Kościół, który krzyczy

Przy ulicy Wielkiej Wasylkowskiej, niestety nadal często nazywanej Czerwonoarmijską, w Kijowie, stoi budowla osobliwa, niepodobna chyba do niczego w tym wielkim mieście – kościół św. Mikołaja.

Aby opisać jego dzieje trzeba cofnąć się do drugiej połowy XIX wieku. To bodaj czy nie najłaskawsze czasy dla katolików, którymi byli w większości Polacy, w całych prawie półtora tysiącletnich dziejach Kijowa. Wówczas to mieszkało w grodzie nad Dnieprem 35,5 tys. Polaków (13,7% mieszkańców), którzy w dodatku stanowili elitę intelektualną miasta. W przeważającej większości byli katolikami. Postawiony w latach 30-tych tego wieku kościół św. Aleksandra nie wystarczał już do zaspokojenia ich potrzeb religijnych. W 1895 roku rozpoczęli zatem starania o budowę nowej świątyni. Pismo do rady miejskiej Kijowa, z prośbą o wydzielenie działki pod budowę kościoła, podpisało 314 osób „polski kwiat Kijowa” – jak to określił historyk Dmytro Małakow. Działkę wydzielono na tzw. Nowej Zabudowie, ponad doliną rzeki Łybid’. Powiadają, że tam właśnie pozwolono zlokalizować świątynie by kościelna wieża (lub wieże) przypomniały podróżnym jadącym koleją do Kijowa, że pora zbierać bagaże, bo za chwilę dworzec.

W 1897 roku rozpisano konkurs, na który wpłynęło 30 projektów. Wybrany został ten przygotowany przez zaledwie 23-letniego absolwenta gimnazjum niemieckiego w Sankt Petersburgu, student Instytutu Inżynierów Cywilnych im. Imperatora Mikołaja I, Polaka, Stanisława Wałowskiego. Młody architekt zaproponował budowę kościoła w stylu gotyckiej, francuskiej katedry. Z uwagi na niewielkie doświadczenie Wałowskiego nadzorowanie prac powierzono znanemu już w Kijowie polskiemu architektowi – Władysławowi Horodeckiemu. Ów nie tylko nieco dopracował projekt młodego kolegi, ale i zostawił w zdobieniach kościoła swój trwały wkład.

Kamień węgielny pod budowę położono 8 sierpnia 1899 roku po Mszy Św. sprawowanej przez biskupa kijowskiego Bolesława Hieronima Kłopotowskiego. Prace ciągnęły się 10 lat ponieważ budowa kościoła była finansowana wyłącznie z dobrowolnych składek. Efekt jednak wprawiał w zachwyt. O konsekrowanym 6 grudnia 1909 roku kościele pisała nie tylko prasa kijowska ale nawet warszawska („Biesiada Literacka”). Zaś w znanym „Przewodniku po Kijowie” Bohusławskiego i Marholina z 1913 roku pisano o nim tak: „fasada utrzymana jest w surowym stylu gotyckim, upiększona dwoma wielkimi i jedną małą wieżą oraz bogatą rzeźbą. Jej wygląd zewnętrzny przypomina słynną Votiv Kirche w Wiedniu”. Istotnie bryły obu świątyń są do siebie niemal bliźniaczo podobne. Tyle że zbudowany 30 lat wcześniej wiedeński kościół jest niemal dwa razy wyższy – wieże św. Mikołaja mają 55 metrów, a Kościoła Wotywnego – 99 m. Za to kijowska świątynia jest nie tylko cackiem sztuki zdobniczej, ale także majstersztykiem inżynieryjnym. Trudny teren budowy zmuszał bowiem budowniczych do stosowania różnych niekonwencjonalnych rozwiązań. Z zastosowanych tu nowinek warto wymienić beton, palowanie zamiast fundamentów – technika wynaleziona przez inż. Antona Strausa, sklepienie ze strunobetonu, dzięki czemu nad nawą o prześwicie 17 metrów utrzymuje się sklepienie o grubości 8 cm. Stosowano także tzw. sztuczny kamień zrobiony z betonu. Warto wspomnieć, że wykorzystano kafle z Niemiec, dachówkę z Francji, a witraże z Rygi. No i zdobienia. Cała niemal budowla jest nimi pokryta. To nie tylko motywy religijne, ale także liczne roślinne i zwierzęce – wyszły spod ręki mistrza Elio Sala tworzącego w Kijowie na przełomie wieków. I to one zdają się stanowić o oryginalności kościoła.

Niedługo cieszyli się kijowscy katolicy swą świątynią. W latach 30-tych zabrali ją bolszewicy, w 40-tych mieściło się tam archiwum, w 70-tych zarządzono renowację a po niej umieszczono tu Salę Muzyki Organowej i Kameralnej. Warto wspomnieć, że za czasów radzieckich zamontowano na nim olbrzymie anteny, jak uważano do zagłuszania. Obecnie obiekt pełni funkcje sakralne ale nadal odbywają się w nim również koncerty muzyki klasycznej.

Przechodzę koło niego niemal za każdym razem kiedy tylko zdarzy mi się być w stolicy Ukrainy, ale dopiero pewnego słonecznego popołudnia 2011 roku, gdy powietrze było czyste jak szklanka źródlanej wody a niebo błękitne jak na fladze Ukrainy, zwróciłem uwagę na to, że kościół ten … krzyczy!. Owszem, na frontonie dominują w zdobnictwie motywy sakralne: Matka Boża, sceny z życia św. Mikołaja, św. Piotr itd. Wszystko to spowite motywami roślinnymi, głównie różami. Ale wystarczy przypatrzeć się dokładniej, a widać, że pełno tutaj krzyczących, niekiedy wręcz demonicznych, jaszczurów, nietoperzy, jakiś dziwnych małpokształtnych stworzeń. Są wszędzie: na ścianach, przy wejściu, na wieżach i dachach, w formie ozdób, żygaczy i innych motywów. Wszystkie zastygłe z otwartymi paszczami w niemym krzyku. I to właśnie jest ów trwały ślad, ów podpis Horodeckiego na tym obiekcie. Bo niemal na każdej budowli, w której wznoszeniu miał udział, takie właśnie motywy znajdziemy. Czy to w słynnym Domu z Chimerami, czy w stojącym nieopodal garażu, czy Muzeum Sztuki, a nawet w kaplicach na cmentarzu Bajkowa. Architekt, podróżnik, myśliwy i ekscentryk zostawiał taki „podpis” na swoich obiektach, nadając im przez to niepowtarzalny charakter.

Krzysztof Wojciechowski

6 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. hetmanski
    hetmanski :

    Tak założenie architektoniczne jak i motywy zdobnicze mają o wiele głębszy sens niż by to wynikało z faktu że,architekt preferował te a nie inne formy architektoniczno-zdobnicze-bryła kościoła miała byc samoistnym bastionem uniemożliwiającym przekształcenie go w Cerkiew stąd częste stosowanie w budownictwie sakralnym na kresach stylu neogotyckiego.<< Ale wystarczy przypatrzeć się dokładniej, a widać, że pełno tutaj krzyczących, niekiedy wręcz demonicznych, jaszczurów, nietoperzy, jakiś dziwnych małpokształtnych stworzeń. Są wszędzie: na ścianach, przy wejściu, na wieżach i dachach, w formie ozdób, żygaczy i innych motywów. <<