Chłopcy z Nowoszyszek

„Wa imia Atca i Syna/To nasza malitwa/Tak jak Trójca nam jadyna/Polszcza, Ruś i Litwa.”

Wraz z końcem ubiegłego roku na naszym rynku księgarskim ukazała się trzecia powieść Floriana Czarnyszewicza pt.: „Chłopcy z Nowoszyszek”. Staraniem Wydawnictwa LTW, wydana przed pół wiekiem w Londynie książka ukazała się w końcu w Polsce. Warto wspomnieć, że LTW było także wydawcą, i także w 2012 roku, powieści „Wicik Żywica”, zaś powieść „Nadberezyńcy” wydały dwa lata temu krakowskie ARCANA.

Prezentowana powieść różni się jednak od dwu poprzednich. Przede wszystkim jej akcja rozgrywa się nie na „niepewnej” ziemi i w „niepewnym” czasie (Ziemia Nadberezyńska i w czasie wojny polsko-bolszewickiej), a na ziemiach włączonych do II RP, na których krzepnie już polska władza. Poza tym znacznie mniej już znajdziemy w książce motywów patriotycznych (choć są one oczywiście obecne) – skierowana jest bardziej na ukazanie przeżyć konkretnych osób. Bo „Chłopcy z Nowoszyszek”, to przede wszystkim książka o miłości. Miłości z takim trochę może nierealnym heppyendem, ale pięknej i trwałej. Dwójka głównych bohaterów: Wincusia i Dońka, to młodzi ludzie, którzy mają się ku sobie od lat, ale wojna, wojsko, źli ludzie, ale też i … rodzina sprawiają, że miłość ich przechodzi nie jedną próbę, zanim złączą się ze sobą. Czytając o nich i o ich uczuciu, prostym, czystym, narażanym co prawda na różne pokusy, ale jednak trwałym, czytelnik doznaje swego rodzaju „powiewu świeżości”. Jakże to inne od współczesnych cukierkowatych komedii romantycznych, bez żenady i gustu kopiowanych z zachodnich „wzorców”. Od tej płytkiej, powtarzalnej mechanicznie jak … karabin, fabuły ze zdradą, nieszczęśliwym zakochaniem, zakochanym geje, który na szczęście okazuje się być hetero, szaloną nocą zakończoną ciążą, nie z tym jednak z którym powinna być. Ale „na szczęście” okazuje się na koniec, że ciąży albo nie ma, albo jest z tym właściwym. I wszystko to poprzeplatane w najlepszym wypadku płytkimi „mądrościami żywicowymi”, w gorszym – głupim babskim paplaniem przy zakupach. Czy Czarnyszewicz mógł napisać powieść w tym duchu? Ależ oczywiście, że mógł. Tzw. „kobieca literatura” tak naprawdę niewiele się zmienia od stu i więcej lat. Książę przedzierzgnął się tylko w milionera albo dyrektora jakiejś korporacji, a biały rumak ma teraz cztery koła zamiast nóg i nazywa się mustangiem albo jaguarem. Ale na szczęście Czarnyszewicz takiej powieści nie napisał. Ukazał za to dwoje młodych ludzi, którzy starają się o siebie, zabiegają o swoje uczucia, są w nich wytrwali, dla miłości doskonalą sami siebie, kształcą, dorabiają się, służą ludziom. Tym samym Nadberezyniec przypomina pewne podstawowe wartości miłości. Pokazuje, że kiedy się dziewczynę kocha, nie koniecznie trzeba ją od razu wychędożyć, choćby i nadarzała się do tego okazja, ukazuje jak można wzrastać w miłości jednocześnie żyjąc z pożytkiem dla swojej wspólnoty, kraju. Słowami bohaterów powieści mówi o tym, co najważniejsze: „Twoja Wincusia więcej warta w jednej koszuli niż Gienia ze swoim chutorem.” – mówi stryj do Dońki Lemiesza. Pokazuje, że o miłość trzeba walczyć do końca i z determinacją. „Bo jak się do dziewczyny chodzi, to choćby tam kamienie z nieba leciały…” – mawiał mój pochodzący z Kresów dziadek. To widać i u Czarnyszewicza.

Ale rzecz jasna nie tylko miłością zapełnia Autor tych ponad 320 stron powieści. To czym „Chłopcy z Nowoszyszek” odróżniają się też od poprzednich powieści, to jest kresowa gwara. Na to zwraca uwagę wielu badaczy twórczości Czarnyszewicza. Oczywiście i w poprzednich powieściach spotykało się nierzadko wiele zwrotów regionalnych, rusycyzmów czy zapożyczeń z białoruskiego, ale tutaj cała książka jest nimi dosłownie przesycona. Można stwierdzić, że mało jest tu czystej polszczyzny, bohaterowie niemal wyłącznie porozumiewają się gwarą północno-wschodnich Kresów. Nasycenie nią jest tak wielkie, że początkowo może wręcz utrudniać jej czytanie i zrozumienie, zwłaszcza tym osobom, które nie znają języka białoruskiego czy rosyjskiego i ich składni. Powoli jednak czytelnik oswaja się z tą piękną mową. I bez wątpienia powieść ta stanowi nie lada gratkę dla językoznawców.

