Niektórzy określają Bakotę mianem ukraińskich Meteorów, czyli odpowiednika wykutego w skale prawosławnego monastyru, w którym pobożne życie prowadzili mnisi z dala od uciech tego świata, modląc się i pracując. Jest w tym dużo przesady, ale z pewnością Bakotę warto zobaczyć.
Owe ,,Meteory” znajdują się nad samym Dniestrem, 55 km na wschód od Kamieńca Podolskiego. Dla miłośników twórczości Henryka Sienkiewicza wyprawa do Bakoty ma jeszcze jeden aspekt. Jedzie się do niej traktem na Starą Uszycę – tym samym, którym pani pułkownikowa Wołodyjowska razem z panem Zagłobą w asyście stu Lipków, którym przewodził Azja Melechowicz i stu Linkhauzowych dragonów, których przyprowadził pan Smitko herbu Miesiąc utajony, jechali z Sokoła do Chreptiowa, w którym od kilku tygodni gospodarzył już komendant Wołodyjowski. Sienkiewicz nigdy tym traktem nie jechał, ale musiał znać jego opisy, bo po mistrzowsku oddał wygląd. Tutejsze jary, które przecinają drogę nie są już pewnie pełne dzikiego zwierza i dzikich jeszcze ludzi, ale przejeżdżając przez nie czuje się dreszczyk emocji. Zwłaszcza, gdy droga wspina się serpentynami w górę, by nagle stromo opaść w następną przepaść. Jadąc traktem mija się oczywiście Kitajgród i wjeżdża w bory, którymi Naddniestrzański Kraj w dalszym ciągu w znacznej mierze jest pokryty.

Jak dojechać
By dojechać do Bakoty trzeba tuż przed Starą Uszycą skręcić w prawo i cztery kilometry pojechać w stronę Dniestru – informuje o tym drogowskaz. Droga prowadząca nad Dniestr nie jest niestety asfaltowa, tylko gruntowa rozjeżdżona przez rolnicze maszyny i po deszczu może być trudno przejezdna. Jeżeli nie dysponujemy autem terenowym, to po deszczu do Bakoty nie mamy się raczej po co wybierać. Zwłaszcza, że gruntowa droga nad Dniestr to nie wszystkie przeszkody, które musimy pokonać. Po przejechaniu czterech kilometrów, gdy już będziemy widzieć rzekę, musimy znów odbić w prawo i łąką opadającą ku Dniestrowi przejechać jeszcze jakieś półtora kilometra. Nie należy jechać w dół wijąca się drogą wiodącą do osady nad brzegiem Dniestru. Choć kształt niektórych stojących tam budynków przypomina nawet sakralne budowle prawosławne, to z monastyrem o surowej regule nie mają one wiele wspólnego. To osiedle nowobogackich z Kamieńca, stanowiące połączenie ekskluzywnych dacz z mini portem do “rybałki”. Sporo ich znajduje się nad brzegiem Dniestru, budowane są za mafijne pieniądze w trudno dostępnych dla przeciętnych zjadaczy tutejszego chleba miejscach. Stojąc na skraju łąki, przez którą wiedzie droga do monastyru, musimy podjąć decyzję, co dalej. Jeżeli uznamy, że droga jest za bardzo rozjeżdżona i przypomina czołgowisko, to lepiej samochód zostawić z boku i dalej wędrować piechotą.

Gdzie indziej się nie zobaczy
Idąc w stronę monastyru możemy bowiem podziwiać krajobrazy, których gdzie indziej się nie zobaczy. Spiętrzony Dniestr tworzy tu swoiste morze z fiordami, wyspami i zakolami. Trudno nawet dostrzec, gdzie płynie jego główny nurt. Idąc do Bakoty musimy mieć świadomość, że według niektórych współczesnych ukraińskich historyków od XIII do XIV w. była ona polityczno – administracyjnym centrum Naddniestrzańskiego Ponizia, które wchodziło w skład Księstwa Halicko – Wołyńskiego. Pamiątką po tym są odkryte przez archeologów resztki grodziska i właśnie wykuty w skale prawosławny monastyr , który istniał tu od XII do XIV w. Został on wykonany na zboczu Góry Białej, na szczycie której wzniesiono grodzisko. Umieszczony przy granicznej rzece był wielokrotnie niszczony i rabowany. Gdy sama Bakota popadła w ruinę, ustępując miejsca Kamieńcowi Podolskiemu, opuszczony także podzielił jej los. Dziś Cerkiew prawosławna Moskiewskiego Patriarchatu usiłuje wskrzesić go jako ośrodek modlitwy i miejsce pielgrzymkowe, organizuje w jego pobliżu nawet obozy młodzieżowe.

Zacząć od Białej Góry
Zwiedzanie Bakoty warto zacząć od wejścia na Białą Górę, na której znajduje się punkt widokowy. Przy wchodzeniu można co prawda dostać zadyszki, to jednakże opłaca się to zrobić, gdyż takie landszafty, jakie z niego się zobaczy zdarzają się rzadko Europie.
Sam monastyr znajduje się kilkaset metrów poniżej. By się do niego dostać, trzeba drewnianymi schodami zejść aż do podnóża góry. Jeśli ktoś cierpi na lęk przestrzeni albo ma słaba kondycję, lepiej niech nie schodzi, tym bardziej, że te same schody trzeba będzie pokonać ponownie. Bariery nie wyglądają za solidnie, a na dole przepaści płynie Dniestr. Monastyr znajduje się w połowie góry. Znajduje się tu uskok tworzący szeroką galerię, osłonięta od Dniestru ścianą drzew wyrosłą na brzegu, który w tym miejscu łagodnie schodzi ku spiętrzonej rzece, ścieżką można zejść niemal do lustra wody. Z dawnego monastyru zostało kilkanaście wykutych w skale cel, w których mnisi wiedli pustelniczy tryb życia. Odżywiali się pewnie rybami złapanymi w Dniestrze, a wodę pili ze źródła, które bije po dziś dzień i w powszechnej opinii ma lecznicze, cudowne właściwości. Nie wiadomo czy ortodoksyjni mnisi, którzy tu żyli zezwalali, by do monastyru przychodziły także kobiety.

Graniczy z cudem
W każdym bądź razie dzisiaj dziewczyny przychodzące do monastyru w odróżnieniu od chłopców zachowują się zgodnie z prawosławnym obyczajem – chodzą w chustkach na głowach. Wiele z nich modli się przed zaimprowizowaną cerkwią, w której kilka razy w tygodniu dojeżdżający kapłan odprawia Liturgię. Przed celami są ławki, na których można usiąść i zagłębić się w modlitewnej zadumie. Cele istotnie robią wrażenie.. W takich katakumbach mieszkali pierwotni chrześcijanie, zanim ich wiara mogła wyjść na powierzchnię. Z ilości karteczek z prośbą o modlitwę w różnych intencjach, złożonych w kaplicy, można wnosić, że pielgrzymów przyjeżdżających do tego miejsca i widzących w nim nie tylko atrakcję turystyczną, ale miejsce sprzyjające refleksji nad transcendencją jest wielu. Już samo pokonanie schodów bez groźby zawału graniczy z cudem…
Tekst i zdjęcia
Marek A. Koprowski
