Jedzie Drewicz

Krótko mówiąc: mamy do czynienia ze świadomą, konfederacką propagandą sukcesu. Nie wynikającą z kompleksów, ale – dość wyjątkowo – z sukcesu właśnie. Z sukcesu częstochowskiego, jak sądzę.

Jedzie Drewicz, jedzie,



Trzysta koni wiedzie;

Oj, poczekaj, panie Drewicz,

Nie twoje to będzie…

Drewicza ujęto,

W kajdany opięto;

Hej, panowie, bracia szlachta,

To nam dzisiaj święto.

Kiedyś myślałem, że to jedna z najgłupszych polskich piosenek, tromtadracka, fałszywa, pusta. Tak pusta, jak konfederacki gest jasnogórskiego komendanta, Kazimierza Pułaskiego. Oto Moskal Drewicz podchodząc wczesną zimą anno 1770 pod częstochowską fortecę napisał do Pana Kazimierza, że „jeżeli się dobrowolnie podda”, otrzyma „generalstwo w wojsku moskiewskim i pierwsze u imperatorowej względy”. Nasz bohater miał odpowiedzieć Drewiczowi, że „jeżeli się sam osobą swoją przeniesie do konfederacji, Generalność da mu marszałkowską godność, wyższą od generalskiej”.

Czyż nie była to czcza przechwałka? Wiadomo przecież, że konfederaci ponosili z rąk Drewicza nieustanne i sromotne klęski, że Generalność ukrywała się przed Moskalami za granicą; że, bywało, znaczni Polacy przechodzili na żołd moskiewski, ale żaden zdrowo myślący moskiewski żołnierz nie przeszedł na żołd konfederacki.

Toteż sądziłem, że piosenkę, która przedstawia rzekomą kaźń rzekomo pochwyconego Drewicza, tego, który nigdy się konfederatom w ręce nie dostał, ale który im za to „obcinał ręce, obcinał uszy”, i którego „ciało” z ich damami „sobie obcowało” tudzież inne wszeteczeństwa wyczyniało – otóż, że tę piosenkę traktować należy jako wynikające z odwiecznych kompleksów życzeniowe zaklęcie bezsilnych Polaczków wobec wszechmocnego Rusa. I jeszcze jako co najwyżej ciekawy przejaw szlacheckiego folkloru (skądinąd profesor Janusz Maciejewski w swojej antologii literatury barskiej zamieścił ten utwór w osobnym aneksie, jako ludowy).

Z biegiem czasu radykalnie zmieniłem zdanie. Najpierw uświadomiłem sobie, że Drewicz nie dla picu proponował Pułaskiemu stanowisko generalskie – Pułaski był wojak klasa, często trzepał Moskali, samemu Suworowowi potrafił się stawić; więc dla wojsk imperatorowej stałby się cennym nabytkiem, tak jak okazał się nim dla armii Stanów Zjednoczonych.

Po wtóre, przypomniałem sobie, że Drewicz na Częstochowie połamał sobie zęby, potracił ludzi, okazał się wobec Pułaskiego bezsilny. I to właśnie konnica Pułaskiego z powodzeniem na niego szarżowała – nie dziw, że piosenka powiada, iż „Od bram Częstochowy | Zabrzmiały podkowy: | Ho! Ho! teraz panie Drewicz | Nie uniesiesz głowy”.

Po trzecie zauważyłem rzecz niby oczywistą, której wcześniej nie skojarzyłem – że chociaż tekst opublikowany przez Janusza Maciejewskiego operuje modusem ludowym, ba, wykorzystuje kanwę ludowej pieśni o skazańcu prowadzonym na stracenie, to jednak jest porządnie zrymowany i „politycznie” skonstruowany tak, że chyba przerasta poziom kojarzenia pospolitego mieszkańca wsi polskiej anno 1770.

Natychmiast przed oczyma duszy mojej pojawiły się dwa konkurencyjne obrazy. Pierwszy – to obraz uczonego szlachcica w okularach, który w swoim raptularzu zapisywał ludowe piosenki ku uciesze własnej i sąsiadów, tak jak czyniło wonczas wielu. Teraz postanowił zabawić się w pseudoludowego twórcę (co też się szlachcicom zdarzało, wiemy o tym!) i z namysłem ułożył ludowy pastisz, ku konfederackiej propagandzie.

W drugiej wersji mojej wizji starego szlachcica zastąpił młody junak, towarzysz konfederackiej jazdy, któremu jeszcze niedawno ojcowie jezuici łamali rózgi na grzbiecie, ucząc retoryki i poetyki, a który teraz słuchał ludowych pieni z gardeł prostych gemejnów i dośpiewywał swoje zwrotki – aż wyśpiewał wojskowy hit ad usum innych Panów Towarzyszów.

I junaka, i starszego szlachcica umieściłem sobie pod murami Częstochowy, jak patrzyli na pierzchających Moskali – a widok to był wówczas zaiste rzadki. Dlatego obaj pełnym gardłem śpiewali lub swobodnym piórem pisali z „częstochowskiego” punktu widzenia i z kondycji Pana Kazimierzowych podwładnych, którzy jako nieliczni konfederaci mogli sobie zaśpiewać „to nam dzisiaj święto”.

Nic dziwnego, że wedle ich pomyślunku Pułaski był to „rębacz dziarski”, któremu odtąd „Drewiczowe nogi” „nie będą zachodziły drogi”. Ale omne trinum perfectum – parafrazując innego podczęstochowskiego junaka (imć Kuklinowskiego), rzecby trzeba było, że trzech jest prawdziwych żołnierzy w tej Koronie Polskiej: Pułaski w Małej Polsce, Zaremba w Wielkiej Polsce i Sawa na Mazowszu. Z nich największy jest oczywiście Pułaski, bo to on pojmie Drewicza, dzięki czemu „Drewiczowe oczy” „już nie będą poglądować, | Skąd Zaremba kroczy”, a „Drewiczowe uszy | Już nie będą podsłuchiwać, | Skąd pan Sawa ruszy”. Ważne rozróżnienie: srogiemu Pułaskiemu Drewicz musiał mieć śmiałość wejść w drogę; ostrożnego, choć chodzącego z pokaźną armią Zaremby wystarczyło, że wypatrywał, podczas gdy przemykającego się chyłkiem jak lis Sawę musiał bez wątpienia „podsłuchiwać”. Jakże polityczne uszeregowanie postaci!

Krótko mówiąc: mamy do czynienia ze świadomą, konfederacką propagandą sukcesu. Nie wynikającą z kompleksów, ale – dość wyjątkowo – z sukcesu właśnie. Z sukcesu częstochowskiego, jak sądzę. Sukces odniosła też sama piosenka. Przetrwała sukcesy i porażki Drewicza, Pułaskiego, Zaremby i Sawy; przeżyła ich nawet w ogóle, aby w ustach prawdziwego ludu (a nie stylizujących się na lud szlachciców) dotrwać czasów, gdy nikt już nie wiedział, cóż to ona opiewa. Nadal ją jednak śpiewano, jako krwawą balladę dla dziatwy, aby młódź czuła respekt przed Drewiczem jak przed Babą Jagą, postacią z nikomu nieznanej już bajki.

Jacek Kowalski

———————————————————-

W załączeniu: „Piosenka o Drewiczu” z mojej książki z płytą „Niezbędnik konfederata barskiego. Awantury-kuranty-pieśni”, Fundacja Świętego Benedykta, Poznań 2008

Gra zaspół Monogramista JK: Jacek Kowalski – śpiew; Anita Bittner – aranżacja, fagot; Marzena Łopińska – flet poprzeczny; Justyna Gertner-Piechel – wiolonczela; Wojciech Winiarski – gitara; Robert Rekiel – perkusja

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz