Dzisiejszy Cudnów to niewielka mieścina, jakich wiele na Żytomierszczyźnie. Położona jest na skalistych brzegach rzeki Teterew przy drodze z Żytomierza do Chmielnickiego.
Liczy 6 tys. mieszkańców. Choć nie jest nawet miastem, tylko “sełyszczem miskoho tipa” jest stolicą rejonu utworzonego w 1936 r. przez władze sowieckie. Wjeżdżając do niego od razu widać jednak, ze choć na pierwszy rzut oka wygląda jak wieś, to sroce spod ogona nie wypadł. Na tablicach znajdujących się przy wjeździe, znajduje się herb przedstawiający twierdzę ze wzniesioną nad nią ręką z szablą. Choć stanowi on adaptację rosyjskiego herbu i rożni się od niego tylko brakiem dwugłowego orła, to znakomicie oddaje historię Cudnowa. Założono go jako twierdzę w 1471 r. i taką rolę pełnił przez wiele lat. Wielokrotnie opierał się Tatarom, co współcześni uznali za cud i osadę wyrosłą wokół niej nazywali Cudnowem. W czasie buntu Kosińskiego (w 1593 r.) wojewoda Janusz Ostrogski rozgromił pod Cudnowem jego oddziały, biorąc go w niewolę. Największy cud zdarzył się pod Cudnowem w 1660 r. , kiedy to wojska polskie odniosły jedno z największych zwycięstw nad armią rosyjską. Uchodzący za zniedołężniałego i zgrzybiałego starca, hetman wielki koronny Stanisław Potocki “Rewera” pokonał wojska Szeremietiewa, zajmując dzięki temu jedno z poczesnych miejsc w poczcie polskich wodzów. Noszony dotąd w specjalnej kołysce hetman cudownie odzyskał siły i dowodząc z konia zagrzewał żołnierzy do walki. Okrążeni Rosjanie skapitulowali, oddając się w niewolę ze sztandarami i taborem. Szeremietiew zobowiązał się w imieniu cara do wydania Rzeczypospolitej Kijowa i Smoleńska…
Cudnów to nie tylko “cudowne” miejsce historii polskiego oręża, ale i literatury. To w nim mieszkał i tworzył Henryk Rzewuski, którego twórczość wywarła “cudowny” wpływ na takie arcydzieła polskiej literatury jak “Pan Tadeusz” czy “Trylogia”, które ukształtowały kresową świadomość Polaków. “Pamiątki Soplicy” Rzewuskiego wzbudziły zachwyt Adama Mickiewicza, który podziwiał oryginalność pomysłu, doskonałe wczucie się w atmosferę tradycji i obiektywny humor. Czarowi “pamiętnika” uległ też Henryk Sienkiewicz pisząc “Trylogię” dla pokrzepienia serc. Brzmienie stworzonej przez Rzewuskiego “gawędy szlacheckiej” usłyszeć można w utworach innych wielkich kresowych pisarzy z Melchiorem Wańkowiczem na czele. Cudnów ma więc z pewnością swój genius loci. W jego pobliżu wciąż jeszcze istnieją dawne szlacheckie zaścianki, w których można spotkać typy podobne do tych, które Rzewuski uwiecznił w “Pamiątkach Pana Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego”. Ich przetrwanie to też swoisty cud. Sowiecki walec prześladowań, represji i deportacji był tu wyjątkowo ciężki.
W Centrum Cudnowa można zobaczyć jeszcze jeden cud. To budowany właśnie klasztor i kościół oo. Franciszkanów. Ma oryginalną bryłę, stoi (nomen omen) przy ulicy Lenina, niemal naprzeciw siedziby władz, przed którym, a jakże, stoi wciąż pomnik wodza rewolucji, zwrócony w stronę wznoszonego przybytku Pana Boga.
Powrót franciszkanów do Cudnowa to też swoisty cud. Zwąc się jeszcze bernardynami, zniknęli z tutejszego religijnego pejzażu po powstaniu listopadowym, na skutek carskich represji. Po II zaborze Cudnów wszedł bowiem w skład carskiego imperium. Klasztor bernardynów powstał w Cudnowie nieco wcześniej, gdy Rzeczpospolita chyliła się już ku upadkowi, a jej władza na tych ziemiach zbliżała się kresu. Ufundował go książę Janusz Sanguszko w 1775 r. Podarował on zakonnikom grunt pod budowę klasztoru, kościoła i założenie ogrodu, a także łąki i bliżej nie znaną ordynację, którą wydzielił ze swoich dóbr. Obie budowle nie były zbyt imponujące. Wzniesiono je z drewna ze składek i ofiar różnych dobrodziejów. Nosiły wezwanie św. Jana Nepomucena. Placówka bernardyńska była skromna, ale pasowała do ówczesnego Cudnowa, który poza ruinami twierdzy był także drewniany. W modrzewiowym dworku zamieszkał tu także Henryk Rzewuski, kiedy dobra cudnowskie przeszły w jego ręce.
W pierwszych latach swojej działalności, bernardyńska placówka w Cudnowie miała charakter rezydencji. Potem przekształcono go w konwent. W1787 r. w klasztorze gościł król Stanisław August Poniatowski, jadący do Kaniowa na spotkanie z Katarzyną II. Król uczestniczył tu we mszy świętej i zostawił jałmużnę dla ubogich. W1790 r. mieszkało w nim 4 ojców: gwardian Roch Ilaszewski znany z dbałości o bibliotekę klasztorną, jego zastępca Benewenty Łobaczewski, kaznodzieja niedzielny Sabinian Załucki, a także drugi kaznodzieja świąteczny Kasjan Gołębiowski. Z zachowanych archiwaliów można wnosić, że dwa lata później, w Cudnowie byli też inni kaznodzieje, niedzielny Zygfryd Skomorowski, świąteczny Otton Waliniewicz i Maksymilian Kaniowski, obsługujący ambonę w miejscowym kościele parafialnym. W 1772 r. mieszkało w klasztorze 8 ojców i 4 braci. W 1818 r. liczba cudnowskich mnichów nieco spadła. Było ich w nim tylko dziesięciu: 6 ojców i 4 braci.
Od 1800 r., gdy od 7 lat Cudnów znajdował się się w granicach Rosji, tutejsi bernardyni założyli przy klasztorze szkołę elementarną, która niewątpliwie przyczyniła się do podniesienia poziomu tutejszego ludu i podtrzymania polskości. W 1831 r. przeniesiono z Dubna do Cudnowa studium zakonne, ponieważ w Dubnie połowę klasztoru zabrano na szpital. Istniało ono tu jednak krótko, bo w 1832r. klasztor w ramach represji popowstaniowych władze carskie zlikwidowały. Po opuszczeniu Cudnowa przez bernardynów ich kościół był nadal czynny. Z opisów miejscowości pochodzących z końca XIX w. wynika, że w miasteczku były dwa kościoły, synagoga i cztery cerkwie. Parafia była tylko jedna p.w. Odnalezienia Krzyża Świętego. Liczyła 6230 wiernych, a korzeniami sięgała XV w. Pobernardyński kościół był zapewne świątynią filialną.
Dziś, po swoim powrocie, Bernardyni przejęli korzenie, tradycje parafii i wezwanie, podejmując się jej odtworzenia. Udało im się odzyskać teren, gdzie dawniej stała świątynia. Zakupili też domek, w którym urządzili tymczasowy klasztorek. Mieści się on przy tej samej ulicy parę kroków od przyszłego klasztoru i kościoła. Pierwszym bratem mniejszym, który podjął posługę w Cudnowie był o. Andrzej Nemczenko, pałeczkę od niego przejął o. Albert Turowski mający duże doświadczenie budowlane. Na fundamentach wylanych przez poprzednika wzniósł budynek klasztoru i kościoła w stanie surowym i nakrył go dachem. Jego dzieło kontynuuje obecnie o. Miłosław Goraj, gwardian czyli przełożony tutejszej trzyosobowej franciszkańskiej placówki a zarazem jej ekonom, do tego jeszcze proboszcz parafii i radny prowincji. To młody operatywny kapłan, na barki którego spadło najtrudniejsze zadanie czyli wykończenie klasztoru i kościoła. Oba budynki ze sobą połączone stanowią dzisiaj bez wątpienia reprezentacyjny i najbardziej rzucający się w oczy obiekt w Cudnowie. Gdy zostanie otoczony murem, a jego okolica zostanie uporządkowana, będzie mógł służyć jako wizytówka katolickiej kultury. Wchodząc do środka można się przekonać, że o. Miłosławowi daje sobie radę z wykańczaniem obiektu. Parter jest już prawie gotowy i pewnie wkrótce zakonnicy przeprowadzą się do nowych pokoi w klasztorze. Cały obiekt jest duży i po wykończeniu będzie mógł służyć do innych celów. Na dole i na piętrze jest po sześć pokoi. Klasztor jest oczywiście zaopatrzony w odpowiednie zaplecze. Ma duży refektarz, kuchnię ze spiżarnią. Będzie w nim gdzie urządzić bibliotekę. Sam kościół nie jest duży, jest dostosowany do wielkości wspólnoty. Na razie mieści się ona w tymczasowej kaplicy urządzonej w wykończonym już refektarzu.
– Tutejsza wspólnota odradza się powoli i póki co liczy 80 stale praktykujących wiernych – mówi o. Miłosław – Takich, którzy przychodzą jeszcze od czasu do czasu jest około setki. Większość z nich to osoby napływowe. Ludzi mocno tu zakorzenionych, którzy w okresie komunistycznym przyznawali się do wiary i jeździli do czynnych kościołów w Połonnem czy Żytomierzu jest zaledwie garstka…
Dla ojca Miłosława brak tłumów na Mszy św. Jest na pewno deprymujący. W parafii, w której wcześniej pracował, na nabożeństwa przychodziły setki wiernych. Pochodzi też z miejscowości, w której na co dzień spotykał się z żywą wiarą. Wychował się w Miastkówce, czyli swoistej Porcjunkuli, ukraińskiej prowincji św. Michała. Urodził się w katolickiej rodzinie. Jego ojciec Michał był wychowankiem duchowym o. Martyniana Darzyckiego, którego poznał jako dziecko, gdy ten posługiwał jeszcze przed aresztowaniem i zesłaniem do łagru w Krymku.
– Ojciec Martynian jest bardzo pobożnym człowiekiem, mającym w czasie swej duszpasterskiej aktywności bardzo dobre podejście do dzieci – wspomina o. Miłosław. – Dla nich miał zawsze czas. O ile dla dorosłych bywał często szorstki, to dla dzieci zawsze miał czas. Te lgnęły do niego, licząc na cukierki, które o.Martynian nosił w kieszeniach sutanny. Zachowywał się wobec nich jak ojciec, z każdym starał się porozmawiać. Oficjalnie nie wolno mu było tego robić, ale on się tym nie przejmował, narażając się na odebranie “sprawki”. Ojciec Martynian jakoś specjalnie mnie nie namawiał, oddziaływał raczej swoim przykładem. Gdy byłem już w starszych klasach szkoły średniej wiedziałem już, że u nas w Miastkówce odbywają się podziemne spotkania braci. Nie odmówiłem, gdy zaproszono mnie na jedno z nich. W 1990 r. wstąpiłem do zakonu i zostałem wysłany na studia w nowo otwartym seminarium duchownym w Grodnie. Byłem w nim rok, a później zostałem przyjęty do nowicjatu w Leżajsku, przechodząc następnie przez Kalwarię Zebrzydowską. Wyświęcony zostałem w 1998 r. Następnie cztery lata pracowałem w Szarogrodzie, a od 2002 r. tu w Cudnowie.
Do swoich obowiązków w Cudnowie o. Miłosław podchodzi z franciszkańskim optymizmem. Mimo, że wspólnota tutaj jest niewielka, to systematycznie rośnie. Gdy franciszkanie zaczynali tu pracę, liczyła 40 osób. Dziś dwa razy tyle.
– Główną radością tutejszej wspólnoty są dzieci – mówi o. Miłosław. – Wśród stale praktykujących jest ich kilkanaścioro. Daje to nadzieję, że parafia nie wymrze i będzie się rozwijać. Może z czasem o swoich korzeniach przypomną sobie też inni mieszkańcy Cudnowa, których przodkowie byli katolikami. Takich zaś, wbrew pozorom, jest sporo. Gdy idę np. do jakiegoś urzędu, to po kilku chwilach rozmowy obsługująca mnie osoba chwali się, że jej babcia też byłą katoliczką… Gdy chodzę po kolędzie, też jestem często zapraszany do domów ludzi, którzy formalnie do parafii nie należą. Gdy pytam, czemu chcą, bym pobłogosławił ich obejście mówią, że ich dziadkowie, czy nawet rodzice też byli katolikami i chcą podtrzymać tradycję. W sumie takich osób jest w Cudnowie kilkaset. Większość z nich, podobnie jak parafianie systematycznie praktykujący, ma korzenie polskie. Oczywiście są wśród nich i tacy, którzy z polskością nie mają już żadnych związków, ale niewątpliwie dominują ci, których przodkowie byli Polakami. Duszpasterstwo w Cudnowie prowadzę oczywiście po ukraińsku. Po polsku nie potrafi rozmawiać już nikt. Owszem, starsze babcie zaśpiewają jeszcze jedną czy drugą pieśń po polsku, ale polskiego już nie rozumieją.
Sowiecki walec zniszczył polskość w Cudnowie zupełnie. Część parafian, jak można przypuszczać została zamordowana w Żytomierzu, a reszta wywieziona do Kazachstanu. Taki sam los spotkał Polaków z pobliskich wsi należących do parafii. Przetrwały w nich tylko pojedyncze rodziny. Tylko w Karpowcach, dawnej filii parafii, odrodziła się niewielka wspólnota. Uderzenie w polskość było tak silne, że parafia nie odrodziła się po wkroczeniu Niemców w czasie II wojny światowej. Kościół był już wtedy zniszczony, parafia nie miała liderów i księdza. Ostatni najprawdopodobniej posługujący tu kapłan, będący administratorem parafii od 1925 r. ks. Serafin Sobański został aresztowany przed GPU i osadzony w więzieniu. Nie wiadomo nawet, w którym roku… Jest niewątpliwie męczennikiem za wiarę…
– Historii parafii, zwłaszcza tej najnowszej, niestety nie znam – ubolewa o. Miłosław.- Owszem, pytałem się najstarszych członków parafii, czy czegoś nie wiedzą, czy ktoś im czegoś nie przekazał, ale niestety nikt niczego nie pamiętał. Te najstarsze osoby należące do wspólnoty, gdy bolszewicy ją zlikwidowali, były wtedy dziećmi i niewiele pamiętają. Jedna z babć widziała tylko, jak niszczono kościół. Nie potrafiła jednak przypomnieć sobie, w którym to było roku.
Franciszkanie z Cudnowa obsługują jeszcze kilka parafii dojazdowych. Pracy im więc nie brakuje.
Marek A. Koprowski
