Picie identyfikujemy jako podstawową cechę Sarmatów. I Polaków oczywiście (“nasi tu byli” – cytat kultowy, wiecie skąd).
Identyfikujemy polskość tudzież sarmackość z piciem – błędnie, ale słusznie. Ostatecznie pić trzeba, bez picia żyć się nie da. Staropolacy spełniali tylko zwyczajny obowiązek podtrzymania swego organizmu przy życiu za pomocą płynów – słusznie, choć z pewną przesadą, faktycznie bijącą w oczy cudzo- i nawet tu-ziemców. Poeta francuski Filip Desportes uciekał z Polski z Henrykiem Walezym, pozostając pod wpływem takich płynnych wrażeń i żegnając nas pięknym wierszykiem (cytuję fragment we własnym przełożeniu):
O, barbarzyński narodzie swarliwy,
Próżny, chełpliwy, gadatliwy, chciwy,
Co płoniesz dzień i noc jednym pragnieniem:
W mdłej chałupinie kufel puszczać kołem,
Chrapać na stole lub drzemać pod stołem
I za to słynąć pod Marsa imieniem!
Coś było na rzeczy. Kochanowski, odparowując Desportesowi, nie negował faktu (czyżby się przy nim stoczył z ławy?) – pisał tylko, że w Polsce można właśnie spokojnie spać pod stołem, bo tu żadna Noc Świętego Bartłomieja nie grozi. No tak… Polak pije, kiedy chce, a potem puszcza pawia, bo mu wolno, bo jest u siebie, choćby u króla na obiedzie był, a taki Bastylia mu za to nijak nie grozi. Jak to ujął zgrabnie Wacław Potocki w “Polskich blomuziach” (to jest dosłownie: “polskich rzygowinach”):
Opiwszy się jak świnia, i gębą, i nosem
Rzygnie na stół husarski towarzysz bigosem.
Aż Francuz: Nie to u nas, w Paryżu, blomuzie.
Przyjmcie w Polszcze, jakie są, mój panie Francuzie.
Tym niemniej dostrzegano też po polskiej stronie zagrożenie zamroczeniem ogólnym pod wpływem używek; kiedy po pijaństwie nad ranem “w paszczęce kliju pełno, a w czuprynie pierza” (to Opaliński Krzysztof), a w izbie panuje smród od “obu końców gnoju” (zapewne tego gnoju z paszczy i tego gnoju z otworów względem paszczy przeciwległych; to Wacław Potocki). U Kochowskiego jest taka fraszka, w której autor udaje, że myli epitet “pijacy” z nazwą narodowości: “Polacy”. A że Polacy piją po nocy, zwie ich panami ciemności. Nic dodać, nic ująć. Te wstydliwe fakty dziewiętnastowieczni działacze antyalkoholowi starali się zatuszować, dośpiewując do “Pije Kuba do Jakuba” nierealistyczną zwrotkę:
Pili nasi pradziadowie
Każdy wypił czarę,
Ale głowy nie tracili,
Bo pijali w miarę.
Kto nad miarę pije,
Tego we dwa kije,
Łupu cupu, łupu cupu,
Niech po polsku żyje.
Ale ostatecznie, jak było? Czy w Starej Polsce, to jest w Sarmacji, potrafiono pić kunsztownie i ze smakiem? Ba. Ogólnoeuropejska anegdota głosiła, że Niemiec pije piwo, Moskal wódkę, Francuz i Włoch wino, Anglik herbatę, Hiszpan czekoladę, a Polak? – pije wszystko. Można by zrozumieć, że Polak niewybredny i nie zna się na trunkach, smaku nie ma – albo że właśnie zna się na wszystkich trunkach Europy… Rodzaj zrozumienia od nas należy.
Ale są też ślady wybredności naszych przodków. Mocne ślady fajnej kultury picia. Jędrzej Kitowicz podaje wprawdzie przykłady opojów wyjątkowych, których kulturę subkulturą lub podkulturą zwać by należało (ufamy, że są to rzeczywiście przykłady wyjątkowe, a nie powszechne), tym niemniej odnotowuje – i nie tylko on – pewien rytuał. Na przykład toasty. Przepijanie jeden do drugiego. Gwar, jaki panował podczas takowego wymienienia się toastami… Luby gwar. No i pienia, którymi bibosze urozmaicali sobie pijatyki.
Docieram do sedna. Trzeba rozszerzyć repertuar staropolskich toastów, wiwatów, pieśni pijanych. Jest ich multum, tylko sięgnąć. To klasyka, ukryta jak zwykle u Kolberga i w starych druczkach siedemnastowiecznych. Dwa mini-cykle takich wiwatów nagraliśmy w ostatnich latach w “Niezbędniku Sarmaty” i “Niezbędniku konfederata barskiego”, dodając jeszcze i po jednej przynajmniej popularnej piosence toastowej. Nie namawiam do pijaństwa, ale do spełniania toastów w sposób godny, i do niezamęczania się jednym tylko, nieszczęsnym “Kurdeszem”. Skądinąd nie ma dziś u nas literackiej kultury picia, nawet nie wymyśla się takich zabawniastych toastów jak w Rosji. Czemużby nie rozśpiewać choćby samych sarmatolubów? Zresztą mniej by się może piło (tak się pocieszam). Zatem od razu proponuję na dziś takie trzy, bez wątpienia osiemnastowieczne teksty, zanotowane w wieku XIX:
*
A bodajto w takim domu
Słodkie pędzić chwile,
Gdzie się można dobrze bawić
Wesoło i mile:
Wypijemy piérwszą, drugą,
Trzecią, czwartą, piątą,
Wypijemy szóstą, siódmą,
Ósmą i dziewiątą.
A kiedy się i dziesiąta,
Jedenasta zdarza,
Wypijemy choćby beczkę,
Zdrowie gospodarza!
**
Wiwat dziś gospodarzowi,
Wiwat i jego domowi,
Wiwat, wiwat gospodyni,
Wiwat i całej rodziny.
Wiwat, wiwat bratu memu,
Wiwat i mnie, i samemu.
Wiwat, wiwat i tej damie,
Która dzisiaj idzie za mnie.
***
Niech nam żyje gospodarz,
Jego cały dom,
Kto to zdrowie nie wypije,
Precz stąd, won, won, won;
Niechaj trąby
Ra ra ra,
Niechaj kotły
Bum bum bum,
Niachaj z armat dają ognia
Od wieczora aże do dnia:
Pif, paf, puf.
Jacek Kowalski
—————————————————–
W załączeniu: nagranie powyższej wiązki, zamieszczone na płycie załączonej do książki “Niezbędnik konfederata barskiego”, wyd. Fundacja Świętego Benedykta, Poznań 2008 – śpiewa JK, aranżacja Anity Bittner, gra zespół Monogamista JK.
