Kiedy na Litwie się ogłasza, że rozwiązanie kwestii polskiej jest rzeczą priorytetową dla rządzących, zawsze jest to powodem do niepokoju.
Poprzednio w ramach dbałości państwa o Polaków na Wileńszczyźnie działały różne komisje ds. Litwy Wschodniej, które zajmowały się, między innymi, szkalowaniem Armii Krajowej. W ramach programów inwestycji w rozwój regionu budowano rządowe litewskie szkoły, robiące polskim dzieciom pranie mózgówi zatrudniające rozniecających nienawiść pedagogów. Teraz zaś podpisano międzypartyjne porozumienie, dotyczące bezpieczeństwa państwowego — a w nim, obok zwiększenia nakładów na obronność, zapowiedziano także jak najszybsze przyjęcie Ustawy o Mniejszościach Narodowych.
Założenie to z całą pewnością mogłoby cieszyć, gdyby nie realia, w których przyszło nam żyć. Projekt ustawy, która byłaby zgodna i z Konwencją Ramową Rady Europy o Ochronie Mniejszości Narodowych, i z traktatem polsko-litewskim z 1994 (jedyny zarzut można mieć co do niewspółmiernie wysokiego minimalnego odsetka mieszkańców miejscowości — wynoszącego 25% — powyżej którego możliwe byłoby używanie dwujęzycznych napisów czy polskiego języka urzędowego), od roku już tuła się po ministerstwach i gabinetach rządowych, a teraz został przekazany do kolejnych poprawek.
I te właśnie poprawki mogą powodować niepokój. Otóż bowiem powołano rządową grupę roboczą, którą kieruje wicedyrektor Kancelarii Premiera, socjaldemokrata Remigijus Motuzas. W rozmowie z portalem „15min” zapowiedział, że jego grupa będzie próbowała usunąć z ustawy uprawomocnienie dwujęzycznych napisów oraz języka mniejszości w roli urzędowego, ponieważ, jak ujął — „dotyczy to bardziej tylko jednej wspólnoty narodowej”. W ten sposób „poprawiona” ustawa w żaden sposób nie rozwiązuje żadnego problemu polskiej społeczności.
* * *
Inną drogą zaś idzie Związek Ojczyzny, czyli potocznie litewscy konserwatyści (oficjalna nazwa to „Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci”, dalej ZO), który zgłosił własny projekt o nazwie „Ustawa o Ochronie Praw i Swobód Osób Należących do Mniejszości i Wspólnot Narodowych Republiki Litewskiej”, który nie tylko wprowadza chaos prawny, mieszając pojęcia mniejszości, wspólnot narodowych i nie rozróżniając między autochtonami a imigrantami, ale też aktywnie jeszcze bardziej ograniczając zakres używania języków mniejszości narodowychnawet w porównaniu do sytuacji obecnej.
Ostatnio też Radio WNET przeprowadziło wywiad z Rokasem Žilinskasem, posłem do Seimasu i kandydatem do Parlamentu Europejskiego z ramienia ZO. Poza dominującym w wywiadzie wątkiem nietradycyjnej seksualności Žilinskasa, wspomniano też o kwestii polskiej. Poseł zapowiedział, że należy przede wszystkim rozmawiać (pewnie aż Polacy nie wymrą), a za ustawą, rozwiązującą ewentualne problemy Polaków zagłosowałby wyłącznie w „atmosferze pokoju i spokoju”. Trudno wnioskować, czy zamierza w ten sposób się wyłamać z dyscypliny głosowania nad projektem własnej partii, czy też po prostu naprędce coś zmyślił (podobnie jak to, że w Wilnie się krzyczy „Polska armia silna na ulicach Wilna” — może to się i rymuje, ale sensu nie ma, podobnie jak odzwierciedlenia w rzeczywistości).
Z drugiej zaś strony, pełniący funkcję namiestnika rządu na (zlikwidowany przecież kilka lat temu) Okręg Wileński członek ZO i Związku Strzelców Litwy Audrius Skaistys, kontynuuje swoją krucjatę przeciw polskim napisom. Po olbrzymiej karze o wysokości 43 400 litów, nałożonej na dyrektora administracji samorządu Rejonu Solecznickiego Bolesława Daszkiewicza, obecnie wnioskuje się o dwukrotnie wyższą karędla dyrektor administracji samorządu Rejonu Wileńskiego, Lucyny Kotłowskiej.
Niewykluczone więc, że w ramach przewidywanego przeze mnie scenariusza pacyfikacji polskiej mniejszości, strona litewska będzie próbowała przepchnąć nie rozwiązującą problemów Polaków Ustawę o Mniejszościach Narodowych, a ewentualne protesty zrzucić na karb „groźnego ekstremizmu”, który zagraża „strategicznemu partnerstwu”. Obym się mylił.
Rajmund Klonowski
