Nie pasterka ogólnie, lecz Pasterka bardzo konkretna. Pasterka po ucieczce.
Mój Dziadek uciekał w 1939 roku przed Niemcami na Wschód. Poszukiwało go Gestapo listem gończym, o czym dowiedział się po czasie, ale od zaraz przewidywał, że pozostawać na miejscu nie należy – był wszak wysokim urzędnikiem państwowym w nadgranicznym mieście Grudziądzu i antyniemieckim działaczem tamże. Załatwiwszy więc sprawy mobilizacyjne i ewakuacyjne, za które był odpowiedzialny, wyekspediowawszy kasę miejską, dokumenty i resztę urzędników, drugiego dnia wojny wyruszył służbowym samochodem na Kresy. Zamiast jednak szorować prosto ku Lwowu, obrócił jeszcze – w ciągu jednej nocy – z Kutna pod Poznań, zabrał rodzinę przebywającą na wakacjach, po czym jeszcze przed brzaskiem skierował się, gdzie należało. Podróż trwała średnio długo. Daleko przed Lwowem trzeba było ciągnąć samochód końmi, a potem przepadł samochód, bo sprytny, służbowy kierowca samoczynnie sprowadził na Dziadka bolszewików, przekonany że dostanie nagrodę za zadenuncjowanie pojazdu z grubą rybą w środku. Dziadek wymknął się, ale postanowiono, że już czas na rozstanie. Rodzina powróciła do nadgranicznego wówczas Przemyśla, a po przedostaniu się na niemiecką stronę – bydlęcymi wagonami do Wielkopolski, gdzie rozpowiadała, że Dziadek zginął. Dziadek natomiast zmienił nazwisko i postanowił przezimować pod Sowietami, ale poza Lwowem, bo Lwów pełen był uchodźców i Dziadek co chwila trafiał na znajomego polityka, urzędnika, działacza etc, co w dobie okupacji wydawało mu się jakoś mało bezpieczne.
Wyjechał więc do małego miasteczka, Międzyrzeca (po rusku bodajże: Mezirycz) i został felczerem w szpitaliku (zadeklarował wyszkolenie sanitarne, bo przeszedł kurs bhp na studiach…). Tam właśnie poszedł na Pasterkę 24 grudnia 1939 roku. Do dziś pomnę, jak Dziadek – z corocznego obowiązku – wspominał w kolejne Wigilie różne Pasterki swego życia. Pasterka w Międzyrzecu zawsze wydawała mu się najbardziej brzemienna w rozmyślania i zarazem w swoiste rozdwojenie jaźni. Wyszedł z kościoła po Pasterce na dwór, a było mroźno, gwiazdy iskrzyły. O rodzinie, która pozostała daleko, nic nie wiedział. Co przyniosą najbliższe miesiące i lata, tym bardziej nie mógł wiedzieć. Ale oczywiście o tym wszystkim myślał, myślał i myślał. A potem okazało się, że w ciągu paru lat świat wywrócił się jeszcze ze dwa razy lub więcej do góry nogami. I Kresy zmieniły kilkakrotnie tożsamość. A Dziadek z osoby w Historii i polityce zupełnie, wydawało się, zbędnej, ze statysty w znaczeniu ledwie parateatralnym, też miał odmieniać wiele razy rolę i zawód – z felczera na domniemanego członka rządu, potem na więźnia stanu w Moskwie, potem na rolnika.
Tak już jest, że w czasie świątecznym i w czasie zmiany czasu – z jednej daty rocznej na drugą – rozmyśla się nad przeszłością i przyszłością. Efekt takiego rozmyślania łatwo daje się przewidzieć: przewidywania okazują się przeważnie niedoskonałe, przyszłość nieprzewidywalna. A może odwrotnie: przyszłość jest właśnie przewidywalna, w tym sensie – że na pewno zaskakująca. Ona zwykle potwierdza prawdopodobieństwo zaskoczeń nieprawdopodobnych. Tak więc Dziadek podczas ostatnich Wigilii swego życia, opierając się jakby na tej Pasterce w Międzyrzecu, snuł rozmaite proroctwa (skromne), a przede wszystkim stawiał pytania: co będzie, gdy mnie, nas nie będzie? Za rok, za lat trzydzieści, czterdzieści? I nie odpowiadał konkretnie, bo wiedział, że by się pewno zdumiał odpowiedziami, których nie był w stanie wymyślić.
Podczas dzisiejszej Wigilii przychodzą mi więc w sposób naturalny do głowy rozmaite myśli o Kresach, nie tylko tych znanych z Pasterki Dziadkowej i z rodzinnych wspomnień, ale i ułamkowo poznanych przeze mnie; i tych, które występują w mej wyobraźni na prawach medialnego importu. Bo także w przypadku dzisiejszych Kresów Historia idzie naprzód w sposób niespodziewany i oszałamiający. Zawsze. I zawsze bardziej prawdopodobne jest to, co wydaje się nieprawdopodobne, niż owa “zwykłość”, która zawsze, jak za PRL-u tak i dziś, wydaje się niby niewzruszona.
Czyż więc nie stoimy w obliczu ogromnych zmian na Kresach? Bez wątpienia tak. Zmiany są nieuniknione. Jakie? Pewno raczej niespodziewane, mimo prognoz jakichkolwiek. Zmiany, w którą stronę idące? Pomyślmy choćby o obumieraniu Kresów jako polskich Kresów. Byłem na tych Kresach parę razy i doświadczyłem cudzych doświadczeń – obumierającej polskości. Czy to się może odmienić? Może i tak. Podobnie jak odmieniła się, na przykład, niby obumierająca pamięć o Powstaniu Warszawskim w pamięć bardzo żywą, teraźniejszą. W życie.
W Polsce małe nawet, a trafione inicjatywy mogą spowodować lawinę. Pozytywną też. Dziadek w Międzyrzecu nie zasiadł na stanowisku felczera w bezruchu. Już wkrótce powłóczył się w poszukiwaniu Historii gdzieś dalej. Dzięki takim niby nic nie znaczącym ruchom Historia odmienia świat. Tak więc, na Kresach – ileż jeszcze może się zmienić! Aczkolwiek niekoniecznie dzięki zmianom zachodzącym Tam. Może raczej dzięki zmianom Tu, w Polsce, w nas. To my musimy się zmienić. Jak?
Jacek Kowalski