Maluje Czarnyszewicz także obraz stosunków pogranicznych i całej kresowej rzeczywistości małego miasteczka i okolicznych wiosek. Każdy, komu trafiło się urodzić i wychować w podobnych warunkach przyznać musi, że wiele jej elementów „zakonserwowało” się skutecznie do dziś. To przede wszystkim wiejska „racjonalność”, którą niekiedy śmiało nazwać można kołtunerią. Chęć pokazania się, status materialny, który decyduje o tym jak się człowieka odbiera. Linia podziału „moralnego”, która często szła po linii zasobności: bogaty – porządny, biedak – łachudra i podejrzany typ. Wsiowa (bo nie wiejska) hipokryzja: „aby ludzie nie widzieli, to wszystko można”. itd. itp. Wszystko to połączone jest z równie mocno zakonserwowanymi układami hierarchicznymi w rodzinach, gdzie w zasadzie rządzi ten kto silniejszy, gdzie kobiety niewiele maja do gadania. Dalej „wsiowa mądrość i wychowanie”, w którym nie mieści się coś takiego jak całowanie kobiety w rękę czy ustępowanie jej miejsca. To wszystko jest w powieści Czarnyszewicza.

Jest tam też postać nauczyciela Łosia, którego Autor chciał zdaje się ukazać jako swego rodzaju panaceum na te wszystkie bolączki. To on, niczym doktor Judym, sieje w tym trudnym środowisku kulturę, potrzebę nauki, kształcenia się, zdobywania ogłady i tęsknotę ku wartościom wyższym. Tadeusz Łoś jawi się jako nośnik czegoś lepszego, człowiek budzący także uczucia patriotyczne i poczucie więzi z państwem polskim. To nie podoba się, co zrozumiałe agentom bolszewickim, ale też „młodym gniewnym” członkom białoruskiego odrodzenia. Tych ostatnich „gasi” jednak nauczyciel z Nowoszyszek tym, że przecież jest tutejszy, spod Głębokiego.

Postać Łosia szczególnie skłania do refleksji nad rolą liderów, którymi byli też nauczyciele w takich społecznościach. Pokazuje jak wiele mogą zrobić oddani, zaangażowani i aktywni nauczyciele. I wydaje się, że w tej kwestii niewiele się zmieniło. Bo i dziś od nauczycieli bardzo wiele zależy. I dziś pracują oni na bardzo trudnym terenie, bo ówcześni analfabeci niewiele różnią się od współczesnych „wtórnych analfabetów” potrafiących jedynie pisać maile i sms-y i to z koszmarnymi błędami. Tak jak przed 90-ciu laty naród był „ciemny”, nieoczytany, tak jest i dziś, tyle, że dziś na własne życzenie. Młodzi (a i starsi zresztą też) niewiele czytają, a i to co czytają niekiedy ma znikomą jakość, bardziej ciągną do tanich rozrywek, łatwych programów, medialnej papki niż do czegoś głębszego, czegoś co wymaga myślenia lub „nie daj Boże” zaangażowania. I dziś znów nauczyciele muszą stawać na tej pierwszej linii walki o jakiekolwiek wyższe wartości. Bo „czasy są zawsze inne, a jakby takie same” – jak mawiał ksiądz Antoni ze znanego filmu „U Pana Boga za piecem”. Tyle, że czasem smutna taka refleksja nachodzi, że o ile wówczas w tych pierwszych szeregach stawała prawdziwa intelektualna i pozytywistyczna „husaria”, tak dziś mamy często jakichś „harcowników”. Oczywiście nie wszyscy tacy są – nie chcę tutaj nikogo urazić. Ale, jak to mawiają „ludzie są dziećmi swoich czasów”. Tamte czasy naznaczone były dążeniem do odzyskania niepodległości, marzeniami o wolnej, pięknej, silnej i bogatej Polsce. Dziś priorytety jakby się trochę zmieniły: wolne najlepiej to jakby były związki (w tym te między mężczyzną a kobietą), piękna niech będzie „fura” i żona, a ta ostatnia jeszcze bogata… No i nie do pomyślenia byłoby 90 lat temu, by uczeń włożył nauczycielowi kosz na głowę…

Czarnyszewicz nie byłby jednak sobą, gdyby i w tej powieści nie zawarł troski o swoją ojczyznę, tę małą i tę wielką – Polskę. Przejawia się to i w dążeniu do samokształcenia wielu jego młodych bohaterów, w spontanicznej walce o „polską wiarę” i „polski krzyż”, w planach dania odporu bolszewickim agitatorom. Dla mnie jednak kwintesencją i prawdziwe kresowym wyrazem troski o Rzeczpospolitą jest modlitwa Wawiły, prawosławnego parobka w chutorze Żuków. Ów prosty człowiek cytują ją Dońce podczas przerwy w pracy: „Wa imia Atca i Syna/To nasza malitwa/Tak jak Trójca nam jadyna/Polszcza, Ruś i Litwa/Świeciać krowju pabratani/Try rody wialiki/Jak trójświecznik na Jordani/U rukach władyki/Adna u Boha Karalewa/Molitca za nami/Iz Czanstachowy i Paczajewa/I znad Wostraj Bramy/Paświaci nam Boża trudy/Ślozy naszy i sławu/Wsim nam miły Nawahrudak/Wilniu i Warszawu/Wa imia Atca i Syna/To nasza malitwa/Tak jak Trójca nam jadyna/Polszcza, Ruś i Litwa.”

W roku, w którym mija półtorej wieku od wspólnego zrywu przeciw zaborcy modlitwa ta nabiera osobliwego znaczenia…

Krzysztof Wojciechowski

Reklama



1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz