Horyzonty historii

Myślę, że każdego historyka, gdy jest mowa o jego celu społecznym lub funkcji praktycznej pisania historii, ogarniają wątpliwości. Zacznę od bajki, która może stanowić motto dla tego, o czym będzie mowa poniżej.

W swoim czasie Nikita Chruszczow rzekomo powiedział: „Na horyzoncie już widać komunizm”. Dociekliwy słuchacz, którego zainteresowało w tym zdaniu nie słowo „komunizm”, lecz „horyzont”, w słowniku znalazł następujące wyjaśnienie: „Horyzont – wyimaginowana linia, która oddziela niebo od ziemi i oddala się od obserwatora w miarę zbliżania się do niej.” Czy historyk jest w stanie przybliżać społeczne horyzonty? Podstawą tego tekstu stanowią tezy wygłoszone w trakcie publicznej dyskusji „Teoria – Historia – Społeczeństwo: społeczna rola historii w Polsce i na Ukrainie”, która odbyła się w dniu 18 marca 2013 r. w lwowskim Centrum Historii Miejskiej Europy Środkowo-Wschodniej. W okresie miesięcy, które upłynęły od debaty, prawie nic nie mogę dodać do wtedy powiedzianego – horyzont wciąż się oddala.

Kwestia miejsca historii w życiu człowieka, społecznej roli historyka i wiedzy historycznej wymagają zastosowania zrozumiałych kryteriów. Niemniej jednak jest wątpliwe, czy kryteria te można znaleźć poza indywidualnością historyka. Pracę historyka charakteryzuje wewnętrzny dualizm – nie zawsze uświadomiony, ale obecny i zauważalny w tekstach. W pisaniu historii ważne jest nastawienie, a pytanie „warto czy nie warto się tym zajmować?” – staje przed historykiem często i bardzo wyraźnie. Jeśli wątpliwości historyka zredukować do wyboru między optymizmem a pesymizmem, to siebie mogę nazwać „pogodnym pesymistą”. Podzielam ogólny optymistyczny ton tekstów historycznych, ale dostrzegam, że za optymizmem często ukrywają się zagubienie, niedopowiedzenia, odczucie braku spełnienia autorów itp. Nie wierzę w powszechną interpretację społecznej roli historyka. Wydaje się, że jest to sprawa bardzo indywidualna, która mieści się w płaszczyźnie prywatnego doświadczenia historyka jako człowieka, w płaszczyźnie etyki, oraz jest określona jego stanami wewnętrznymi – psychologicznym, filozoficznym, materialnym, posiadanym systemem wartości i statusem.

W tym tekście proponuję spojrzeć na społeczną rolę historyka przez pryzmat zależności i granic, które jednak mogą się zmieniać, tworząc poczucie niepewności i braku bezpieczeństwa. W jednym z listów napisanych na początku 1967 r. Henryk Wereszycki, polski historyk, jeden z najlepszych znawców historii dyplomacji XIX wieku, napisał: „Najbardziej prawdopodobne jest, że historyk – to polityk nieudacznik, podobnie krytyk literacki – to pisarz nieudacznik. I ja, oczywiście, jestem złym dyplomatą, co jest absolutnie pewne, bo ja w ogóle nim nie jestem – na szczęście dla rządu, któremu miałbym służyć.”

W kilku zdaniach – trzy kwestie, z którymi i między którymi żyje historyk: jakie relacje ma historyk ze sferą polityki; jak powiązane są ze sobą historia i literatura; jaki jest stosunek historyka do władzy? Wszelki wyraźniejszy ruch w jednemu z kierunków zagraża historykowi utratą tożsamości. Do już wymienionych trzech zależności dodam jeszcze dwie: związek między historykiem i czasem historycznym, oraz stosunek historyka do dydaktyki historii.

