Pożegnanie z Dayton?

Referendum w serbskiej części Bośni i Hercegowiny jasno pokazuje, że porozumienie z Dayton, kończące dwadzieścia lat temu wojnę na tym obszarze byłej Jugosławii, przestaje satysfakcjonować mieszkańców federacyjnej republiki. Serbscy nacjonaliści najprawdopodobniej niepostrzeżenie otworzyli jednak puszkę Pandory, która dotknie także ich kraj, ponieważ teraz o podobnych plebiscytach mówią mieszkańcy regionów Wojwodiny i Sandżaku.

W referendum, jakie odbyło się w niedzielę 25 września, mogło wziąć udział blisko 1,2 mln osób zamieszkujących tereny Republiki Serbskiej. Ostatecznie do urn poszło 55,7 proc. wszystkich uprawnionych i 99,8 proc. z nich opowiedziało się za ustanowieniem 9 stycznia Narodowym Dniem Republiki Serbskiej, odrzucając tym samym ubiegłoroczny wyrok Trybunału Konstytucyjnego Bośni i Hercegowiny znoszący specjalny status tego dnia. Fakt, iż głosowanie odbyło się bez zgody władz centralnych oraz rządów Serbii i Chorwacji jest niezwykle ważny, ponieważ terytoria zamieszkiwane w 90 proc. przez Serbów stanowią blisko połowę całej powierzchni federacyjnej republiki. Sami Serbowie to natomiast jedna trzecia wszystkich mieszkańców Bośni i Hercegowiny.

Donos bośniackich nacjonalistów

Samo święto 9 stycznia ma już dość długą tradycję, a na przestrzeni lat zostało połączone z prawosławnymi obchodami dnia św. Szczepana, uznawanego obecnie za patrona Republiki Serbskiej. Po raz pierwszy Narodowy Dzień Republiki Serbskiej świętowano już w 1993 r., a więc rok po swoim powstaniu i jednoczesnym ogłoszeniu niepodległości przez Socjalistyczną Republikę Bośni i Hercegowiny, wchodzącą wcześniej w skład Jugosławii. Dopiero w 2007 r. Dzień Republiki Serbskiej został natomiast oficjalnie wprowadzony do systemu prawnego tego regionu, co przez dłuższy czas nie wzbudzało większych kontrowersji. Sześć lat później ustawę o świętach RS zaskarżyli do Trybunału Konstytucyjnego bośniaccy nacjonaliści z Partii Akcji Demokratycznej (Stranka demokratske akcije, SDA). Lider islamistycznej partii, Bakir Izetbegović, argumentował swoją decyzję podejrzeniem, iż serbskie prawo może być niezgodne z bośniacką konstytucją i umowami międzynarodowymi ustanawiającymi federacyjne państwo. Izetbegoviciowi chodziło przede wszystkim o przepisy zabraniające dyskryminacji któregoś z trzech narodów zamieszkujących BiH, ponieważ zwracał on uwagę na fakt, że specjalne święto RS zostało ustanowione jedynie z myślą o Serbach i wyznawcach prawosławia.

Rozpatrzenie wniosku zabrało Trybunałowi ponad półtora roku, ponieważ wydał on swój wyrok w listopadzie ub.r. Sędziowie przychylili się do argumentacji przewodniczącego SDA, uznając ustawę o świętach RS za niezgodną z ustawą zasadniczą, a także najważniejszymi porozumieniami w sprawie utworzenia federacyjnej BiH, dlatego też sąd konstytucyjny dał parlamentowi RS czas sześciu miesięcy na odpowiednie zmiany w systemie prawnym, które zrealizują jego wyrok. W dokumencie tym zaznaczono jednocześnie, iż decyzja sędziów nie narusza w żaden sposób praw religijnych Serbów i wyznawców prawosławia, bowiem manifestowanie swojej wiary jest jednym z elementów podkreślających wielonarodowościowy i wieloreligijny charakter republiki. Serbskie ugrupowania zakwestionowały wyrok zapowiadając, że nie zamierzają go realizować, tym niemniej złożyły one odwołanie od wyroku. Jego rozpatrzenie ponownie zajęło sporo czasu sędziom bośniackiego Trybunału Konstytucyjnego, bowiem ostateczny werdykt w tej sprawie wydał on na osiem dni przed referendum, podtrzymując swoją decyzję sprzed niemal roku.

