Dla bandyty pracy nie ma

Był całkowicie załamany. Pytam go – co się dzieje? – On zaś odpowiedział – daj spokój! Ojciec aresztowany, matka aresztowana, z bratem nie wiadomo, co się dzieje. Nic, tylko sobie w łeb strzelić. Zapieprzyłem tetetkę Sobczykowi i palnę sobie w głowę.

Zdzisław Witalewski nie był jedynym żołnierzem KWP, który na mocy amnestii zdecydował się na ujawnienie. Podobnie uczynił ze swoim oddziałem Wiesław Janusiak „Prawdzic”. W marcu 1947 r. przyprowadził go do Radomska. Łącznie ujawniło się 518 żołnierzy z KWP.

– Po ujawnieniu przez rok pracowałem dalej w przedsiębiorstwie wapienniczym w Gogolinie – wspomina Zdzisław Witalewski. – Tu zastało mnie powołanie do wojska. Oczywiście nie dostałem powołania do jakiejś jednostki liniowej, tylko do kompanii roboczej. Gdy w WKU wręczano nam przydziały, przyjechał tzw. „kupiec” czyli oficer załatwiający dla jednostek uzupełnienia. Zebrał wszystkich przyszłych żołnierzy i powiedział, że potrzebuje dwudziestu sportowców. Ja też się zgłosiłem. Byłem wysokim chłopakiem, nieźle grającym w siatkówkę i piłkę nożną. Gdy powiedziałem o tym swojemu porucznikowi, to włączył mnie do tej dwudziestki. W ten sposób trafiłem do Żar, gdzie odkiblowałem dwa lata. Tam oczywiście interesowała się moją osobą informacja wojskowa. Byłem wzywany na rozmowy do oficera informacyjnego i otoczony gromadą donosicieli.

Ojciec aresztowany

– Nie stanowiłem rzecz jasna wyjątku. Widziałem, jakie dramaty przeżywają inni żołnierze, należący do AK. Jeden z nich nazywał się Leszek Wira. Miał on starszego brata, który był przed wojną oficerem w Wojsku Polskim. Stracił on nogę na wojnie, ale mimo swego inwalidztwa działał w konspiracji i po wojnie miał z tego tytułu kłopoty. Któregoś dnia spotkaliśmy się na poligonie. Ja, wykorzystując chwilę czasu, postanowiłem wykąpać się w jeziorze i spotkałem go po drodze. Był całkowicie załamany. Pytam go – co się dzieje? – On zaś odpowiedział – daj spokój! Ojciec aresztowany, matka aresztowana, z bratem nie wiadomo, co się dzieje. Nic, tylko sobie w łeb strzelić. Zapieprzyłem tetetkę Sobczykowi i palnę sobie w głowę. – Mówię mu, czyś ty oszalał ? Oddaj pistolet. – Widzę, że się waha, wyrwałem mu go z rąk i mówię – Leszek, przecież ja też na tym samym wózku jadę. Ze łzami w oczach opowiedziałem mu swoją mękę. Potrząsnąłem nim i kazałem iść oddać Sobczykowi, czyli oficerowi służbowy pistolet, bo pewnie się jeszcze nie zorientował, i dotrwać do końca służby. Na szczęście wytrzymał i wrócił do swojej rodzinnej Łodzi. Gdy zacząłem już pracować i dostałem delegację do tego miasta, to go odwiedziłem. Mieszkał przy ulicy Poznańskiej w drewnianym domu z dużym okapem. Wchodzę do niego, a on takie oczy. – Zdzichu, jak żeś ty tu wszedł, przecież cały dom jest obstawiony!


Żył z emerytury ojca

– Czy był obstawiony, nie wiadomo, ja nic nie zauważyłem. Nikt mnie nie zatrzymał. Pogadałem z nim, bo też by podłamany. Pracy nie miał, bo nie chcieli mu dać. Z domu nie wychodził, bo się bał. Żył z emerytury ojca, która wynosiła wówczas parę groszy. Mieszkał tam jeden kolega z wojska, którego wcześniej też odwiedziłem. Leszek nie wypowiadał się o nim zbyt pochlebnie. Uważał, że uległ naciskom UB i dał się zwerbować. Ja miałem więcej szczęścia. Jak wróciłem z wojska do Radomska, to zacząłem szukać pracy. Napotkałem jednak na opór słysząc, że – dla bandyty pracy nie ma! – Miałem na szczęście kolegów w „Cepolu”, z którymi byłem jeszcze w Szarych Szeregach i AK. Powiedzieli, że miejsce jest i chętnie mnie przyjmą, ale muszą mieć skierowanie z Urzędu Pracy w Piotrkowie. To jest bowiem nie do przekroczenia. Pojechałem do Urzędu Pracy w Piotrkowie. Wchodzę na korytarz, a tam aż czarno od ludzi. Na szczęście przy stoliku zauważyłem moją koleżankę jeszcze ze Szkoły Podstawowej. Też mnie poznała, podeszła do mnie i spytała, jak może mi pomóc. Wyjaśniłem jej, w czym rzecz, że nie chcą mi dać skierowania z powodu mojej przeszłości politycznej. Obiecała, że pomoże i istotnie za parę minut je przyniosła. Zacząłem pracować w „Cepolu”, ale za jakieś dwa tygodnie woła mnie personalny i mówi, że źle wypełniłem ankietę, bo nie napisałem o swojej działalności w konspiracji. Ja udałem głupiego – jak to, przecież napisałem, że byłem w AK. – A poza AK, to w KWP żeście nie byli? – zapytał. – Ja dalej głupiego mówię – a to pomyłka była. – On zaś na to – u nas pracować nie będziecie! – Wyszedłem z kadr i idę do kolegów, by im powiedzieć, że nie mogę u nich pracować, bo Piłatowski – znaczy ten kadrowiec – przypieprzył się i powiedział, żebym zabierał manatki.

Inwigilacja do końca

– Gdy to usłyszeli, powiedzieli, że mi pomogą. Główny księgowy, Jasiu Gębicz też członek Szarych Szeregów poszedł do dyrektora. Nim zaś był Więckowski też należący do AK. Wezwał on Piłatowskiego i powiedział mu – pan potrzebuje swoich ludzi, a ja swoich! – Zostałem w „Cepolu”. Przepracowałem w nim aż do emerytury. Służba Bezpieczeństwa interesowała się moją osobą niemal do końca lat osiemdziesiątych. Przyjeżdżali do zakładu oficerowie, którzy stale wypytywali się o moją osobę. Na miejscu pracował też w zakładzie oficer pod tzw. przykryciem, o którym wszyscy wiedzieli, kim jest, ale on oficjalnie się nie ujawnił. Jak rozmawiał ze mną, to brał mnie na wyczucie. Nigdy oficjalnie nie występował wobec mnie jako oficer Służby Bezpieczeństwa. Zawsze zachowywał się grzecznie i kulturalnie. Miałem też do czynienia z funkcjonariuszem SB z Radomska Janem Kowalskim. Był on znajomym wuja mojej żony. Pomógł mu załatwić otwarcie punktu napraw telewizorów i często przychodził tam na kielicha. Tam go poznałem. Wiedziałem, że jest z terenu Radomska i nie bardzo go kojarzyłem mimo, że był mniej więcej w moim wieku. Zapytałem go więc kiedyś wprost – Panie Janku, a w czasie okupacji to co pan robił? – On nie zbity z tropu powiedział – Niemcy wywieźli mnie na roboty, a po wojnie poszedłem do szkoły, po ukończeniu której trafiłem do milicji. Jak żeśmy trochę wypili, to pociągał mnie on trochę za język.

Draniowi nie chciało się pisać

– Pytał, jakie mam zapatrywania, co sadzę o tym i o tym? Raz, było to w latach siedemdziesiątych, zapytał mnie, co sądzę o aktualnej sytuacji? Powiedziałem, że żyje się nieźle. Każdy z nas ma robotę i gdybyśmy tylko nie musieli finansować wojny w Wietnamie, to byłoby całkiem nieźle. Po latach okazało się, że słowa usłyszane na niwie towarzyskiej in extenso powtórzył. Przyjeżdżał do nas do zakładu też jeszcze jeden oficer Służby Bezpieczeństwa, wyjątkowo leniwy, który najzwyczajniej odwalał swoją robotę. Draniowi nie chciało się pisać trzech raportów i wszystkich byłych żołnierzy z KWP wrzucał do jednego, przypisując wszystkim takie same poglądy. Pisał więc, że :Witalewski Ryplewicz i Woźniak mówili to i to. Znaliśmy się oczywiście, ale nawet w zakładzie nie mieliśmy okazji się spotykać. Woźniak, kawał chłopa, pracował w transporcie i nie miał czasu, żeby usiąść. Zarobił trochę grosza, ale narobił się jak wół. Był to prosty człowiek, robotnik z robotnika, prostolinijny, który walił prosto z mostu. Gdyby jego ten funkcjonariusz SB posłuchał, to miałby co pisać. W sumie, jak zacząłem grzebać w twórczości tych panów, to okazało się, że na swój temat mam siedem teczek.

Siedziba w Radomsku

– Po przemianach ustrojowych w Polsce Zdzisław Witalewski stał się jednym z inicjatorów powstania Ogólnokrajowego Związku Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego.

– Początkowo spotykaliśmy się w kilka osób na gruncie prywatnym, opracowaliśmy niezbędne dokumenty i złożyliśmy wniosek o rejestrację – wspomina. – Później formalnie wybraliśmy władze. Prezesem Zarządu Głównego został Antoni Wojnarowski, a ja sekretarzem. Uznaliśmy, że zarząd powinien mieścić się w Radomsku, a nie w Warszawie, jak pozostałych organizacji niepodległościowych. Tu KWP powstała. Z tych okolic wywodził się jego założyciel. Tu zostały przeprowadzone najbardziej spektakularne akcje KWP. W Radomsku i najbliższych miejscowościach mieszkało też wówczas najwięcej jeszcze żyjących byłych żołnierzy KWP, którym należało pomóc w zdobyciu uprawnień kombatanckich.

Marek A. Koprowski

forma płatności