Hańba przemilczenia

To hańba, że państwo polskie nadal nie potrafi się zdobyć na to, by w sposób jasny i wyraźny powiedzieć, co stało się na Kresach. Kiedyś kazano milczeć o Katyniu, dziś lepiej nie mówić zbyt głośno o ludobójstwie na Wołyniu. III RP zbyt często przypomina PRL, a elity polityczne zachowują się tchórzliwie.

Dlaczego w przygotowywanej przez PO sejmowej uchwale na 70 rocznicę czystek etnicznych na Wołyniu nie pada słowo „ludobójstwo ” i zaniża się liczbę polskich ofiar? Oficjalne wyjaśnienie mówi, że Polska nie chce zadrażniać stosunków z Ukrainą, bo zależy nam na jej integracji z Europą.

Nie wiadomo, co w tym jest gorsze – założenie, że dobre stosunki buduje się na przemilczeniu i nieprawdzie, czy też fałsz, oczywisty dla każdego, kto choć w minimalnym stopniu orientuje się w ukraińskiej polityce. Nawet najbardziej ostra deklaracja polskiego Sejmu nie zaskoczyłaby ekipy Wiktora Janukowycza. Do zbrodni banderowców ma bowiem stosunek zdecydowanie negatywny i wielokrotnie dawał temu wyraz.

Z kim więc Polska ma nie zadrażniać stosunków? Z pogrobowcami OUN — UPA , defilującymi przed pomnikami Bandery paramilitarnymi organizacjami i ich politycznym zapleczem? I czy Ukraina nie powinna się uporać z własną przeszłością zanim zacznie się integrować z Europą?

Autorzy projektu uchwały sejmowej są zakładnikami politycznej poprawności. Bardzo swoistej, i jak mi się wydaje, wcale nie związanej z założeniami polityki międzynarodowej. Do kanonu tej poprawności należy założenie, że jesteśmy narodem sprawców zbrodni. Bezsensownym jątrzeniem i niepotrzebnym wracaniem do przeszłości byłoby więc przypominanie o dziesiątkach, jeśli nie setkach stodół i szkół , w których płonęli spędzeni przez ukraińskich sąsiadów Polacy.

Musimy przepraszać, ciągle od nowa, za akcję „Wisła”. Przesiedleni Ukraińcy doznali bowiem krzywd moralnych, nie do zapomnienia i wybaczenia. Nie należy za to mówić o Polakach, mordowanych okrutnie nawet w momencie, gdy uciekali już za Bug.

Przez wiele lat ludzie, którzy ocaleli cudem z rzezi na Kresach , cierpieli w milczeniu . Bali się mówić o swych przeżyciach, zresztą nikt nie chciał słuchać.

— Nie ma tematu. O czym w ogóle pani mówi? Tam nie była Polska — taką kwestię usłyszała kiedyś Zofia Szwal, bohaterka jednego z moich reportaży. Podeszła do prelegenta, który w czasach PRL- u opowiadał o zbrodniach Niemców, chciała mu powiedzieć o tym, co stało się na Kresach.

Kiedy pisałam kilka lat temu tekst o ludziach, którzy jako dzieci byli świadkiem ludobójstwa na Wołyniu, uderzyło mnie, że musieli się zmagać z bólem w samotności i przy zamkniętych drzwiach. O tym co, stało się z ich rodzinami, mówili w swych domach ściszonymi głosami. Ukrywana trauma niszczyła ich podwójnie — wszystkie ofiary wojny miały prawo do uzewnętrzniania cierpienia, tylko nie oni.

PRL ocalonym z rzezi wołyńskiej wcisnął w usta knebel. III RP zachowuje się niewiele lepiej. To hańba, że państwo polskie nadal nie potrafi się zdobyć na to, by w sposób jasny i wyraźny powiedzieć, co stało się na Kresach.

Maja Narbutt

wPolityce.pl

forma płatności