Kresy utraciły niezwykłego kapłana z Buczacza

Na Ukrainie nazywany był żywym pomnikiem Polskości i wiary. 11 grudnia zmarł 93-letni ksiądz infułat Ludwik Rutyna. Tam gdzie pracował na Opolszczyźnie i na Wschodzie kochali go wierni. Był polską legendą Kresów. Osierocił rodzinny Buczacz, któremu był wierny do końca życia.

To był nadzwyczajny człowiek. O niebywałym księdzu z Buczacza słyszałem od dziecka. Z tamtych stron pochodziła moja mama i jej familia (Puźniki powiat Buczacz). Ojciec urodził się w Podhajczykach, w sąsiednim powiecie Trembowla. Przy okazji rodzinnych uroczystości, takich jak święta rozprawiano o Kresach, a i zawsze ktoś z dużą atencją wspominał księdza Rutynę. Od połowy lat 90., już jako dziennikarz zacząłem regularnie odwiedzać Ukrainę. Lwów, Stanisławów, Tarnopol, miasteczka, wsie, tam gdzie docierałem do miejscowych Polaków przy okazji pytałem o „mitycznego” kapłana z rodzinnych opowiadań. Z czasem przestało mnie już dziwić, że go niemal wszędzie znają. Nieraz byłem blisko Buczacza. Obiecywałem sobie, że odwiedzę tamtejszą parafię i jej heroicznego proboszcza. Jak to bywa na Ukrainie, zawsze brakuje na coś czasu, a często i determinacji, aby zrealizować swoje plany. Zawziąłem się jednak w maju 2008 roku. „Mój” Ksiądz zgodził się na wywiad dla Radia Opole. Do spotkania doszło późnym popołudniem w Buczaczu. Przez kilka godzin oczekiwania zdążyłem poznać miasteczko. Zdeptałem ścieżki wokół pozostałości zamku Potockich, sfotografowałem rokokowy ratusz, obłożony wówczas rusztowaniami, na wzgórzu spenetrowałem były klasztor bazyliański. Wdrapałem się też na wzniesienie po przeciwnej stronie jaru. Zobaczyłem tam setki żydowskich macew, zaniedbane cmentarzysko, przedzielone szeroką, polną drogą. Jaki kraj, taki szacunek dla przeszłości i zmarłych. Niestety, tak zapamiętałem te miejsca. Nie to jednak było w tym dniu ważne. W końcu przyjechał ten, na którego od kilku godzin czekałem. Powitanie było nadzwyczaj serdeczne. Siwy, niskiej postury ksiądz w podniszczonej sutannie wysiadł z mocno zużytego samochodu i od razu przepraszał za wielogodzinne spóźnienie. Swojego kierowcę, uśmiechającego się młodego człowieka w koloratce pogonił, aby odprawił wieczorne nabożeństwo. Tak oto uścisnąłem dłoń księdza Ludwika Rutyny, który poprowadził mnie w swoje progi. W przeciwieństwie do okazałego, wyremontowanego barokowego kościoła, plebania przedstawiała sobą delikatnie mówiąc żałosny obraz. Wzdłuż zwieńczenia dachu ciągnął się spory prześwit. Widać było wiosenne, bezchmurne niebo. Pod nogami klepisko. Nad głową belki podłogi przyszłych pomieszczeń na piętrze. Weszliśmy do pokoju, gdzie miałem wrażenie przeniesiono wszystkie domowe i religijne sprzęty plebanii.

– Poprzedni robotnicy nie skończyli dachu, a teraz trudno znaleźć fachowców, bo pracują w dużych miastach, albo za granicą– wyjaśniał siadając na podniszczonej kanapie ks. Rutyna. Mimo sędziwego wieku emanowała z niego ogromna witalność. Jak mi powiedział wrócił z Tarnopola, był też u zakonnic w pobliskim Jazłowcu.

To przecież szmat drogi, a jest w całkiem niezłej formie – pomyślałem. Rozmowa od razu się kleiła. Opowiedziałem, że moja mama po wojnie mieszkała w Niemysłowicach (tamtejsi repatrianci pochodzili z Puźnik), krewni ojca osiedlili się w Szybowicach (przesiedlono ich z Podhajczyk). Ksiądz dobrze pamiętał mieszkańców tych opolskich wiosek. Przygotowując się do tej rozmowy, przeczytałem kilka publikacji na jego temat. Na świat przyszedł podczas pierwszej wojny światowej, 10 lutego 1917 roku w Podzameczku. Był najmłodszym, dziewiątym dzieckiem Kazimierza i Katarzyny z Wasików. Od siódmego roku życia wychowywał się u stryja we Lwowie. Tam do 1928 roku uczył się w szkole podstawowej. Potem wrócił do Buczacza, gdzie w 1937 roku ukończył gimnazjum. Rozpoczynając wywiad, zapytałem ks. Rutynę o młodzieńcze lata. Jak żyło się tutaj przed wojną, jakie były relacje narodowościowe?