W interesie Dodika

Najgłośniej decyzję Trybunału Konstytucyjnego od początku krytykował prezydent RS, Milorad Dodik, który jest jednocześnie liderem największej serbskiej partii czyli Sojuszu Niezależnych Socjaldemokratów (Savez nezavisnih socijaldemokrata, SNSD). Po ubiegłorocznym wyroku Trybunału stwierdził on, że święto zostanie utrzymane, a decyzji bośniackich Serbów nie zmieni żaden ton. Dodik używał też argumentów typowo nacjonalistycznych (trzy lata wcześniej SNSD z powodu swojego radykalnego podejścia do niektórych tematów zostało usunięte z Międzynarodówki Socjalistycznej) zwracając uwagę, iż decyzję o jego unieważnieniu podjął sąd konstytucyjny składający się z „dwóch obcych i dwóch Bośniaków”, nazywając go dodatkowo „muzułmańskim sądem przeciwko Serbom”. W podobnym tonie wypowiadali się prawnicy reprezentujący RS przed Trybunałem, nazywając jego decyzję czysto polityczną. Serbski prezydent uzyskał również wsparcie byłej głowy tej części bośniackiego terytorium, Dragana Čavicia z centroprawicowego Ruchu Narodowo-Demokratycznego (Narodni Demokratiski Pokret, NDP), który zakwestionował wyrok sędziów i zauważył, że idąc tokiem jego rozumowania należy unieważnić porozumienie z Dayton, ponieważ zostało ono podpisane w prawosławny dzień Soboru archanioła Michała. Dość szybko zapowiedzi odwołania się od decyzji Trybunału przerodziły się w planowanie referendum na temat ustanowienia 9 stycznia Dniem Narodowym RS, które zostało ostatecznie rozpisane w połowie lipca przez Zgromadzenie Narodowe Republiki Serbskiej.

ZOBACZ TAKŻE: Kolejna przesłanka dla parlamentarnego kryzysu w Bośni i Hercegowinie

Radykalne stanowisko Dodika w tej kwestii jest podyktowane nie tylko nacjonalistycznymi poglądami, ale przede wszystkim chęcią powstrzymania negatywnych trendów w sondażach. Połączenie lewicowego programu gospodarczego z serbskim narodowym konserwatyzmem przestało wystarczać, ponieważ RS i całemu bośniackiemu państwu nadal towarzyszą bardzo poważne problemy gospodarcze i rekordowe bezrobocie. Ponadto opozycja przeciwko prezydentowi i władzy socjaldemokratów jest jeszcze radykalniejsza od nich, o czym mogą świadczyć demonstracje z połowy maja. Wówczas w Banja Luce (de facto stolicy regionu) pojawili się zwolennicy i przeciwnicy władzy Dodika, a ci drudzy wprost oskarżali go o… uległość względem bośniackich polityków. Nacjonaliści zarzucają bowiem Dodikowi, iż nie robi nic w obronie serbskich bohaterów wojny z czasów Jugosławii, a także, że nie jest faktycznym zwolennikiem niepodległości tej części bośniackiego państwa. I rzeczywiście, urzędujący od 2010 r. serbski prezydent jeszcze jako premier RS blisko dziesięć lat temu zaczął kwestionować obecny kształt BiH, jednak jak dotąd wbrew zapowiedziom nie zorganizował referendów w bardziej drażliwych kwestiach, takich jak choćby negocjacje z NATO. Sukces głosowania w sprawie święta RS skonsolidował jednak jego władzę w przededniu wyborów lokalnych.