Historyk i polityka

Od XIX wieku historia jest narzędziem polityki. Można to zaobserwować w dwóch kontekstach: historyka, który stał się politykiem, i tekstów, które wykorzystują tematy historyczne, aby odpowiedzieć na pytania aktualnej polityki. Wyrażę tu niepopularną opinię: historyk i historiografia najlepiej czują się w społeczeństwach autorytarnych – wszystkie pozytywne znaczenia, które kojarzymy dzisiaj z pracą historyka, związane są z opozycją wobec totalitaryzmu. Jednak historiografia okazuje się bezradna wobec demokracji. W sytuacji panowania demokracji (szczególnie quasi-demokracji, którą mamy na współczesnej Ukrainie) największym rezonansem społecznym cieszą się teorie historyczne propagujące totalitarne wzorce myślenia. W XIX i XX wiekach historycy odegrali prawdopodobnie kluczową rolę w tworzeniu pola informacyjnego dla wszystkich reżimów politycznych. Dzięki staraniom polityków i przy milczącej zgodzie historyków sformułowano wyraźnie nadmierne oczekiwania społeczne w stosunku do wiedzy historycznej, która stała się podatnym gruntem dla rozwoju różnych manipulacyjnych praktyk.

Jest oczywiste, że istnieje jakaś zależność między podmiotem i przedmiotem badań historycznych. Nawet najbardziej krytyczny wobec badanego systemu politycznego historyk staje się przedmiotem infiltracji ze strony tegoż systemu. Podobnie jak rewolucjonista zapożycza wiele od reżimu, który stara się obalić. O czym to świadczy? Po pierwsze o tym, że nawet tematyka (nie tylko treść) badań historycznych może wpływać na rzeczywistość. Mówiąc prościej, dla przykładu, pisząc wiele o II wojnie światowej, i nawet robiąc to bardzo dobrze, pragnąc dowiedzieć się wszystkich szczegółów, w pewnym stopniu sprzyjamy szerzeniu kultu wojny – może nawet bardziej niż w Związku Sowieckim. Ktoś powie: „to będzie inna / nasza interpretacja”. Może i tak! Jednak moja wątpliwość znajduje się w innej płaszczyźnie: czy trzeba, utraciwszy dawne sowieckie mity, równocześnie i tak rozpaczliwie szukać nowych? Tematyka prac historycznych – to także nasze lustro. A milczenie może być czasem bardziej wymowne i skuteczne niż wieloletnie bezowocne debaty (co, na przykład, osiągnęli historycy, przez lata sprzeczając się o relacje ukraińsko-polskie w czasie II wojny światowej?).

Historyk i władza

Historyk jest uzależniony od władzy, w każdym wypadku pracuje w cieniu władzy – obecnej władzy (jako jej apologeta) lub przyszłej władzy (jako krytyk władzy obecnej). Historyk, nawet mimo woli, „pracuje” na rzecz władzy, choćby dlatego, że podtrzymuje w społeczeństwie optymizm w stosunku do władzy – takiej, która jest, lub takiej, która może być. Stwarza iluzję lepszej władzy w przyszłości. Dla historyka władza jest atrakcyjna, przede wszystkim w tym sensie, że daje możliwość zmieniania świata. Działania władzy rzekomo potwierdzają lub odkłamują przeszłość. Z udziałem władzy w dużej mierze tworzy się jedna z głównych kategorii wiedzy historycznej – „związek przeszłości z teraźniejszością”. W ten sposób, dzięki władzy, historyk otrzymuje narzędzie, którego zawsze mu brakowało.

Jest jeszcze jeden aspekt dotyczący relacji „historyk – władza”: historyk, który staje się urzędnikiem państwowym. Co dzieje się z historykiem, kiedy sam otrzymuje władzę? Oczywiście, istnieje wiele powodów, które doprowadzają historyków zawodowych do władzy. Ktoś pragnie jej dla realizacji dziecięcych marzeń, by stanąć „na czele” (zdarza się, że takie marzenia pojawiają się we wczesnym dzieciństwie i nie opuszczają człowieka aż do jego śmierci), a dla niektórych władza jest rodzajem historycznego przymusu (nie da się jej uniknąć, ona wynika z samego przebiegu procesu historycznego, z woli okoliczności). Jednak pomimo różnych motywów, konsekwencje dojścia historyka do władzy zazwyczaj są takie same – utrata legitymizacji naukowej. „W tej chwili wszystko jest w porządku, ale ja znam mściwość ludzi władzy” – pisał w 1968 r. tenże Henryk Wereszycki. Dochodząc do władzy, historyk wchodzi w przestrzeń, której nieodłącznym elementem jest „mściwość”, chęć ukarania a nawet zniszczenia oponenta.

Historyk i literatura

Historia ma swoje źródło w literaturze. Ten związek literatury i historii był wyraźnie dostrzegalny w XIX wieku, kiedy literatura i historia były głównymi czynnikami kształtowania nowoczesnej tożsamości narodowej. Wtedy pracowały na tym samym polu. Ostatecznie, w poszukiwaniu własnej tożsamości korporacyjnej, historycy i pisarze rozgraniczyli swoje terytoria. Twierdzenie o naukowości historii było ugruntowane na przekonaniu o „realności”, „prawdziwości” przeszłości, a przede wszystkim – na przeciwieństwie historii i fikcji. Literatura zatrzymała dla siebie światy fikcyjne. Myślę jednak, że jej wpływ na ludzki umysł jest porównywalny ze światem historycznym. Literatura nie jest niewinnym opisywaniem rzeczywistości. Współcześni znawcy literatury podkreślają, że nawet wtedy, gdy tekst literacki stworzony został w intencjach neutralnych, opisane tam historie i interpretacje mimo wszystko nadal są obciążone bagażem ideologicznym, a w związku z tym może w pełni konkurować z tekstem historycznym. Z drugiej strony, bez względu na to, jak historycy pragną „obiektywizmu”, mimo wszystko ich interpretacja pozostawia ogromną przestrzeń na wątpliwości i niejasności. W tym sensie ona również jest fikcją, wytworem ludzkiej wyobraźni.

Dziś widzimy, że literatura wykazuje się większą od historiografii żywotnością. Ogłosiwszy w swoim czasie wyłączność na odkrywanie prawdy i przekonawszy społeczeństwo, że taka prawda istnieje, dzisiaj historycy są zmuszeni do poszukiwania nowych sposobów, będących w stanie podtrzymywać tę wiarę. Efekt tych wysiłków będzie zależeć od tego, czy historycy zdołają „odzyskać” utracone „terytoria” – utracone pod presją nauk pokrewnych lub dobrowolnie oddane (w przypadku literatury terytorium zostało oddane dobrowolnie). W ogóle dzisiaj przestrzeń wokół tradycyjnej historiografii zaciska się coraz bardziej. Z jednej strony, umacniają się pozycje „historii współczesności”, która wyrasta z doświadczenia członków wspólnoty przedstawicieli jednego pokolenia (na tym terytorium już aktywne pracują socjologowie), a z drugiej – w utworach historycznych pojawia się coraz więcej interpretacji, wykreowanych według zasad gatunku literackiego, zupełnie wolnych od rzeczywistego doświadczenia.

Historyk i czas

W historiografii nie ma jednego czasu, istnieje w niej duża liczba warstw czasowych. Historycy zawsze mieli ambicje zarządzania czasem. Dziś kategorie „przyspieszenia”, „opóźnionego rozwoju” i „czasu przejściowego” są najważniejszymi definicjami temporalnymi (czasowymi), bez których współczesny historyk być może wcale nie będzie w stanie pracować. Nie chcę zbytnio generalizować, ale zrozumienie czasu – to jest poważny problem współczesnej historiografii ukraińskiej. I to nie tylko dlatego, że w różnych kontekstach czasowych odmienne interpretacje tych samych wydarzeń mogą być równie prawdziwe (i to znacznie osłabia pozycję historyka w społeczeństwie). W ukraińskiej historiografii nie ma jeszcze idei tymczasowości i zmienności, nawet sami historycy często rozpatrują samych siebie z punktu widzenia wieczności.

Na Ukrainie wiele mówi się o wyciąganiu wniosków z historii (dydaktyce historii). Wątpliwe, czy kto zaprzeczy, że ta dydaktyka może wyniknąć tylko z takiego zrozumienia procesów czasowych w historii, które mają właściwość tworzenia doświadczenia. To ta właściwość uczy, spoglądając wstecz, odkrywając przeszłość na nowo, a w przyszłości widząc jednak przyszłość, a nie przeszłość. Zamiast tego w historiografii często przebija się do ogółu odbiorców tylko to, co można nazwać „racjonalnym kontrolowaniem przeszłości” (Reinhart Koselleck). Ale dydaktyka historii nigdy nie wynika wprost z wydarzeń historycznych. Ukraińska historiografia skupia się na historii wydarzeń, bardzo niechętnie mówi o historii struktur i generalnie milczy na temat związku między wydarzeniami i strukturami. Odkrycie przez historyka doświadczenia nie gwarantuje jednak sukcesu. Bo problem nie tkwi w doświadczeniu, ale w tym, jak to doświadczenie koreluje z oczekiwaniami.

Historyk i szkoła

Kwestia dotycząca treści oświaty historiycznej, a także relacji między naukową oraz oświatową wersją historii należą do najczęściej omawianych. Taką sytuację próbuje się teraz przedstawiać w dwóch skrajnych wersjach: twierdząc, że należy z premedytacją stworzyć dwie historie – naukową i szkolną, a tym samym zwolnić historyków akademickich z odpowiedzialności za jakość ogólnej oświaty historycznej. Albo odwrotnie, złożyć odpowiedzialność za poziom szkolnej oświaty historycznej na całą społeczność naukową. Nie zgadzam się z żadnym z tych podejść, ponieważ obie są oparte na idei odpowiedzialności zbiorowej. Myślę, że historiografia i nauczanie historii powinny być wyraźnie spersonifikowane. Za podręcznik ponoszą odpowiedzialność nie wszyscy historycy, lecz autor tego podręcznika, za pracę pedagogiczną w klasie – nie wszyscy nauczyciele, ale ten konkretny nauczyciel, który naucza w tej klasie.

Nie dostrzegam żadnej nieprzekraczalnej bariery między naukowymi i edukacyjnymi wersjami historii. Charakterystycznymi cechami wersji edukacyjnej historii są chyba jeszcze mocniej wyrażone: znaczenie (komponent ideologiczny), hierarchia i precyzyjne wyznaczniki tożsamości („swój – obcy”). Problem leży gdzie indziej. W tym, że oświata historyczna na współczesnej Ukrainie, nawet wyższa, zbudowana jest wciąż na ideach Oświecenia. Skupia się głównie na utrzymaniu (a czasami niewielkim podnoszeniu) poziomu wykształcenia ogółu społeczeństwa, a nie na wyszkoleniu specjalisty – współczesnego historyka, a nawet współcześnie myślącego człowieka (za warte tego uważane są tylko obowiązkowe kursy z „bezpieczeństwa i higieny pracy”, „obrony cywilnej”, itd., którymi pod ministerialnym przymusem zapełniane są programy nauczania przyszłych magistrów historii). W tym skrajnie sformalizowanym systemie nie ma miejsca na spotkanie studentów i wykładowcy, nie ma takiej przestrzeni. I szkolny, i uniwersytecki system oświaty historycznej na Ukrainie jest zbudowany na idei fałszywie rozumianego kompromisu, one nie mają indywidualnego, autorskiego oblicza. W tym dostrzegam zło, ponieważ nauka nie może być kompromisowa.

Marian Mądry

Źródło: ZAXID.NET

Tłumaczenie: Wiesław Tokarczuk

forma płatności