“Ściganie profesora za „nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych lub o znieważenie grupy ludności z powodu jej przynależności narodowej” kompromituje jednak prokuraturę, chyba że chodzi o nawoływanie do nienawiści wobec Rosjan. Profesor wykorzystał w swoim wpisie wybitnie „rosjosceptyczny” termin „Ruscy” (na dobrą sprawę słowo „Rosjanin” wielu Polakom nie przejdzie przez gardło). Wiemy jednak, że chodzi tu o rzekome ubliżanie Ukraińcom”.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Gdy banderowiec staje się polskim bohaterem
Nie ma wątpliwości, że słowa profesora Pazia są nie do obrony. Tłumaczenie, że zostały one napisane na profilu prywatnym, nie wytrzymuje krytyki. Jeżeli bowiem oburza nas, że przeciętny student nie prezentuje nawet poziomu przedwojennego maturzysty, egzaminy na studiach wyższych coraz bardziej przypominają krzyżówki, a niekiedy wstęp na studia prowadzi nawet poprzez konkurs piękności, to tym bardziej musimy stosować wysokie standardy wobec pracowników naukowych.
Nie fraza o „banderowcach” jest tutaj oburzająca, a niestety knajacki język profesora. Wtajemniczeni wiedzą, że nie jest to nic nowego w internetowej twórczości profesora Pazia, nad czym należałoby ubolewać, gdyż niewątpliwie zawieszony już wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego to szczery patriota, zajmujący się sprawą cynicznie przemilczanego ludobójstwa na Kresach od dawna.
Ściganie profesora za „nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych lub o znieważenie grupy ludności z powodu jej przynależności narodowej” kompromituje jednak prokuraturę, chyba że chodzi o nawoływanie do nienawiści wobec Rosjan. Profesor wykorzystał w swoim wpisie wybitnie „rosjosceptyczny” termin „Ruscy” (na dobrą sprawę słowo „Rosjanin” wielu Polakom nie przejdzie przez gardło). Wiemy jednak, że chodzi tu o rzekome ubliżanie Ukraińcom.
Pomijając fakt, czy rzeczywiście schwytani przez separatystów Ukraińcy są banderowcami, mamy do czynienia z zastosowaniem przez prokuraturę osobliwej frazeologii krytykowanej przez wiele ośrodków medialnych czy politycznych. Profesor wyrażając radość z poniżającego traktowania „banderowskiego ścierwa” miał w ten sposób obrazić… Ukraińców. Czy każdy Ukrainiec to banderowiec? Z postępowania prokuratury wynikałoby, że tak.
Tymczasem, jak pokazują te same nagrania pokazane przez tych samych separatystów, mamy do czynienia z budzącymi litość i współczucie żołnierzami regularnej (choć coraz bardziej jest to wojsko z łapanki) ukraińskiej armii, którzy tłumaczą, że nie wiedzieli nawet, iż będą walczyć. Zaznaczają oni na nagraniu, że zostali posłani na front, mając jednak przekonanie, że nie będą brać udziału w walkach. Jakikolwiek jest ich stosunek do Bandery czy UPA, to nazywanie ich „banderowcami” jest grubą przesadą. Oczywiście, profesor Paź ma prawo uważać inaczej, prawdę mówiąc, nazywanie „ścierwem” banderowców wcale nie jest czymś, co szczególnie oburza. Sęk w tym, że banderowiec to nie narodowość. Zarzuty wobec profesora Pazia nie trzymają się więc kupy.
Profesor Paź miałby merytorycznie rację, gdyby jeńcami byli żołnierze rzeczywiście banderowskich batalionów, odwołujących się wprost do określonej symboliki i ideologii. Jednak wysoki poziom ideowości zapewne sprawiłby, że zamiast opuszczać wzrok, tłumaczyć się, każdy z tych ochotników postępowałby inaczej, zachowywałby się dumnie i mężnie. Na dobrą sprawę chyba już tylko oni wierzą, że Donbas może znowu stać się ukraiński. Przeciętni Ukraińcy uchylając się przed poborem, uciekają nawet do Rosji. Czy byłoby oburzające, gdyby identyczny komentarz na profilu profesora pojawił się pod filmem przedstawiającym prawdziwych banderowców? Zapewne tak – ale wyłącznie dlatego, ze profesorowi pewnego słownictwa nie przystoi używać. To wszystko.
Inną sprawą jest, że poziom nikczemności wobec zawieszonego wykładowcy akademickiego przekroczył dopuszczalną miarę. Wbrew prymitywnej propagandzie dla naiwnych, nie mamy do czynienia z „agentem Putina”, tylko pochodzącym z Dolnego Śląska człowiekiem rozgoryczonym ogromem hipokryzji nadwiślańskich elit, które w imię kultywowania swoich kompleksów zamiatają pod dywan kwestię ludobójstwa Polaków lub też przeinaczają czy też reinterpretują pojęcie Prawdy i Kłamstwa w odniesieniu do wołyńsko-galicyjskiego genocidum atrox. Przypomnijmy – na Dolnym Śląsku mieszkają m.in. ocaleni z ludobójstwa wołyńskiego lub ich potomkowie. Zakłamywanie kresowego ludobójstwa podcina im korzenie, chyba że ktoś naprawdę wierzy, iż wspomnienie słowiańskiej, piastowskiej i ludowej polskiej obecności (pamiętajmy o wymierającej gwarze dolnośląskiej tamtejszych polskich autochtonów) na tych terenach, z którą ciągłość została przerwana przez niemiecką presję, ma być wystarczającym fundamentem dla Polaków na Dolnym Śląsku. Walka o kresową pamięć jest więc walką o Polskę, a nie o putinowską Rosję. Wybór Rosja – Ukraina nie jest bezalternatywny, jest jeszcze Polska.
Profesor Paź nie jest jedynym przypadkiem sprzeniewierzenia się standardom akademickim. Wspomnieć tu trzeba chociażby pewnego wykładowcę Uniwersytetu Warszawskiego, który napisał, że nasz portal jest „proputinowski” (na swoim blogu), zaś na Facebooku zasugerował, że jesteśmy portalem „parszywym”. Standardy jak z „Der Sturmera” (mniejsza to, czy chodziło o Kresy.pl czy o inne medium) ukarane nie zostały, nikogo nie oburzyły. Czy w przypadku profesora Pazia mamy rzeczywiście do czynienia z troską o standardy (mowa tu o postępowaniu prokuratury, a nie o autonomicznej decyzji uczelni we Wrocławiu), czy też nieprzypadkowo padło akurat na wykładowcę z Wrocławia? A może wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego uważa, że słowo „parszywy” – pochodzące od „parcha”, jest właściwe w debacie publicznej? Jakie byłoby odczucie wspomnianego wykładowcy, gdybym np. krytykując naczelnego rabina Polski nazwał go parchem? Nie był to jedyny przypadek wypowiedzi na portalu Facebook, która – niezależnie od sympatii politycznych – wykładowcy akademickiemu nie przystoi.
Ciąg dalszy tekstu pod zdjęciami


Doskonale rozumiem emocje wielu Polaków dotyczące Rosji. Rozumiem też, że walka o niepodległość Polski to często walka z Rosją. W Legionach Polskich Rosjanami walczyli moi dwaj dziadkowie. W roku 1940 zostali zamordowani przez NKWD w jednym z miejsc kaźni polskiej inteligencji w ramach zbrodni katyńskiej.
Kiedy rok temu chciałem udać się do Starobielska w obwodzie ługańskim, gdzie był przetrzymywany przez Sowietów jeden z nich, było to już niemożliwe – Donbas stał u progu wojny, część szlaków komunikacyjnych została wyłączona z ruchu. Udało się to jednak wcześniej w podkijowskim lesie, gdzie spoczywa drugi z nich. Ukraińcy zachowali się przyzwoicie – państwo ukraińskie reprezentowane było na szczeblu głowy państwa przy otwarciu cmentarza wojennego, drzewa wokół polskiej mogiły obwiązane są biało-czerwonymi chustami. Las ten jest wspólnym miejscem kaźni Polaków, Rosjan, Ukraińców i Żydów – ofiar sowieckiego terroru.
Nastrój popsuł mi jednak jeden element – na znajdującym się w pobliżu pomniku ukraińskim ktoś wywiesił banderowską szmatę. Nie sądzę jednak, by to właśnie w imię symbolizowanych przez nią „wartości” ukraiński żołnierze schwytani przez separatystów znaleźli się na froncie w Donbasie.
Mogę mieć tylko nadzieję, że za nazwanie czerwono-czarnej flagi „szmatą” nikt nie wpadnie na pomysł, by uznać za stosowne zajęcie prokuratora rzekomym obrażaniem Ukraińców czy też ich uczuć narodowych. Mogłoby to budzić jedynie niesmak estetyczny, jak w przypadku wpisu profesora Pazia. Nawet jeśli byliby to rzeczywiście banderowcy i nawet gdy przyjmiemy, że „dobry banderowiec to martwy banderowiec”, to mimo wszystko każdy zasługuje na minimum szacunku jako człowiek, także zwłoki ludzi, których sprawie, o którą walczyli, moglibyśmy życzyć jak najgorzej. Tego szacunku od profesora mimo wszystko mamy prawo wymagać.
Szczepan Baciarski