Państwa przeciwne

Referendum wbrew oczekiwaniom Dodika nie zostało jednak otwarcie poparte przez władze Serbii, choć prezydent RS mógł po cichu liczyć na wsparcie z Belgradu. W tegorocznych obchodach święta będącego przedmiotem zamieszania wziął udział serbski premier Aleksandar Vucić, który w Banja Luce spotkał się zresztą z Dodikiem. Vucić stwierdził wówczas, że Serbia zawsze wspiera swoich rodaków w BiH i nigdy nie zrezygnuje z ochrony ich interesów, ale asekuracyjnie dodał, iż miłość do RS nie może oznaczać nienawiści do bośniackiego państwa. Premier Serbii już dawno przyzwyczaił jednak do tego, że składa zdecydowane deklaracje bez pokrycia, ponieważ dla byłego nacjonalisty najważniejsze jest przystąpienie do Unii Europejskiej i współpraca z NATO. Rok wcześniej jeszcze przed wyrokiem Trybunału o święcie RS Vucić naciskał na Dodika, aby ten wycofał się z referendum na temat bośniackiego wymiaru sprawiedliwości, natomiast teraz podkreślał, iż Belgrad nie ma żadnego wpływu na przeprowadzenie głosowania. Im było bliżej referendum, tym stanowisko Vucicia było jeszcze mniej zrozumiałe. Z jednej strony krytykował on polityków z RS za zbyt szybką decyzję o głosowaniu, a z drugiej zapowiadał odpowiednią reakcję na ewentualny oficjalny zakaz jego przeprowadzenia. Sam Dodik pod koniec sierpnia spotkał się z Vuciciem i w wywiadzie dla jednej gazet powiedział, że nie spostrzegł żadnych nacisków dotyczących odwołania referendum.

Jednoznacznie przeciwko głosowaniu w RS opowiedziały się władze Chorwacji. Na początku września minister spraw zagranicznych i europejskich tego kraju, Miro Kovač, wydał oświadczenie w którym potępił referendum. Polityk chorwackiej prawicy wezwał jednocześnie władze w Belgradzie do zastosowania odpowiednich nacisków na Banja Lukę, w celu odwołania głosowania, które zdaniem Zagrzebia zagraża integralności terytorialnej BiH oraz międzynarodowym porozumieniom tworzącym to państwo. Stanowisko Chorwatów współgrało w tej kwestii z podobnymi ostrzeżeniami, które w stronę Serbów wysyłały najwyższe państwowe czynniki BiH wywodzące się ze społeczności Boszniaków.

ZOBACZ TAKŻE: Pośmiertna i ukradkowa sprawiedliwość dla Slobodana Miloševicia

Plebiscyt został skrytykowany również przez państwa zachodnie, a szczególnie przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone. W przypadku Amerykanów interweniować miał nawet wiceprezydent Joe Biden, który podczas wizyty w Belgradzie w połowie sierpnia rozmawiał o RS z Vuciciem. Naciski ze strony Bidena z pewnością nie przekonały Serbów, ponieważ amerykański polityk jest przez nich uważany za jednego z architektów wojny na Bałkanach i operacji bombardowania Serbii przez NATO w 1999 r. Do dzisiaj nad Dunajem przypomina się wypowiedź Bidena, który porównał Serbów do niemieckich nazistów.

Rosyjskie wsparcie

Zupełnie inne stanowisko w tej sprawie zajęła Rosja, która w latach 90. XX w. uznała niepodległość BiH i, chcąc ocieplić relacje z państwami zachodnimi, wysłała wówczas swoich żołnierzy w ramach misji stabilizacyjnej w tym regionie Bałkanów. Relacje między Moskwą i Sarajewem zaczęły psuć się jednak w 2007 r., kiedy władze centralne podjęły się pierwszych poważnych rozmów o dołączeniu do UE, która to decyzja nie cieszy się popularnością wśród bośniackich Serbów. Wówczas Rosja żywiej zainteresowała się właśnie władzami RS-u, zaś w zeszłym roku poparła wspominany już pierwszy pomysł referendum dotyczącego bośniackiego wymiaru sprawiedliwości. Rosyjski resort spraw zagraniczny wydał wówczas oświadczenie, w którym krytykował system sądownictwa w Bośni, mający podejmować decyzje zgodne jedynie z interesami państw zachodnich. Rosjanie są też żywo zainteresowani zahamowaniem negocjacji dotyczących akcesji kolejnych państw bałkańskich do NATO, stąd wspierają przeciwników tego wojskowego sojuszu zarówno w BiH, jak i w sąsiedniej Czarnogórze.

ZOBACZ TAKŻE: Serbowie coraz mniej prounijni

Rosyjski ambasador w BiH, Piotr Iwancow, przed referendum wziął udział w posiedzeniu Rady Wdrażania Pokoju (międzynarodowy organ sprawujący pieczę nad pokojem w Bośni), ale nie podpisał się pod apelem o wycofanie się RS z plebiscytu. Iwancow stwierdził wówczas, że organ ten dał się wciągnąć w polityczną wojnę, zważywszy na fakt, iż przez ponad dwadzieścia lat święto serbskiego regionu nikomu nie przeszkadzało. Później rosyjski ambasador spotkał się z Dodikiem, jednoznacznie wspierając referendum, które jego zdaniem nie narusza porozumień z Dayton i powinno dawać możliwość wypowiedzenia swojej opinii przez Serbów. Najważniejsza była jednak podróż serbskiego prezydenta do Rosji, gdzie spotkał się on z prezydentem Władimirem Putinem. Dodik powiedział po rozmowach z Putinem, iż rosyjski przywódca uznał referendum za prawo każdego narodu, a głównym tematem spotkania w cztery oczy były wzajemne kontakty gospodarcze i walka z terroryzmem.

Chorwat, Serb – dwa bratanki?

To pytanie brzmi wręcz absurdalnie, ale historyczne zaszłości i bieżące tarcia pomiędzy Chorwacją i Serbią, nie przełożyły się na spór polityczny w BiH, stąd bośniaccy Chorwaci nie poszli śladem chorwackiego rządu i nie opowiadali się jednoznacznie przeciwko referendum w serbskiej części bośniackiej federacji. Według oficjalnych danych Chorwaci w BiH stanowią 15 proc. ludności (jest ich ok. 544 tys.) i nie mogą cieszyć się tak jak Serbowie z własnej autonomii, ponieważ podlegają oni Federacji Bośni i Hercegowiny. Tego stanu rzeczy nie rekompensuje fakt, iż przedstawiciel chorwackiej społeczności wchodzi w skład kolegialnego organu prezydenckiego, jakim w swojej istocie jest Prezydium Bośni i Hercegowiny. Stąd wśród bośniackich Chorwatów coraz częściej słychać nie tylko o potrzebie stworzenia autonomii na wzór RS, ale nawet o konieczności odłączenia się od państwa bośniackiego. W tej kwestii całkowicie rozmija się więc stanowisko chorwackiej społeczności i rządu w Zagrzebiu, który dbając o relacje z Zachodem akceptuje jego politykę względem BiH. Z tego powodu sytuację bośniackich Chorwatów można porównać do pozycji Polaków na Litwie, ponieważ Bośniacy wykorzystując swoją przewagę w ramach swojej części BiH często przegłosowują chociażby skierowanie państwowych pieniędzy na inwestycje na tereny zamieszkiwane przez muzułmanów.

ZOBACZ TAKŻE: Chorwackie déjà vu

Życzliwy stosunek do serbskiego referendum wyraziła przede wszystkim największa partia bośniackich Chorwatów, czyli prawicowa Chorwacka Wspólnota Demokratyczna Bośni i Hercegowiny (Hrvatska demokratska zajednica Bosne i Hercegovine, HDZ BiH), która jest po prostu bośniacką odnogą największej partii politycznej Chorwacji. Kierownictwo HDZ BiH ograniczyło się do stwierdzenia, iż Serbowie mają prawo do podejmowania samodzielnych decyzji, natomiast szeregowi politycy tej partii nie kryli, że plebiscyt może w przyszłości przynieść korzyści bośniackim Chorwatom w drodze do ich własnej autonomii w ramach BiH. Także w Chorwacji niektórzy politycy HDZ rozmijali się ze stanowiskiem rządu, tak jak np. szef urzędu ds. Chorwatów zagranicą. Ocieplenie stosunków pomiędzy Chorwatami i Serbami było widoczne już od pewnego czasu, kiedy przedstawiciele obu społeczności podjęli rozmowy na temat odbudowy chorwackich domów na terytorium RS, które zostały zniszczone w trakcie wojny. Kwestia ta została poruszona właśnie z powodu decyzji Boszniaków, którzy od lat nie chcą przekazać środków finansowych na ten cel. Ponadto już po referendum bośniacki Trybunał Konstytucyjny wysłuchał przedstawicieli mniejszości chorwackiej w postępowaniu dotyczącym ordynacji wyborczej na terenie Federacji BiH. Chorwaci uważają bowiem, że zmiany w prawie wprowadzone przez islamistyczną SDA mają na celu takie ukształtowanie okręgów wyborczych, które osłabiają możliwości chorwackich ugrupowań. Część mediów bośniackich Chorwatów uważa wręcz, że wyrok Trybunału będzie odpowiedzią na pytanie, czy mniejszość ta jest rzeczywiście traktowana jak jeden z trzech równoprawnych narodów.

Na mocy Dayton

BiH ma de facto niewielkie tradycje własnej państwowości. Ziemie tego regionu w średniowieczu przechodziły z rąk do rąk, bądź też były dzielone pomiędzy kilka państw, będąc jednak najdłużej pod wpływem Królestwa Węgier. W latach 1377-1463 istniało Królestwo Bośni, które zostało następnie podbite przez Imperium Osmańskie i do drugiej połowy XIX w. było najdalej wysuniętym na północ osmańskim terytorium, zamieszkiwanym przez ludność słowiańską. W 1878 r. bośniackie tereny znalazły się pod okupacją Austro-Węgier, a w 1908 r. ostatecznie stały się integralną częścią cesarstwa. Po pierwszym światowym konflikcie BiH znalazła się w granicach Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, które następnie przemianowano na Królestwo Jugosławii. Opanowanie Jugosławii przez III Rzeszę spowodowało, że BiH stała się częścią terytorium Niezależnego Państwa Chorwackiego i z tego okresu pochodzi bardzo ciekawy dokument. W 1941 r. ponad stu znanych muzułmanów z Sarajewa podpisało list, w którym potępiało zbrodnie chorwackich faszystów na Serbach i odcinało się od Boszniaków biorących udział w czystkach etnicznych. Pewną niezależność BiH przyniosły paradoksalnie rządy Josipa Broz Tity, ponieważ bośniacka część socjalistycznej Jugosławii cieszyła się sporą suwerennością i w dużej mierze prowadziła chociażby niezależną od władz centralnych politykę gospodarczą. Rozpad Jugosławii oznaczał ogłoszenie niepodległości przez BiH w dniu 3 marca 1992 r., dwa dni po referendum zbojkotowanym przez bośniackich Serbów. Na terytorium Bośni szybko wkroczyli żołnierze Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, zaś trwający następne trzy lata konflikt jest określany mianem najkrwawszego w Europie od czasu II wojny światowej.

Jego zakończenie nie było możliwe bez negocjacji z udziałem organizacji międzynarodowych, co poprzedziły ataki NATO na Serbów. W listopadzie 1995 r. porozumienie pomiędzy uczestnikami wojny było negocjowane w bazie amerykańskich sił powietrznych w Dayton. Ustalenia dotyczyły przede wszystkim wycofania się wszystkich trzech stron konfliktu (Boszniaków, Chorwatów, Serbów) poza strefę zdemilitaryzowaną i zaprzestania działań wojennych. Poza tym to właśnie na układzie z Dayton opiera się obecna, mało przejrzysta forma ustroju politycznego, w którym istnieją dwie części kraju często prowadzące zupełnie odmienną politykę. Mankamenty tego porozumienia widać więc właśnie po obecnych politycznych zawirowaniach w BiH.

Wojwodina i Sandżak następne?

Dążenia serbskich nacjonalistów do dezintegracji BiH mogą otwierać jednak przysłowiową puszkę Pandory. Wieloetniczne tereny znajdują się bowiem także na terenie „właściwej” Serbii, choć sytuacja na nich nie jest tak zaogniona, jak choćby w trakcie pamiętnego ogłoszenia niepodległości przez Kosowo. Faktem jest jednak, że punktami zapalnymi są regiony Wojwodiny i Sandżaku. Wojwodina jeszcze w czasach Tity posiadała autonomię, która została rozszerzona w 1974 r., i do dzisiaj ma własnego prezydenta i premiera. Teren ten zamieszkany jest co prawda głównie przez Serbów (stanowią ok. 66 proc. ludności), jednak pozostałą część mieszkańców stanowi blisko osiemnaście innych narodowości, w tym posiadający silne tendencje separatystyczne Węgrzy i Chorwaci, których największe skupiska znajdują się przy granicy z ich macierzystymi krajami. Sandżak to natomiast najniebezpieczniejszy region w Serbii, który według najnowszych doniesień jest obecnie ważnym terytorium dla islamskich ekstremistów, a muzułmańscy Boszniacy stanowią tam ogółem 60 proc. ludności.

ZOBACZ TAKŻE: W Serbii wrze po masowych protestach wyborczych

Tuż po głosowaniu w RS, o przeprowadzeniu referendum w Wojwodinie zaczął mówić Nenad Čanak, obecny lider Ligi Socjaldemokratów Wojwodiny (Liga socijaldemokrata Vojvodine, LSV). Proponuje on bowiem przeprowadzenie plebiscytu w sprawie odrzucenia wyroku serbskiego sądu konstytucyjnego sprzed trzech lat, który uchylił sporą część przepisów dotyczących autonomii tej prowincji. Część polityków LSV opowiada się natomiast za głosowaniem w kwestii nowych symboli Wojwodiny mających odwoływać się do historii regionu. Do tych deklaracji szybko odniósł się serbski minister spraw zagranicznych. Ivica Dacić stwierdził, że w Wojwodinie nie może zostać przeprowadzone żadne referendum, ponieważ lokalni politycy nie mają ku temu żadnych powodów. Politycy z tego regionu skrytykowali natomiast inną część stanowiska Dacica, nazywając propagandą jego słowa o chęci odłączenia Wojwodiny od Serbii przez inicjatorów podobnych pomysłów. Szef serbskiego resortu spraw zagranicznych jednocześnie przypomniał, iż obecna krytyka referendum w RS ze strony boszniackich nacjonalistów jest hipokryzją, ponieważ w 1991 r. przeprowadzili nielegalne głosowanie w Sandżaku. W samym regionie podobne wypowiedzi, które były udziałem polityków z Wojwodiny, nie miały jednak miejsca. Po pierwsze, zostałyby one wykorzystane przez stronę serbską do krytyki islamistów z SDA (odnoga tej partii dominuje w Sandżaku), którzy łatwo mogliby zostać oskarżeni o hipokryzję. Po drugie, lider boszniackiej społeczności w Serbii niedawno został szefem jednej z ważniejszych komisji w serbskim parlamencie.

Od prokuratury do wygranych wyborów

Na razie referendum w RS przyniosło spore korzyści Dodikowi. Już następnego dnia po głosowaniu, prokuratura w Sarajewie wezwała go na przesłuchanie w związku z organizacją nielegalnego plebiscytu, grożąc mu aresztowaniem w razie niestawienia się przed aparatem wymiaru sprawiedliwości. Dodik zapowiedział, że nie boi się gróźb ze strony boszniackich służb, ponieważ „nie mogą one aresztować przywódcy narodu”. Tym samym serbski prezydent pozycjonuje się w roli męczennika prześladowanego przez centralne władze wywodzące się z islamskiego i nacjonalistycznego SDA.

Przede wszystkim Dodik skonsolidował jednak władzę w RS w rękach swojej partii, ponieważ SNSD umocniło swoją pozycję w samorządach. W wyborach zorganizowanych tydzień po referendum, ugrupowanie Dodika zwyciężyło we wszystkich najważniejszych ośrodkach w RS, w tym najprawdopodobniej w słynnej Srebrenicy, która dotąd kontrolowana była przez SDA. Z pewnością obywateli BiH czeka teraz w największej mierze rozgrywka pomiędzy Dodikiem i boszniacką prokuraturą.

Marcin Ursyński

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz