Na 40 dni przed ogłoszeniem amnestii ojciec miał wizję. W nocy ukazała mu się Matka Boska, która powiedziała mu – synu, jeszcze tylko czterdzieści dni twojej męki! – Rano opowiedział o tym w celi. Nie wszyscy uwierzyli w jego cudowne widzenie. Niektórzy nawet drwili. Najgłośniej czynił to jakiś młody człowiek, o którym wszyscy wiedzieli, ze jest kapusiem, donoszącym władzom więzienia o tym, co dzieje się w celi. Naigrywał się z ojca. Gdy zbliżał się ten czterdziesty dzień, coraz bardziej natarczywie naigrywał się z ojca. Co rusz pytał go – czy jest już spakowany? Przyszedł czterdziesty dzień, a tu nic. Nikt ojca nie zwalniał. Młody kapuś drwił już z ojca na całego. On nie zwracał na niego uwagi i spokojnie spakował tobołki. Po obiedzie, gdy wszyscy zwątpili, czy ojca zwolnią, ze zgrzytem otworzyły się drzwi celi, wszedł strażnik i powiedział – Niewiński sobirajties z wieszczami! – Wszystkich w celi zamurowało. Ten młody człowiek, który najbardziej drwił z ojca, padł przed nim na kolana i zaczął całować buty, mówić – Niewiński prastitie.
– Gdy 17 września na nasze tereny wkroczyli Sowieci szybko okazało się, jak wielkie wpływy posiadali w naszym rejonie komuniści – wspomina Jan Niewiński. – W Katerburgu większość Żydów pozakładała czerwone opaski. Utworzyli komitet, który przejął władzę. Początkowo liniowe oddziały Armii Czerwonej nie przejeżdżały przez nasz teren. Widzieliśmy tylko wracające na wschód puste ciężarówki. Po tygodniu dopiero do Katerburga wkroczyła sowiecka grupa operacyjna, która przejęła władzę. Miejscowi Żydzi i Ukraińcy przyjęli ją bramą powitalną. Przy niej na cześć Sowietów przedstawiciele Żydów i Ukraińców wygłosili przemówienia. Pierwszy wystąpił Żyd – komunista, po czym uczynił to Ukrainiec – komunista, a na końcu do głosu dorwał się Ukrainiec – nacjonalista. Miał on przypięta kokardkę żółto-niebieską, a nie czerwoną i witając komandira sowieckiej grupy ogłosił, że dopiero teraz Ukraińcy dzięki Armii Czerwonej staną się wolnym narodem i będą mogli przystąpić do budowy swojego państwa. Sowiecki oficer zmierzył tego Ukraińca z góry do dołu, potem podszedł do niego, zerwał mu z piersi kokardę żółto-niebieską, rzucił pod nogi i wdeptał w ziemię. Tamtego zamurowało! Cofnął się i zrobił mały. Zrozumiał, że bolszewicy żadnej samostijnej Ukrainy nie utworzą, że będzie tylko komunistyczna. Gdy Sowieci objęli rządy, to niestety część Żydów, głównie motłoch żydowski, zaczęło się bardzo brzydko zachowywać.
Kolega komisarzem
– Denuncjowali polską inteligencję jako wrogów władzy sowieckiej, w rezultacie czego NKWD aresztowało sporo jej przedstawicieli. Polacy byli tym przerażeni, bo przed wojną nie dochodziło do żadnych incydentów na tle narodowościowym. Nikt nigdy o nich nie słyszał. Wszyscy odnosili się do siebie z szacunkiem. W szkole w Katerburgu uczyły się wszystkie nacje. Nauka religii odbywała się jednocześnie dla wszystkich. Polacy szli na lekcje do księdza, Żydzi do rabina, a Ukraińcy do prawosławnego popa. Na Wołyniu nie było bowiem wyznawców Kościoła greckokatolickiego. Później wszyscy wracali do klasy i uczyli się dalej. Żadnych antagonizmów nie było. Komuniści działali, ale w głębokim podziemiu. Na zewnątrz się nie ujawniali, nikt o ich istnieniu nie wiedział. Ze mną do jednej klasy chodził na przykład taki Ukrainiec Borkowski. Pochodził z biedoty, ale nikt nie wiedział, że to komunista. W pewnym momencie na samym początku 1939 r. zniknął i nikt nie wiedział, co się z nim stało. Przepadł, jak kamień w wodę. We wrześniu 1939 r. ten Borkowski nagle zjawił się w mundurze sowieckiego komisarza i zaczął urzędować w Katerburgu. Takich oczywiście było więcej, ale przypominam tego Borkowskiego, bo był to mój kolega. Świadczy to, że wywiad sowiecki infiltrował tereny Wołynia przez komunistyczne jaczejki. Sowieci, jak weszli, mieli znakomitą orientację we wszystkich dziedzinach. O Polakach wiedzieli wszystko. W maju 1940 r. byłem na polu, bronując je, bo wcześniej posiałem na nim grykę.
Nagłe aresztowanie
– W pewnym momencie słyszę, że biegnie moja młodsza siostra Halinka i bardzo głośno płacze. Zatrzymałem konia, żeby dowiedzieć się, co się stało, a ona mówi, że tatusia aresztowali. Okazało się, że rano pod nasz dom podjechało auto NKWD. Był to ciężarowy gazik z niskimi burtami. Na czterech rogach paki samochodu stali bojcy z bagnetami na karabinach. Jak ojca wyciągnięto z domu, musiał położyć się na podłodze samochodu twarzą do niej z rozłożonymi rękami i nogami i tak powieźli go przez całą wieś. Jak szybko się dowiedzieliśmy, NKWD „odwiedziło” w trakcie tej akcji wszystkie wsie w okolicy i w każdej zarówno polskiej, jak i ukraińskiej aresztowało po jednym gospodarzu. Najczęściej był to najbogatszy gospodarz z danej miejscowości. Wszystkich aresztowanych zawieziono najpierw do Dederkał, w którym bolszewicy urządzili stolice rejonu. Tam w siedzibie NKWD ich przesłuchiwano. Następnie wszystkich przewieziono do więzienia w Krzemieńcu. Tam ojcu można było już podawać paczki. Raz nawet mamie pozwolono ojca zobaczyć. Podprowadzono go na odległość kilku metrów. Pomachał mamie ręką i zaraz go zabrali. Zaznaczyć trzeba, że wszystko, co ojcu w paczce przekazaliśmy, do niego docierało. Grubsze rzeczy były tylko szatkowane na drobne.
Popędzili go na Wschód
– Enkawudziści sprawdzali, czy nie chcemy przekazać ojcu jakichś grypsów czy informacji. Mama przypuszczała, że ojca wywiozą na Sybir i podała mu do więzienia ciepłe ubranie, buty i kożuch. Strażnicy więzienni wszystko to ojcu przekazali. Ojciec w więzieniu siedział aż do ataku Niemiec na ZSRR. Jak Niemcy zbliżali się do Krzemieńca, to załoga więzienia w pierwszej chwili uciekła. Mieszkańcy Krzemieńca wdarli się do więzienia i rozbili pawilon żeński. Męskiego nie zdołali otworzyć, bo strażnicy więzienni wrócili. Niemcy wstrzymali natarcie na Krzemieniec. Zrezygnowali z czołowego uderzenia na miasto i obeszli je bokiem. To dało sowieckim strażnikom czas na ewakuację męskiej części więzienia. Uformowali z więźniów kolumnę i popędzili na wschód. Ojca, który był chory na nogi, załadowano na furmankę i jechał na niej na końcu kolumny, która kierowała się na Folwarki, Rybczę, Katerburg. W Folwarkach mieliśmy kuzyna Józefa Micewskiego. Tak traf zdarzył, że zobaczył on, jak tych więźniów prowadzą. Zauważył również furmankę z ojcem. Natychmiast pobiegł na skróty przez pola, żeby poinformować matkę, że ojciec jest w konwoju prowadzonym na wschód.
Miał wizje
– Mama złapała coś do jedzenia i jakiś węzełek z bielizną licząc, że uda jej się jeszcze podać tobołek ojcu. Stanęła przy drodze, czekając na kolumnę więźniów. Strażnicy nie pozwolili jednak matce zbliżyć się do ojca. Jeden z nich uderzył matkę kolbą tak, że wpadła do rowu. Pech chciał, że tuz po przejściu kolumny z więźniami, Niemcy zamknęli drogę. Wzięli całą okolicę w kleszcze i zaczęli dobijać cofające się sowieckie oddziały. Gdyby zaczęli swoją operację kilka minut wcześniej, to ojciec i inni więźniowie uniknęliby Sybiru. Tak niestety strażnicy doprowadzili więźniów na piechotę do Jampola, a tam załadowali na pociąg towarowy, który pojechał na wschód. Ojciec ostatecznie trafił do więzienia w Złotouście w obwodzie Czelabińskim na Uralu. Jak mi później opowiadał, jego cela miała charakter międzynarodowy. Siedzieli w niej Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Tata siedział w niej aż do układu Sikorski-Majski, na mocy którego Polacy zesłani w głąb ZSRR zostali zwolnieni. Gdyby ojciec nie był głęboko religijny, to pewnie by nie wytrzymał tej gehenny. Na 40 dni przed ogłoszeniem amnestii ojciec miał wizję. W nocy ukazała mu się Matka Boska, która powiedziała mu – synu, jeszcze tylko czterdzieści dni twojej męki! – Rano opowiedział o tym w celi.
Spakował tobołki
– Nie wszyscy uwierzyli w jego cudowne widzenie. Niektórzy nawet drwili. Najgłośniej czynił to jakiś młody człowiek, o którym wszyscy wiedzieli, ze jest kapusiem, donoszącym władzom więzienia o tym, co dzieje się w celi. Naigrywał się z ojca. Gdy zbliżał się ten czterdziesty dzień, coraz bardziej natarczywie naigrywał się z ojca. Co rusz pytał go – czy jest już spakowany? Przyszedł czterdziesty dzień, a tu nic. Nikt ojca nie zwalniał. Młody kapuś drwił już z ojca na całego. On nie zwracał na niego uwagi i spokojnie spakował tobołki. Po obiedzie, gdy wszyscy zwątpili, czy ojca zwolnią, ze zgrzytem otworzyły się drzwi celi, wszedł strażnik i powiedział – Niewiński sobirajties z wieszczami! – Wszystkich w celi zamurowało. Ten młody człowiek, który najbardziej drwił z ojca, padł przed nim na kolana i zaczął całować buty, mówić – Niewiński prastitie. Ojciec dostał zaświadczenie, że jest byłym więźniem i dostał nakaz osiedlenia się w rejonie, którego nie wolno mu było opuszczać. Ojciec, jak tylko rozejrzał się w sytuacji uznał, że nie ma na co czekać, tylko trzeba wracać do domu. Zamysł ten jednak trudno było zrealizować. Bez dokumentów nie można kupić biletu na pociąg, czy inny środek transportu. W grę wchodził tylko marsz na piechotę, który wydawał się karkołomny. Miejscowi ludzie przekonali jednak ojca, że tylko w ten sposób może dostać się do domu.
Nienawiść do Stalina
– Jak ojciec wspominał, spotkał się na każdym kroku z życzliwością ze strony zwykłych, szarych mieszkańców Rosji. Wystarczy, że powiedział o sobie „tiuremszczyk” i drzwi każdej chaty stały dla niego otworem. W każdej chacie słyszał też opowieści o aresztowanych mężach, ojcach i braciach. Z bólem opowiadał, że na całej trasie swojej ucieczki nie spotkał chaty, z której stalinowscy oprawcy by kogoś nie wywlekli lub, w której by ktoś nie umarł z głodu. Nigdzie dotąd ojciec nie spotkał się tez z taką nienawiścią do Stalina i Żydów, którzy narzucili Rosji komunizm i wszystkie związane z tym nieszczęścia. We wsiach, które ojciec mijał po drodze nie było praktycznie mężczyzn, tylko kobiety i dzieci. W każdej panowała niewyobrażalna bieda. Często kilka kobiet zbierało jakieś produkty, żeby ojca nakarmić. Nigdy nie wypuściły go zanim nie nabrał sił, by mógł iść dalej. Zawsze musiał się też nauczyć, kto jest na terenie danej gromady komendantem posterunku milicji i przewodniczącym rady wiejskiej. W razie jak by go zatrzymał jakiś patrol, musiał powiedzieć, że pochodzi z takiej a takiej wioski, należącej do gromady, w której funkcje komendanta i przewodniczącego pełnią takie a takie osoby. Musiał nadmienić też, że idzie do sąsiedniej wioski, w której ma rodzinę.
Kobiety go przeprowadzały
– Najczęściej kobiety jednej gromady mówiły mu, gdzie ma zastukać w sąsiedniej, żeby być dobrze przyjętym. Gdy ojciec zbliżał się do jakiegoś niebezpiecznego punktu, typu miasteczko, czy miasto, to wtedy samodzielnie go nie puszczano. Kobiety go przeprowadzały, by nie wpadł w łapy milicji czy NKWD. Ojciec po przejściu Wołgi starał się trzymać linii kolejowych, prowadzących na zachód, żeby nie zmylić kierunku. Raz wskoczył do jakiegoś składu z węglem, ale jechać na nim się nie dało, bo pociąg pędził i było strasznie zimno. Raz ojcu nie udało się dojść do wsi przed nocą i musiał zanocować w lesie. Usiadł sobie pod jakimś drzewem i drzemał. W pewnej chwili zobaczył stado wilków, biegnące wprost na niego. Ojciec pomyślał, że to już koniec i zaczął się modlić. Nagle kilkanaście metrów przed nim wilczyca prowadząca stado się zatrzymała i zmieniła kierunek. Stado pobiegło za nią. Ojciec ocalał i ruszył dalej. Udało mu się przejść front, który nie był szczelny i znalazł się po niemieckiej stronie, gdzieś w rejonie Konotopu. Spotkał tam kilku żołnierzy z Armii Czerwonej, którzy porzucili jej szeregi. Zorganizowali jakąś furmankę i jechali na zachód do domów. Niemcy szybko ich zatrzymali, potraktowali jako szpiegów i zamknęli w obozie jenieckim w Konotopie.
Karmili ich gryką parzoną
– W obozie tym siedziało, jak mówił ojciec, 40 tys. radzieckich jeńców. Mieścił się on w ogromnym zespole wypalonych sowieckich koszar bez drzwi i okien. Wszyscy pokotem leżeli na betonowej podłodze. Karmili ich gryką parzoną. Kto z jeńców z głodu albo z łakomstwa zjadał ją całą, ten szybko dostawał krwotoku wewnętrznego i umierał. Nie łuskana gryka ma bardzo ostre brzegi, które rozcinają wnętrzności. Ojciec o tym wiedział i tylko ssał grykę, którą dostawał do jedzenia, a następnie wypluwał. Ci, którzy tego nie robili, marli jak muchy. Ze względu na to, że była to zima z 1942 na 1943 rok zmarłych nikt nie chował. Wyrzucano ich przez okna. Tak, że wiosną, jak ojciec opowiadał, sterty trupów sięgały pierwszego piętra. Ojciec przeżył ten najtrudniejszy okres, ale był strasznie osłabiony. W pewnym momencie uznał, że wkrótce umrze. Nie chciał być jednak jak inni wyrzucony na stertę trupów. Uznał, że jak położy się pod płotem i tam umrze, to nikomu nie będzie się chciało przenosić jego zwłok i zakopią je na miejscu. Położył się przy krzakach w rogu obozu przy płocie i zaczął żegnać się z życiem. Gdy tak leżał, coś obok niego upadło. Okazało się, że był to zmarznięty burak cukrowy, przerzucony przez płot przez kogoś zza drutów. Miejscowa ludność starała się pomóc jeńcom.