– Podzameczek to była czysto polska wioska na przedmieściach Buczacza– opowiadał przymykając powieki i pogrążając się we wspomnieniach. Datowała się jeszcze od Kazimierza Wielkiego. Osadziła się tam gromada ludzi, która później się rozrastała. Także było tam blisko 500 numerów domów. Tutaj w kościele, w Buczaczu ja i moi rodzice byliśmy ochrzczeni. Tak Niemcom, jak i Moskalom zależało na tym, aby ten kawałek ziemi i ludzi do siebie wchłonąć. Związku z tym starano się utrzymać na tych terenach atmosferę sprzyjającą do ich późniejszego tutaj wkroczenia. Jak Moskwa, tak i Niemcy uważali, że powinni się posunąć daleko na przód. Zarówno jedni, jak i drudzy mieli tutaj swoje placówki oparte o grupy miejscowej ludności. Jeżeli chodzi o Żydów, to oni się i też bardzo trzymali komunizmu. Ukraińcy starali się utrzymywać ścisłe kontakty z Niemcami, którzy im tutaj wiele obiecywali. A wtedy, gdy przyszły już czasy wojenne, to ich po prostu wykorzystali i tyle. Ale jednak doprowadzili do tego, że stworzyły się tutaj takie warunki, w których dla wszystkich prawie było miejsce, tylko nie dla Polaków. Dlatego zaczęły się później te mordy ze strony jednego, czy drugiego okupanta. Także przyczynili się oni bardzo do tych antagonizmów i wysiedlenia stąd też i Polaków. Bo jeżeli nie będzie narodowości, państwowości, to nie będzie dla nich niewygodnych utrudnień. Rozstrzelano tutaj około osiem tysięcy Żydów. Ich tutaj tylu nie było. Cała ludność Buczacza to było niewiele ponad 12 tysięcy. Ale pozwozili tych Żydów z całej okolicy, a i nawet z dalszych stron. Utworzyli chwilowo tutaj takie ich skupiska – getta, a później wszystkich wymordowali. Sowieci mieli tutaj swoją jaczejkę (daw. podstawowa komórka partii komunistycznej w ZSRR), do której należeli nie tylko Żydzi. Za tę przynależność do organizacji komunistycznych wydalono kilku moich kolegów z gimnazjum. Bardzo dużo było grekokatolików, których oszukiwano, że będą mieli tutaj wolność narodową. Taka sytuacja doprowadziła do tego, że te antagonizmy rosły. Niestety musi się też powiedzieć, że te warunki, które tutaj były dla grekokatolików, kiedyś nazywano ich Rusinami, później Ukraińcami, były jak najbardziej krzywdzące. Jeżeli taki polski kolonista, przy poparciu też władz, usadowił się tutaj, mając już tych 20, a nawet i więcej mórg pola, a w sąsiedztwie mieszkał Ukrainiec, który miał czworo, pięcioro dzieci i zaledwie pół, czy półtora morga ziemi, no to on zawsze patrzył na tamtego z zazdrością i później pomału z nienawiścią. Także ta propaganda padła na taki podatny grunt. Jeżeli wtedy, ktoś potrafił znaleźć właściwą iskrę, to doszło do tych przykrych, bolesnych faktów. Niemiec tylko w to dmuchał, Sowieci tak samo. Ukraińców przesiedlano z rodzinnych stron, gdzie byli zakorzenieni, nawet i do Kazachstanu. Ten naród był bardzo krzywdzony i często oszukiwany.

Jeszcze przed wojną ks. Rutyna rozpoczął studia teologiczne na Wyższym Seminarium Duchownym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jego kolegą z tych czasów był późniejszy diecezjalny biskup przemyski Ignacy Tokarczuk. Następstwem zajęcia Kresów II RP przez armię sowiecką we wrześniu 1939 roku były mordy i deportacje ludności przedwojennego państwa polskiego. Represje nie ominęły też duchowieństwa oraz instytucji Kościoła katolickiego. W 1940 roku rozwiązano lwowskie seminarium. Jego adept Ludwik Rutyna, podobnie jak i inni studenci kontynuował naukę w „podziemiu” na tajnych kompletach. Dzięki tej determinacji, w maju 1941 roku, przyjął święcenia kapłańskie z rąk biskupa Eugeniusza Baziaka. Sakrament ten otrzymał w katedrze lwowskiej. Swoją mszę prymicyjną odprawił już w buczackiej farze. Potem skierowano go do Baworowa, przedwojennej miejscowości letniskowej, odległej 15 kilometrów od Tarnopola. Proboszczem tamtejszej parafii był ks. Karol Procyk. Za organizowanie pogrzebów ofiar banderowskich mordów naraził się UPA. Dlatego nacjonaliści wydali na niego wyrok śmierci. Podczas napadu na parafię, w listopadzie 1943 roku, zastrzelono organistę Szymona Wiśniewskiego, ks. Procyka uprowadzono, a następnie zamordowano. Ocalał jedynie wikariusz Ludwik Rutyna. Uciekając przez okno, wzywał pomocy. Potem objął obowiązki administratora parafii w Baworowie. W obawie o swoje życie ukrywał się nocami u polskiej rodziny oraz w organach i na wieży kościelnej.

– Jeżeli chodzi o wojnę, to ona nikogo nie oszczędzała– mówił ks. Rutyna niechętnie wspominając te wydarzenia. – Wojna jest zawsze wynikiem pewnych antagonizmów. Jak zawsze w takich sytuacjach się to uzewnętrznia, uderzym w pasterza, to rozproszą się owce. A więc uderzyli przede wszystkim w inteligencję, tak samo i w duchowieństwo, żeby w ten sposób, czy to za podszeptem Moskali, czy Niemców, tych ludzi stąd wypędzić. Jak już były tutaj takie tragiczne sytuacje, to każdy jeden myślał żeby, jak najprędzej stąd się ulotnić i jakoś się ratować. Tam, gdzie ja pracowałem była dość dobra atmosfera. Ale jednak to przyszło całą falą z Wołynia. I to w sposób, jak najbardziej okrutny i krwawy. Pamiętam, jak nawet swojego syna ukrywali rodzice, aby go nie wciągnięto do tych rozmaitych akcji. Tu nie była taka jednolita atmosfera. Ile było przypadków, kiedy grekokatolicy ukrywali nawet Polaków, aby się jakoś jeszcze uratowali. Za to też mieli rozmaite przykrości. To są sytuacje, które zawsze każą każdego człowieka brać indywidualnie. Wszyscy nigdy nie mogą być w czambuł potępiani, ani też usprawiedliwiani. A jeżeli chodzi o wojnę, kiedy front się zmieniał tam i z powrotem, to na wszelkiego rodzaju bezprawie było bardzo dużo okazji.

W Baworowie ks. Rutyna przebywał blisko cztery lata, aż do wyjazdu z przesiedleńcami na Opolszczyznę, w czerwcu 1945 roku. Już w Polsce pełnił posługę kapłańską w powiecie prudnickim, we wsiach Mieszkowice, Rudziczka i Szybowice. Miejscowości te zamieszkiwali głównie Kresowianie z przedwojennego województwa tarnopolskiego. Tam zajmował się działalnością duszpasterską, nauką religii w szkołach i remontował kościoły. Dawał też przykład pracowitości, prowadząc własne gospodarstwo rolne. Za zasługi na tych terenach otrzymał tytuł dziekana honorowego i kanonika. Parafię w Szybowicach (mieszkali tam repatrianci z Podhajczyk) ks. Ludwik prowadził przez 13 lat. Decyzją biskupa opolskiego skierowano go do Koźla. Tam też zaangażował się w remont starych i budowę nowych świątyń.

– Został za to skazany na cztery lata więzienia w zawieszeniu oraz grzywnę 10 tys. złotych– mówi prudnicki historyk Franciszek Dendewicz. – Służba Bezpieczeństwa zarekwirowała mu meble i motocykl, którym dojeżdżał do kościołów, gdzie odprawiał msze święte, a nawet próbowała oskarżyć go o współpracę z powstałą w latach 50. w Szybowicach antykomunistyczną organizacją – Krajową Armią Podziemną.

W kozielskiej parafii ks. Rutyna animował m.in. teatr młodzieżowy oraz katolicki ruch oazowy. Opiekował się też więźniami aresztu. Niemal codziennie odwiedzał chorych w szpitalu. Za te zasługi otrzymał honorowy tytuł prałata. Nadszedł istotny w jego życiu rok 1990. Księdza Ludwika Rutynę zapytałem: – Co było impulsem, który spowodował, że wówczas wrócił na Ukrainę?

– W rodzinnych stronach sytuacja już nie była taka, jak w latach czterdziestych i następnych –mówił infułat. – W wielu miejscach uspokoiło się. Inaczej się ustosunkowywali. Gdy skończyłem 75 lat, to trzeba było się zwolnić, bo w tym wieku księża odchodzą na emeryturę. Ponieważ wiedziałam, jak dalece rodzinne strony są zniszczone, pozbawione kierownictwa i duszpasterstwa, więc przyjechałem tutaj. To były jeszcze czasy sowieckie. Trzeba było mieć zaproszenie. Otrzymałem je przez obecnego ordynariusza diecezji łuckiej, księdza biskupa Trofimiaka. No i przyjechałem tutaj. Trzeba się było zająć tymi zniszczonymi kościołami. Na początku pracowałem w Krzemieńcu, Czortkowie, Borszczowie, Kopyczyńcach. W końcu przyjechałem do Buczacza. Jak w Tarnopolu nie było żadnego kapłana i miejsca modlitwy, to odprawiałem tam w kilku domach. Później na tamtejszym cmentarzu zamieniliśmy dawną pracownię kamieniarską na kaplicę. Nabożeństwa odprawiałem tam dojeżdżając w niedziele i święta. Potem, jak przyszedł już pewien zasób księży z diecezji, najwięcej tarnowskiej, no to też mając wybór między Tarnopolem i Buczaczem wybrałem rodzinne strony. Tutaj czułem się, jakoś tak bardziej zobowiązany, ażeby swoją, resztę wysiłków i życia poświęcić tej pracy. Na początku, jak jeszcze nie było zorganizowane duszpasterstwo, ani prawosławne, a jeszcze tym bardziej grekokatolickie, to w kościołach mieliśmy pełno wiernych. Później ta liczba, czym raz to się zmniejszała.

Na koniec mojego wywiadu zapytałem ks. Rutynę, czym dla niego są Kresy? – Jak załamał się Związek Sowiecki i ta wolność dla państwa ukraińskiego się otworzyła, no to też i tutaj w stosunkach z tymi władzami przyznawać się do polskości, to była sprawa bardzo przykra. Pytano mnie nieraz, jaki ty jesteś Polak? Napisane masz w dokumencie urodzony na Ukrainie, w ZSRR. Mówisz po ukraińsku. No to jak, co ty? To są sprawy, które mają głębsze korzenie. Owszem te tereny z dzieciństwa są bardzo miłe. Tutaj chodziłem do gimnazjum, ale też spędziłem pierwsze lata po święceniach kapłańskich. Teraz jest taka sytuacja, kiedy wiele granic zanika. I stąd te wszelkie antagonizmy, uprzedzenia, jakieś do siebie pretensje. Dzisiaj niestety człowiek stał się bardziej kosmopolitą. Szuka tylko wszędzie możliwości rozwiązania swoich pewnych chęci ekonomicznego i zarazem też wygodnego życia. W takich właśnie warunkach często też jego patriotyzm oraz inne przywiązania topnieją, a szanujesz siebie o tyle, o ile szanujesz innego.

***

Ksiądz infułat Ludwik Rutyna był najstarszym kapłanem archidiecezji lwowskiej. Jego pochówek odbył się 16 grudnia 2010 roku w Kędzierzynie-Koźlu. Uroczystościom pogrzebowym przewodniczyli biskupi: łucki – Marcjan Trofimiak, biskup pomocniczy archidiecezji lwowskiej – Leon Mały oraz opolski biskup Jan Kopiec. W ostatniej drodze księdzu Rutynie towarzyszyło kilkuset parafian, młodzież szkolna i Kresowianie ze sztandarami. Ten wybitny Polak i Kresowiak spoczął przy murze kościoła św. Zygmunta i św. Jadwigi Śląskiej w Kędzierzynie-Koźlu. W pamięci potomnych pozostanie, jako niezłomny kapłan, kochający rodzinne strony, dla których warto poświęcić nawet starość swojego życia. Ksiądz prałat Ludwik Rutyna był wyróżniony nagrodą ECCE HOMO, za poświęcenie życia Bogu i ludziom oraz za ekumeniczne wspieranie pojednania między narodami. Fundacja Jerzego Bonieckiego „Polcul” przyznała mu wyróżnienie za odbudowę zabytków sakralnych na Śląsku Opolskim i na ukraińskim Podolu. Nagrodzony został również medalem „Za zasługi dla Miasta Kędzierzyna-Koźla”. Jest jego Honorowym Obywatelem.

Jan Poniatyszyn, Polskie Radio Opole

Źródło: Kurier Galicyjski nr 2 (126) z 28 stycznia-14 lutego 2011 r.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz