Sytuacja, w której o losie Mołdawii decydują jak chcą Moskwa wespół z Berlinem jest równie upokarzająca dla Polski jak i dla Rumunii. Nasz kraj ma wystarczający potencjał aby być geopolitycznym punktem odniesienia w regionie, powinien dostrzegać interesy mniejszych podmiotów we własnym otoczeniu międzynarodowym i zacieśniać z nimi sojusze.
16 marca mołdawski parlament dokonał wyboru nowego prezydenta kraju. Został nim Nicole Timofti, 61-letni kandydat Sojuszu na rzecz Integracji Europejskiej (AIE). Tym samym zakończył się trwający od 2009 roku kryzys wewnętrzny w Mołdawii. W tym czasie kraj funkcjonował bez głowy państwa i był pochłonięty ostrą walką polityczną pomiędzy prozachodnim AIE a prorosyjską partią komunistyczną.
Choć nowy prezydent ma konstytucyjnie ograniczone kompetencje, jego wybór był ogromnym sukcesem sił prozachodnich w Mołdawii. Timofti zapowiedział zacieśnianie relacji z UE, Niemcami i USA. Nie dziwi więc fakt, że doniesienia z Mołdawii media w Polsce czy innych europejskich krajach przekazywały w pozytywnym tonie. Czuć było ulgę, że kraj ten będzie teraz z jeszcze większą determinacją dążyć do integracji ze strukturami euroatlantyckimi.
Po odnotowaniu sukcesu szybko jednak o Mołdawii u nas zapomniano, a do działania przystąpiła Rosja, której wyraźnie nie w smak jest obecny rozwój sytuacji w Kiszyniowie. Wybór Timoftiego to kolejna porażka Kremla po tym, jak w grudniu w wyborach na prezydenta separatystycznego Naddniestrza rosyjski kandydat przepadł z kretesem. Moskwa przeszła do „razwiedki bojem” i wykonała kilka ciosów w celu rozpoznania determinacji przeciwnika.
1.
19. marca na moskiewskim szczycie Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej prezydent Miedwiediew oświadczył, że państwa o statusie obserwatora w tej organizacji – czyli Mołdawia, Ukraina i Armenia – „mogą mieć problemy” jeśli nie wejdą do powołanej niedawno przez Rosję Unii Celnej. W Mołdawii słusznie odebrano to jako próbę ekonomicznego szantażu. Minister spraw zagranicznych Mołdawii Jurij Lanke, który przebywał akurat z wizytą w USA jasno na szczęście zakomunikował, że Mołdawia do Unii Celnej wchodzić nie ma zamiaru. Trzeba jednak spodziewać się kolejnych „propozycji nie do odrzucenia” napływających z Moskwy.
2.
W Rosji nagłośniony został projekt tzw. Międzynarodowej Rady Eksperckiej „Internacjonalnaja Rossija” w odniesieniu do Mołdawii. Zakłada on mobilizację żywiołu rosyjskiego w tym kraju przed spisem powszechnym w 2014 roku – tak, aby wykazał on, iż 30% ludności stanowią Rosjanie. Etnicznych Rosjan jest oczywiście w Mołdawii zdecydowanie mniej, ale tyle mniej więcej populacji Mołdawskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej stanowiły w 1989 roku rodziny mieszane. Autor projektu odwołuje się więc do – jak sam się wyraża – „czynnika kulturowo-cywilizacyjnego” i zachęca, by każdy kto nie akceptuje „wulgarno-etnicznego” modelu mołdawskiej państwowości zadeklarował się jako russkij(„z duszy, języka, mentalności, kultury i cywilizacji”).
Każdy kto choć trochę zna stosunki narodowościowe na obszarze postsowieckim dobrze rozumie, że cały ten projekt musi być inspirowany przez rosyjskie służby specjalne w celu dezintegracji Mołdawii. Ostro i nie przebierając w słowa skrytykował to jeden z mołdawskich komentatorów: „Rosjanie mobilizują dziś wszystkie szumowiny społeczne i śmieci ze sceny politycznej, aby rzucić je w samo centrum walki przeciw europejskiemu kursowi Mołdawii. Zrujnowani przedsiębiorcy, skończeni politycy, zdemaskowani agenci, najęci awanturzyści i inne bezpańskie bydło składa się na ten marny ludzki kapitał, który jeszcze znajduje się w dyspozycji Putina w Mołdawii”.
3.
21 marca prezydent Miedwiediew mianował nowego przedstawiciela Rosji do spraw uregulowania konfliktu w Naddniestrzu. Został nim nie byle kto, bo Dmitrij Rogozin. Znany z ciętego języka wicepremier rosyjskiego rządu pasuje do nowej roli jak nasz Stefan Niesiołowski do funkcji ambasadora RP w Stolicy Apostolskiej. Rogozin należy do tego gatunku nacjonalistycznych polityków, którzy „chwały” własnemu narodowi (a sobie animuszu) dodają poprzez ciągłe obrażanie innych nacji, szczególnie tych mniejszych i słabszych. Gdy Kiszyniów wyraził „zdziwienie” i „zaskoczenie” z powodu jego nominacji, Rogozin drwiąco i buńczucznie skomentował to na twitterze: „Jeszcze nie zdążyłem otworzyć ust, a w kurniku już popłoch”. Niezadowolenie z decyzji Kremla wyraziła też Rumunia, która oceniła to jako „wyzwanie rzucone Unii Europejskiej i USA”.
Nominacja Rogozina rzeczywiście świadczy o zmianie rosyjskiej polityki wobec Naddniestrza. W najbliższym czasie należy się spodziewać – nagłośnionej medialnie – wizyty tego polityka w separatystycznej republice oraz jakiegoś „planu Rogozina” (tj. mutacji wcześniejszego „planu Kozaka” zakładającego federalizację Mołdawii). Jednocześnie powierzenie tej funkcji tak wysokiemu i rozpoznawalnemu politykowi budzi niepokój, iż Rosja będzie chciała uregulować sprawę Naddniestrza ponad głowami Mołdawian, poprzez rozmowy w formacie Moskwa-Berlin czy Moskwa-Waszyngton. Niesie to ryzyko, że mocarstwa zachodnie „przehandlują” proatlantyckie aspiracje Mołdawii w zamian za wygodne dla siebie ustępstwa Rosji w innych obszarach.
Trzeba pamiętać Mołdawia jest krajem głęboko podzielonym i cały czas stanowi obiekt rywalizacji pomiędzy dwoma podmiotami zewnętrznymi: Rumunią, z którą łączą ją bardzo silne więzi kulturowe, oraz Rosją, która sprawnie wykorzystuje instrumenty, jakie pozostawił jej w spadku Związek Sowiecki. Na Rosję przypada 26% eksportu mołdawskich produktów, jest ona głównym rynkiem zbytu dla mołdawskiego wina (Moskwa wykorzystywała już to do celów politycznych) oraz jedynym dostawcą gazu dla kraju. Ponadto jak „miecz Damoklesa” nad Mołdawią wisi 1,1 tys. rosyjskich żołnierzy stacjonujących w Naddniestrzu. Dla porównania cała mołdawska armia liczy niewiele ponad 3 tys. żołnierzy.
Jednak wpływy Rosjan w naturalny sposób maleją, a na ich niekorzyść działa przede wszystkim kultura: coraz większa grupa mieszkańców Mołdawii otwarcie demonstruje kulturową bliskość z Rumunią, a konsekwencje rusyfikacji z okresu sowieckiego stale maleją. Równolegle zmieniają się proporcje w handlu zagranicznym – na Unię Europejską przypada już ponad 50% mołdawskiego eksportu.
Kluczowe znaczenie będzie mieć jednak energetyka. Uniezależnienie od Rosji jest możliwe tylko poprzez włączenie Mołdawii do sytemu energetycznego Rumunii. Wielkie nadzieje budzą niedawno odkryte – i podobno bardzo bogate – złoża gazu w rumuńskiej strefie Morza Czarnego. Jeśli ich eksploatacja okaże się rentowna, będą one mogły zaspokoić zapotrzebowanie nie tylko Rumunii, ale i Mołdawii. Nie trzeba dodawać ile straci na tym Rosja.
To co może, a nawet powinna, zrobić Polska, to nade wszystko nie zapominać o Mołdawii. Jest to kraj, z którym łączą nas od wieków bardzo dobre relacje i który zasługuje na to, by okazać mu naszą solidarność oraz wsparcie dla jego euroatlantyckich aspiracji. Sytuacja, w której o losie Mołdawii decydują jak chcą Moskwa wespół z Berlinem jest równie upokarzająca dla Polski, jak i dla Rumunii. Nasz kraj ma wystarczający potencjał, aby być geopolitycznym punktem odniesienia w regionie, powinien dostrzegać interesy mniejszych podmiotów we własnym otoczeniu międzynarodowym i zacieśniać z nimi sojusze. Mijają już dwie dekady, od kiedy nie potrafimy na przykład wykorzystać naturalnej zbieżności interesów z Rumunią i w ogóle nie zauważamy korzyści płynących z zawarcia bliskiego sojuszu z tym krajem. Jednocześnie nasza dyplomacja skupia się na – jak wyjątkowo trafnie ujął to prezydent Komorowski – zdobywaniu „korony Himalajów”, czyli na spotkaniach z najważniejszymi osobistościami w świecie, które może poprawiają medialny wizerunek niektórych polityków, ale Polsce nic nie przynoszą. Żenująca jest wreszcie postawa polskich polityków z obecnej ekipy rządzącej, polegająca na lekceważeniu słabych i „czapkowaniu” silnym. Wszystko to odbywa się w sytuacji, gdy polityka Rosji staje się coraz bardziej bezwzględna, a Kreml nie waha się używać wszelkich możliwych środków w celu ochrony własnych interesów.
Tomasz Grabowski