Częstowanie koniakiem
– Zaczął odmrażać tego buraka pod kożuchem, a następnie ssać. To go trochę wzmocniło. W ciągu następnych nocy ojcu znów udało się znaleźć kilka buraków. Dzięki zawartej w nich glukozie ojciec odzyskał chęć do życia. Niemcy zaczęli też brać jeńców do roboty, dając im lepsze wyżywienie. Ojciec nie mógł jednak dopchać się do tej grupy. Najczęściej bowiem Niemcy potrzebowali chętnych do łopaty, do grzebania zwłok i prac porządkowych. Takich zaś w obozie nie brakowało. Dopiero, jak Niemcy zaczęli szukać szklarzy, to ojciec bez trudu się dostał, bo z szeregu nie wystąpił nikt. Ojca zabrał oficer, który zaprowadził go do swojego biura też pozbawionego okien. Cały czas patrzył ojcu na ręce, ale ten wywiązał się z zadania bardzo dobrze. Miał on bowiem wiele talentów i w Rybczy traktowano go jako złotą rączkę. Najpierw poklepał ojca po ramieniu i powiedział – Gut! Następnie kazał ojcu usiąść i wyciągnął koniak. Postawił przed nim kieliszek, nalał i kazał pić. Sobie też oczywiście napełnił kieliszek. Ojciec przeżył wtedy rozterkę. Podczas bierzmowania złożył bowiem przyrzeczenie abstynencji i od tego czasu nigdy nie pił alkoholu. Jak mi opowiadał, nie wiedział, co zrobić. Jeżeli wypije alkohol, to złamie przyrzeczenie. Jeśli odmówi, narazi się Niemcowi, któremu nie będzie mógł wytłumaczyć, dlaczego.
Ukrainiec dotrzymał słowa
– Ostatecznie ojciec wypił, mając nadzieję, że Bóg mu wybaczy, bo widzi, że nie robi tego z łakomstwa. Po kilku dniach do ojca podszedł młody Ukrainiec z sąsiedniej wioski, który też dostał się do niemieckiej niewoli. Przedstawił się ojcu. Ten go rozpoznał i postanowił zaryzykować. Wypruł z ubrania nie odnalezione dotąd przez jego prześladowców złote pięciorublówki tzw. „świnki” i dał temu Ukraińcowi. Powiedział mu, że jest młody, może zdoła stąd uciec, albo przekupić strażników. Poprosił go tylko, że jeżeli uda mu się wydostać z obozu, by dał znać mamie, że on jest w obozie w Konotopie. Ten Ukrainiec zdołał jakoś opuścić obóz i dotrzeć do domu. Następnego dnia wsiadł na konia i na oklep do nas przyjechał. Powiedział, że ojciec jest w Konotopie i trzeba by mu jakoś pomóc. Mama pojechała wtedy do Krzemieńca. Tam jej znajomy Stanisław Workusz był sekretarzem Landwirta. Mama go podpisała, Landwirt go przeczytał i odpowiedział jej, że jeżeli wszystko napisane w nim jest prawdą, to ojciec w ciągu miesiąca znajdzie się w domu. Mama napisała, że ojciec został aresztowany i wywieziony przez Sowietów na Syberię. Uciekł z niej i przypadkowo trafił do obozu w Konotopie. Landwirt słowa dotrzymał. Na dwudziesty ósmy dzień od momentu wizyty matki u Landwirta ojciec był w domu.
Marek A. Koprowski








