Polska neokonserwatywna prawica chętnie odwołuje się do mitu „nowej zimnej wojny”, to znaczy kolejnego starcia Rosji i krajów zachodu, które ma przybierać na sile od czasu kryzysu na Ukrainie. Ignorują oni przy tym zupełnie obecny kontekst geopolityczny. Ludzie ci, uważający się w większości za konserwatystów i realistów są jednak w istocie liberałami, wierzącymi w pewien utopijny, idealistyczny model rzeczywistości, w którym zło zawsze ściera się z dobrem. Wbrew ich przekonaniom nowej zimnej wojny – starcia dobra i zła – po prostu nie ma. Jest za to odwieczny koncert mocarstw.
Piotr Zaremba, publicysta WSieci, ogłosił ostatnio w programie „Minęła dwudziesta”, że Polska jest w stanie półwojny z Rosją. Wypowiedź ta była komentarzem do ostrzeżeń Władimira Putina, mówiącego że Rosja zareaguje na rozmieszczenie elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce i Rumunii. I w zasadzie trzeba by zgodzić się z tą opinią, jednak zapytać należy także kto do takiej sytuacji doprowadził i czemu władza nie robi nic, by ten katastrofalny stan rzeczy odwrócić? Nie ma wątpliwości, że interesy Polski i Rosji są sprzeczne w wielu punktach. Jednak wynika to nie tylko z położenia ale także z odmiennego statusu naszych krajów. Rosja, wbrew życzeniowemu myśleniu polskich neokonserwatystów nadal jest, i przez długi czas pozostanie, potęgą. Rosja ma nadal liczący się potencjał wojskowy i przemysłowy, a także, jak pokazały ostatnie wydarzenia w Syrii i na Ukrainie, zdolność projekcji siły poza granicami kraju. Wreszcie ze względu na swój potencjał atomowy Rosja musi być i będzie jeszcze długo zaliczana do grona mocarstw. Oczywiście jest ona nieporównywalnie słabsza od Chin czy USA, jednak w obecnym, wielobiegunowym świecie państwo to nadal ma sporą możliwość manewru, którą zapewne wykorzysta, być może naszym kosztem. Dlaczego więc Polska, państwo słabsze, przyjmuje postawę konfrontacyjną wobec pobliskiego mocarstwa? Czy naprawdę polscy politycy wierzą, że nasz obecny zagraniczny protektor ma jakiś interes w rozpadzie lub w szczególnym osłabieniu Rosji?
Rosja – imperium zła czy „niedźwiedź broniący swojej tajgi”
Środowiska neokonserwatywne w Polsce wydają się cierpieć na rozdwojenie jaźni, jeżeli chodzi o ocenę Rosji jako przeciwnika. Z jednej strony ostrzegają przed nią, wskazują na jej agresywne kroki i „nielegalne działania” na arenie międzynarodowej, a z drugiej przedstawiają obraz kraju słabego, z uciśnioną ludnością, problemami społecznymi i zdegenerowanym systemem politycznym. Tak jak zachód jest dla nich utopią tak Rosja to dystopia zawierająca w sobie wszelkie negatywne cechy takie jak korupcja, agresja czy moralne zepsucie. Takie postrzeganie sprawy przez prawicowych intelektualistów i polityków jest bardzo niebezpieczne bowiem odbiera elitom możliwość realnej oceny sytuacji. Poprzez ideologizację problemu, rządzący Polską ludzie nie są w stanie zrozumieć jakie są rzeczywiste motywacje i możliwości Federacji Rosyjskiej. I to jest poważna broń w rękach Kremla.
Rosja przez wieki żyła ideą mesjanistyczną. Należy zauważyć, że każde bez wyjątku wielkie mocarstwo – w tym i Rzeczpospolita, wykształciło w sobie tendencje mesjanistyczne, które z czasem przybierały różne formy jednak zawsze zasadzały się na przekonaniu o wyjątkowości wykształconego w danym kraju systemu wartości i rządów. Apogeum rosyjskiego mesjanizmu przypadło na początkowe lata komunizmu, kiedy to władający Rosją bolszewicy rzeczywiście wierzyli w misję niesienia władzy rad i socjalizmu innym krajom. Potem jednak idea ta zaczęła być traktowana instrumentalnie, jako narzędzie w stosowaniu Realpolitik. Już Stalin odszedł od krzewienia komunizmu i przywrócił pewne założenia wielkorosyjskiego nacjonalizmu. W końcu idea zaniknęła całkowicie – pozostał jedynie zimny pragmatyzm, którego uosobieniem jest urzędujący dziś prezydent Rosji Władimir Putin. Polityka zagraniczna Moskwy, co mogłoby być tematem osobnej rozprawy, jest kreowana w większości na pożytek wewnętrzny. Rządzący Kremlem wiedzą, ze nie utrzymają władzy bez poparcia społecznego. Dlatego konsolidowanie społeczeństwa wokół wspólnego, zewnętrznego i wewnętrznego wroga jest od dawna ulubioną taktyką władców Rosji. Nie ma już imperium niosącego światu ideę, został jedynie niedźwiedź okrążony przez dyszących z nienawiści łowców – a przynajmniej taki obraz chcą wykreować polityczni stratedzy na Kremlu w rodzaju Władisława Surkowa. I niestety wielu z naszych polityków również bierze udział w tej grze, nieświadomie grając w jednej drużynie z Władimirem Putinem.
USA i Rosja – od nienawiści do podejrzliwej przyjaźni.
Sojusz z Waszyngtonem jest od dawna fundamentem polskiej polityki zagranicznej. Również obecna władza nie chce od niego odstępować. I jest to słuszne założenie w obecnej sytuacji geopolitycznej. Każda próba wyrwania się spod kurateli Waszyngtonu doprowadziłaby prawdopodobnie do „majdanu” w Warszawie, destabilizacji i osłabienia kraju. Pierwsze ostrzeżenia w postaci wieców KOD już się pojawiły. Choć Polska nie zyskuje na tym sojuszu wiele, to pozwala on utrzymać stabilność i zapewnia względne bezpieczeństwo. Oczywiście ceną jest rezygnacja z pewnej części suwerenności. Jednak obecny rząd idzie dalej, wychodząc przed szereg i idąc na zwarcie z Rosją. Jest to obecnie na rękę Ameryce, która wobec rosnącej potęgi Chin ewidentnie „gra” z Kremlem o przyciągnięcie go do swego obozu w wypadku potencjalnej konfrontacji z Państwem Środka. Kłopot w tym, że postępując w ten sposób sami wytrącamy sobie argumenty z rąk i nic nie zyskujemy. Dajemy nie biorąc nic w zamian. To kolejny dowód na podszytą liberalizmem naiwność naszych elit, uważających, że walczą w „słusznej, wspólnej sprawie”, która w rzeczywistości nie istnieje. Jakże odmienna jest postawa orbanowskich Węgier, które stosownie do swojego potencjału próbują rozgrywać wschód z zachodem, szukając zysku tam gdzie to tylko możliwe. I jeszcze zachowując przy tym suwerenność.
Rosja i Stany Zjednoczone nigdy nie były i nie będą przyjaciółmi, tak jak nigdy nie były wrogami. Kraje te nawet w czasach zimnej wojny były jedynie rywalami, a po jej zakończeniu stały się „partnerami” choć oczywiście jeden partner miał znacząca przewagę nad drugim. Po dojściu do władzy Władimira Putina Rosja weszła na drogę odbudowy swojej mocarstwowej pozycji. W 2005 roku prezydent Rosji określił rozpad Związku Radzieckiego jako największą geopolityczną katastrofę XX wieku. Był to czytelny sygnał, że Rosja ma ambicję znowu stać się znaczącym graczem na arenie międzynarodowej. I w zasadzie ten cel udało się Putinowi osiągnąć. Dziś Rosja jest partnerem USA w kwestiach rozwiązywania problemów bezpieczeństwa międzynarodowego. Czasami w zasadzie jedynym, tak jak w przypadku konfliktu w Syrii. Przykładem niech będzie chociażby podpisana w 2013 roku umowa o zniszczeniu syryjskiej broni chemicznej. USA wiedzą, że Rosja chce i jest w stanie aktywnie uczestniczyć w rozwiązywaniu takich problemów – w przeciwieństwie do zbiurokratyzowanych instytucji międzynarodowych. Dlatego USA i Rosja będą z czasem zacieśniać stosunki, a jeżeli nic się nie zmieni w naszej polityce zagranicznej, to ucierpi na tym właśnie Polska.
Polska – ostatni żołnierz zimnej wojny
W majowym numerze Foreign Policy Dimitri Trenin, szef moskiewskiego Carnegie Center, celnie zauważa, że Polska i kraje nadbałtyckie boją się Rosji lecz nie są przez nią fizycznie zagrożone. Putin nie uważa tych krajów za swoją sferę wpływów i nie zaryzykuje wojny nuklearnej po to by je zdobyć. Zwłaszcza, że zyski z takiej operacji byłyby żadne.
Polskę może martwić powrót rosyjskiej mocarstwowości, jednak jest on faktem i należy się z nim zmierzyć w odpowiedni sposób. Prowokacje na morzu Bałtyckim czy cyberataki nie będą wstępem do wielkiej ofensywy rosyjskich wojsk na kierunku zachodnim, są jedynie elementem strategii odstraszania. Rosja może „przyduszać” Polskę jedynie ekonomicznie. I tak się może stać zwłaszcza w przypadku gdy kraje zachodu zdejmą sankcję z Rosji. Zachód przełknie kwestie Krymu, tak jak Rosja przełknęła kwestię Kosowa. Ostatnie sygnały płynące z Niemiec w postaci wypowiedzi ministra Sigmara Gabriela wskazują, że ten scenariusz jest wielce prawdopodobny.
Co więc powinna zrobić Polska, by nie zostać ostatnim żołnierzem zimnej wojny, tkwiącym do smutnego końca na szańcach? Najważniejsze to odrzucić mit, że owa „zimna wojna” nadal trwa. Wobec zbliżających się konfliktów w Azji sytuacja na starym kontynencie straci na znaczeniu. Rosja, która jeszcze chwilowo jest sojusznikiem Chin ewidentnie boi się ich wzrostu i już szuka drogi by zapobiec ich całkowitej dominacji, sprzedając broń Wietnamowi czy Indiom, a także dokonując zbliżenia z Japonią. Zauważmy, że podobną strategię w tym regionie stosują Stany Zjednoczone, pojawia się tu więc pole do porozumienia między potęgami. Chiny są także powodem dlaczego Stany nigdy nie dopuszczą do rozpadu Rosji czy zdecydowanego obniżenia jej siły. Również nadchodząca zmiana władzy w USA nie wróży dobrze dla prowadzonej przez obecne władze polityki wschodniej. Kurs konfrontacyjny, prowadzony w imię krucjaty o „zachodnie wartości” może posłużyć raczej umocnieniu autokratycznej władzy Putina niż obronie polskich interesów. Dlatego obecne władze powinny załagodzić retorykę i szukać nici porozumienia, może nie tyle w kwestiach politycznych co ekonomicznych, choć rozdzielenie ich może czasem okazać się trudne. Nie ma tu rzecz jasna mowy o żadnej rusofilii. Polska powinna zachować zdrowy sceptycyzm wobec Rosji – sceptycyzm, który Polacy winni zachowywać wobec wszystkich swoich „zagranicznych partnerów”.
Jan Sosnowski
