KWP też miało swoich ludzi w UB. Czy wszyscy zostali wykryci, czy część z nich dalej tam pracowała, nie wiadomo. Milicjanci też nas wspomagali. Niektórzy wręcz wstępowali do KWP. Do oddziału “Babinicza” wstąpił np. cały posterunek milicji z Namysłowa z bronią.
Więzienne wspomnienia dla Wincentego Solińskiego nie są z pewnością łatwe. Mówi o swoich przeżyciach zdawkowo, ale treściwie.
– Życie w więzieniu polepszyło się dopiero po zakończeniu wojny w Korei – wspomina. – Wtedy warunki bytu znacznie się poprawiły. Paczek nadal nie wolno nam było przysyłać, ale mogliśmy dostawać pieniądze. Za nie mogliśmy kupić sobie coś do jedzenia w kantynie. Wyboru wielkiego w niej nie było, mogliśmy jednak kupić sobie chleb, czasem kiełbasę. Stale dostępne były w kantynie ceres i margaryna. Wszyscy byli wdzięczni nawet i za to. Nikt nie wybrzydzał i nie zwracał uwagi, że kiełbasa była zielona. Po takim wygłodzeniu chleb smarowany obrzydliwym ceresem smakował jak najlepszy przysmak. Przynajmniej nam młodym. Starsi, którzy mieli wówczas pięćdziesiąt i więcej lat nie byli tak odporni, niestety odchodzili, szybko umierając. Teoretycznie zmarłych chowano na cmentarzu więziennym ale jak po latach byłem na tej nekropolii, to grobów było według mnie cokolwiek za mało. Musieli ich wywozić i chować gdzie indziej. Tym bardziej, że w Rawiczu też wykonywano wyroki śmierci.
Werbowali zabójców
– Krążyły wśród nas informacje, że do ich wykonywania werbowano więźniów którym obiecywano złagodzenie kar. Wielu więźniów, by tylko opuścić to piekło robiło, co tylko chciała administracja. Pamiętam, że przez jakiś moment siedziałem w celi z chłopakiem, który co rusz mówił, że teraz to już na pewno go zwolnią, bo naczelnik w jego sprawie pojedzie do Warszawy. Po jakimś czasie istotnie zabrano go z naszego więzienia. Myślałem, że go zwolniono, ale jak później przeniesiono mnie do więzienia w Nowogardzie, to znów go przywieźli. Jak go zobaczyli koledzy z sąsiedniej celi, to tak go stłukli, że mało nie wyzionął ducha. Dostali za to po dwa lata. Okazało się, że ten chłopak jest strasznym kapusiem, który wydał wielu kolegów z celi. Pomimo, że sytuacja w kraju się zmieniła i była kolejna amnestia w 1952 r., nam kary nie zmniejszono. Nie obejmowała ona bowiem tych, którzy przeciwko władzy występowali z bronią w ręku. Po śmierci Stalina przeniesiono mnie i kolegów do Nowogardu, gdzie warunki odbywania kary były zupełnie inne. Pracowaliśmy od 6 rano do 6 wieczorem, ale za zarobione pieniądze na tzw. „wypiskę” mogliśmy kupić sobie wszystko do jedzenia. Naczelnik pytał się, co chcemy na „wypiskę” i takie rzeczy sprowadzał.
Jak z więzienia wyszedł Gomułka
– Czytaliśmy gazety, wiedzieliśmy co się w kraju dzieje. Jak umarł Bierut, to już wiedzieliśmy, że na pewno mu ktoś w tym pomógł i że teraz wszystko zacznie się zmieniać. Wkrótce z więzienia wyszedł Gomułka i wrócił do władzy. Zwolniono z więzienia kard. Wyszyńskiego i ogłoszono amnestię. Od razu wszyscy jednak nie wyszli. Do więzienia przyjeżdżał jeszcze prokurator i przeprowadzał wywiady. Musieliśmy powiedzieć, co chcemy robić po wyjściu z więzienia, jakie mamy plany itp. Swoją opinię musiał też wyrazić wychowawca. Gdyby jego opinia była zła, to więzień mógł zapomnieć o opuszczeniu murów więzienia. Wróciłem do domu na początku 1957 r. i zacząłem szukać pracy. Jako, że przez dwa lata pracowałem w Nowogardzie w zakładach obuwniczych, robiących buty dla wojska, szukałem pracy w tej branży. Niestety, jak tylko dyrekcja zakładu dowiadywała się, że miałem wyrok i siedziałem w więzieniu, to od razu mi dziękowała. Ani na Śląsku, ani w Nowym Targu nie mogłem znaleźć stałego zatrudnienia. Poszedłem wtedy do Katowickiego Przedsiębiorstwa Budowlanego, gdzie zostałem przyjęty. Zapisałem się do wieczorowego technikum budowlanego w Bytomiu, które ukończyłem. Najpierw zatrudniono mnie jako majstra, a później kierownika robót. Przeniosłem się później do Olesna, gdzie dopracowałem do emerytury. Jakichś kłopotów z SB już później nie miałem. Owszem, miałem swojego opiekuna, który przychodził do firmy, ale się ze mną nie spotykał. Pytał tylko mojego przełożonego – czy pracuję? – Jak słyszał odpowiedź, że tak, to mnie się już nie czepiał. Ja się też nigdzie nie angażowałem.
Więzienie się odezwało
– Dopiero, jak powstała „Solidarność”, to do niej wstąpiłem. Stan mojego zdrowia nie pozwalał mi bowiem na większa aktywność. Zaczynało mi coraz bardziej dokuczać serce. Dziesięć lat spędzonych w więzieniu dało niestety o sobie znać. Z tego też tytułu mam obecnie pierwszą grupę inwalidztwa. Jak zaistniały możliwości, to w nowej Polsce wstąpiłem do Ogólnokrajowego Związku Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Najpierw związałem się ze środowiskiem sieradzkim. Jego organizatorem był taki Toboła, funkcjonariusz UB, który przeszedł na stronę KWP i informował nas o ruchach bezpieki, za co oczywiście swoje odsiedział. W pierwszych latach do naszego środowiska należało w Sieradzu 150 osób. Dziś zostało już nas niestety niewielu. Wyrok wydany na mnie i innych kolegów został oczywiście unieważniony. Tak jak inni, korzystam z pełni praw kombatanckich. Mieszkając w Oleśnie pozostającym na uboczu, nie mogę się już angażować w działalność związku. Jeżdżę głównie na pogrzeby kolegów, których przy życiu zostało coraz mniej. Cieszę się, że pamięć o żołnierzach Konspiracyjnego Wojska Polskiego z oddziału „Babinicza”, którzy oddali życie za Polskę znajduje miejsce w zbiorowej świadomości.
Odsłonięcie tablicy
– W 1995 r. uroczyście odsłoniliśmy w Skomlinie tablicę pamiątkową wmurowaną w ścianę kościoła parafialnego, poświęconą „Babiniczowi” i 12 żołnierzom. Ufundowali ją mieszkańcy gminy. Podobną tablicę w 1997 r. ufundował w Parzymiechach Mieczysław Orzełek, łącznik naszego oddziału. Taka tablica znajduje się w Dankowie. Upamiętnia ona tych, którzy zginęli w pobliskim Wapienniku. Obelisk przy drodze w lesie znajduje się w Lasach Parzymiechskich, w których UB nas otoczyło. Swój symboliczny grób na cmentarzu w Wieluniu ma też „Babinicz”. Koledzy, z którymi byłem skazany na karę śmierci, już nie żyją. Ubowcy, którzy nas przesłuchiwali jeszcze do niedawna żyli i powodziło im się nieźle. Próby ich skazania skończyły się niczym. Proces w Sieradzu się odbył, ale nic im nie udowodniono. Sprawa się rozmyła. Ubowcy kategorycznie zaprzeczyli, że nad kimkolwiek się znęcali.
Zniknięcie „Huberta”
– Świadkowie nie byli dostatecznie przekonywujący. „Hubert”, który przyczynił się do rozbicia naszego oddziału i ujęcia „Babinicza” też się rozpłynął. Nie udało się ustalić, kim był. Nie pozostały po nim żadne ślady w aktach. Dziś te sprawy trudno ocenić. KWP też miało swoich ludzi w UB. Czy wszyscy zostali wykryci, czy część z nich dalej tam pracowała, nie wiadomo. Milicjanci też nas wspomagali. Niektórzy wręcz wstępowali do KWP. Do oddziału „Babinicza” wstąpił np. cały posterunek milicji z Namysłowa z bronią. Oni też dostali karę śmierci. Z drugiej strony o oficerach KWP też obecnie różnie się mówi. W okolicach, gdzie działał „Murat” z III Komendy KWP, w piotrkowskim, mieszkający po dziś dzień nie zgadzają się na umieszczanie płyt pamiątkowych ku jego czci. Nie wiem, czy słusznie, ale twierdzą, że źle zapisał się w ich pamięci.
Marek A. Koprowski







