzi. Jaki tam był patriotyczny nastrój! Ile było u ludzi radości. Aż łzy stają w oczach. Zjazd odbywał się w budynku miejscowej szkoły. Liderem był wtedy Pieszko. Potem także Brodawski. Akanowicz nie ułożył sobie z nim współpracy. Nie współpracował także Jan Sienkiewicz, ówczesny prezes Związku Polaków na Litwie. Brodawski dołączył się później, bywał na spotkaniach Rady. Radę powołano na pierwszym zjeździe. Ja też byłam od początku. Występowałam na kolejnych zjazdach. Jeden zjazd nawet prowadziłam. Przyjechał do mnie Stanisław Pieszko i mówi: „Tereska, ty musisz poprowadzić”. Ja się opierałam a on na to, że „ty musisz bo ty potrafisz”. Program był przygotowany. Łącznie z listą przemawiających. Na zjazdy przychodzili nie tylko deputowani różnych szczebli, ale też ludność. Polacy zbierali się wokół tych budynków w których odbywały się posiedzenia. Przyjeżdżali samochodami, przychodzili tłumem i czekali co my postanowimy. Prowadziłam zjazd w Mościszkach razem ze Zdzisławem Palewiczem z Solecznik. Przyjechał tam Landsbergis. Oddali mu głos. Przemawiał po polsku. Zdecydowali się wręczyć mu kwiaty. A któż miał wręczać? Podbiegł do mnie Maciejkianiec i powiedział mi abym wręczyła bukiet. Ja mu wręczyłam na scenie, chociaż wcale go nie oczekiwaliśmy.

K.K.: Jak działała Rada Koordynacyjna?

T.P.:Sama Rada Koordynacyjna zbierała się nie bardzo otwarcie. Ukrywaliśmy się nieco. Na przykład w szkołach. Zawsze zamykaliśmy drzwi. Oficjalnie nie byłam sekretarzem Rady, ale prowadziłam protokoły jej posiedzeń. Rada w swojej szerokiej formule spotykała się raczej nie częściej niż raz na kilka miesięcy. Szczególnie przed zjazdami. Częściej spotykaliśmy się jako działacze na rzecz autonomii z rejonu wileńskiego. Co najmniej raz na dwa tygodnie. Posiedzeniami Rady kierował zwykle Stanisław Pieszko, Bernard Awłosewicz z Mickun, także Ryszard Maciejkianiec dużo przemawiał, ale on nigdy nie siadał za stołem prezydialnym, był bardziej bojaźliwy, zawsze siedział z tyłu sali. Aktywny w pracach Rady był również Adam Monkiewicz z Solecznik. Początkowo pojawiał się Edward Tomaszewicz z Mickun, bywał także Leon Jankielewicz z Solecznik. Nie pamiętam by na początku pojawiał się Brodawski, ale on był bardzo aktywny. Do tej pory pamiętam nawet jak rozmowy prowadziliśmy w jego samochodzie. Początkowo w tej całej zawierusze był nawet Okińczyc, ale on szybko zniknął.

K.K.: Czy w Radzie Koordynacyjnej zasiadali także reprezentanci innych rejonów poza wileńskim i solecznickim?

T.P.:Na pewno był ktoś z Wilna. Ale to już później. Nie pamiętam dobrze. Dawno pamięci nie ożywiałam, odwrotnie – starałam się nie mówić o tym. A czy byli z innych rejonów? Był jeden reprezentant rejonu trockiego na pewno. Łącznie w zebraniach Rady brało udział zwykle kilkanaście osób. Często zbieraliśmy się zespołach rejonowych. My z rejonu wileńskiego, ci z Solecznik u siebie. Najczęściej zbieraliśmy się w szkołach: w Niemieżu, Mickunach, raz w Wilnie, w Rukojniach.

K.K.: Czy kiedykolwiek na zebraniach Rady Koordynacyjnej pojawiał się prezes Związku Polaków na Litwie?

T.P.:Nie pamiętam by Jan Sienkiewicz się pojawiał. Nie wiem czy był zapraszany.

K.K.: Jaka była koncepcja tej autonomii? Na zjeździe w Ejszyszkach proklamowano przecież Polski Kraj Narodowo-Terytorialny, a na zjeździe w Ejszyszkach uchwalono jego Statut.

T.P.:Miała to być taka republika w republice. Nikt nigdy nie uchwalił, że my chcemy oddzielić się od Litwy. To jest także moja Litwa i chcieliśmy mieć polską część. W autonomii wszędzie miał być dopuszczony język polski: w szkołach, w urzędach. Miały być środki na kwestie kulturalne. Litwini mieli uznać, że tu jesteśmy i że nasza tożsamość jest tożsamością polską, bo Kraj Wileński był zawsze polską ziemią. Inaczej niż w Solecznikach u nas biało-czerwonej flagi nie wywiesili. Może dlatego tych z Solecznik sądzili, a u nas aresztów nie było. Natomiast zmieniło się nastawienie ludzi. Zaczęli rozmawiać po polsku. Litwini im zwracali uwagę, to ci naumyślnie znów po polsku gadają.

K.K.: Litwini po puczu Janajewa, kiedy znikło już dla nich zagrożenie, zdecydowali się na stłumienie polskiego ruchu autonomicznego.

T.P.:Odwołali radę rejonową. Komisarzem rządu został w rejonie Arturas Merkys. Nie było żadnych wyborów do 1993 roku. Przyszli, zamknęli i zajęli gabinety, zajęli gabinet Brodawskiego – pamiętam jak dzwonił do mnie jeden z naszych działaczy. Zrobili tam przeszukania. Wszystkich Polaków wypędzili ze stanowisk w administracji. Poszła straszna czystka. Szczególnie w działach kultury i oświaty. Zmienili też przewodniczących kołchozów. Zabronili pracownikom administracji należeć do polskich organizacji społecznych, kategorycznie zabronili. I przede mną był wybór czy pozostawać zastępcą dyrektora szkoły czy kontynuować pracę w organizacji polskiej. Poszłam więc z podaniem o zwolnienie. Przyjechał kierownik wydziału oświaty, który akurat był mądrym Litwinem, nazywał się Trynkauskas. I on mi mówi: „Dobrze pracujesz, dyrektor chce abyś została, dzieci cię lubią, zostać. Polityka się zmieni”. Ale potem ktoś mnie zdradził, że byłam w Radzie Koordynacyjnej. Potem robili u mnie przeszukania. Trzy razy wzywała mnie Prokuratura Generalna. Pamiętam jak mnie chcieli kupić. Przesłuchiwało mnie trzech młodych, przystojnych mężczyzn. Kulturalnie bardzo, ściągali mi płaszcz. Jeden siadał z przodu, drugi z tyłu, trzeci z boku. I tak mnie wypytywali. Przede wszystkim o to kto należał do Rady Koordynacyjnej. O protokoły. Ale niczego się nie dowiedzieli i niczego u mnie nie znaleźli. Wcześniej robili przeszukania u przewodniczącej Rady Leonardy Sapkiewicz. Ona zadzwoniła i powiadomiła mnie o tym. U mnie wszystko przetrząsali w tym dużą bibliotekę. Każdą książkę. Pokazywali mi publikację w litewskiej gazecie, w której byłam wymieniona jako członek Rady Koordynacyjnej. Wzywali mnie trzykrotnie. Jedno przesłuchanie trwało siedem godzin. Co jeden trzaśnie dokumentami to drugi zaczynał wypytywać. Ostatecznie procesu mi nie wytoczyli. Monkiewicz z Wysockim uciekli na Białoruś, a Jankielewicz poszedł przed sąd.

Przy Merkysie przyjęte było konkretnie, że po polsku to sobie możemy rozmawiać przy piecu, w domu. Ludzie bali się po polsku rozmawiać. Dopiero jak potem, po przywróceniu samorządu, zostałam wicemerem rejonu na dwie kadencje w latach 2000-2008, to zaczęliśmy do swoich o polsku mówić. Jeszcze wtedy się bali. My do nich mówimy po polsku, a oni do nas po litewsku. Na tyle ich zastraszyli. Zaczęli przerabiać nazwiska, nawet imiona. Pamiętam jak w szkole polskiej pozmieniali wszystkie napisy na litewskie. A w dzienniku pozmieniali nazwiska i imiona uczniów. Anna stała się Aną – po litewsku. W ciągu dwóch tygodni zlikwidowali kołchozy, to rozbierali, rozkradali. A później zaczęli ziemię rozdawać pod budowę domów. I już Litwini po całym rejonie zasiedleni. Już ich prawie połowa ludności. Każdy z głębokiej Litwy mógł swobodnie przyjechać i otrzymać tutaj działkę. A Polakom nie dawali bo ziemi nie wystarcza. To było specjalnie aby zająć polską ziemię. I do dzisiaj tak jest.

Czytaj także: Jan Sienkiewicz z Solecznik: My też chcieliśmy wolności

Projekt „Autonomiści. Historia dążeń do autonomii Wileńszczyzny” sfinansowany został ze środków Senatu RP oraz Stowarzyszenia Odra-Niemen.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz