Juszczenko jako diagnoza

“Przyjaciele dekabryści, strasznie daleko jesteśmy od ludu. I to jest wspaniałe!”. Tego typu autobiograficzne żarty z pewnością mógłby opowiadać eks-prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko w kręgu ludzi mających te same co on poglądy. Ale nie opowiada. Dlatego, że jego wyobrażenie o rzeczywistości jest na tyle alogiczne, na ile mizerne są jego zdolności do autoironii.

Wiktor Juszczenko ogłosił, że pod jego egidą Radę Najwyższą szturmować będzie „nowy narodowo-demokratyczny” projekt, który zjednoczy 30 organizacji społeczno-politycznych. Według Juszczenki wszystkie te grupki interesów, zlewając się w jedno, mają wielkie szanse otrzymać „znacznie więcej niż pięć procent głosów” w październikowych wyborach parlamentarnych.

Już nawet na samo wspomnienie, że to właśnie Wiktor Andriejewicz był swego czasu nadzieją Ukrainy na jakościowy skok do przodu robi się jakoś nieswojo. Stopień braku kontaktu z rzeczywistością u byłego prezydenta koreluje już tylko z jego przekonaniem o własnym mesjanizmie.

Juszczenki nie martwi fakt, że cały gigantyczny potencjał zaufania społecznego, który posiadał po Majdanie, ten były lider kraju sam skutecznie spuścił w kanalizację. Nie niepokoi go, że kiedyś wpływowa partia „Nasza Ukraina” pod jego kierownictwem popadła w długi na sumę 10 mln dolarów. Nie chce zrozumieć, że jego osobista popularność znajduje się poniżej granicy błędu statystycznego i nie dałby rady dostać się do parlamentu w żadnym jednomandatowym okręgu wyborczym nawet w zachodniej Ukrainie.

Juszczenko nie jest w stanie zrozumieć, że byli współpracownicy odchodzą od niego do Julii Tymoszenko i Arsenija Jaceniuka właśnie z powodu jego braku realizmu. Za to na serio wierzy, że „upadłe gwiazdy” z lat 90. (w rodzaju takiego marginesu jak Kongres Ukraińskich Nacjonalistów) mogą otrzymać mandaty deputatów dzięki jego osobistej protekcji. Nie rozumie, że dziś jego osobisty „negatywny elektorat” przewyższa w sumie całe zniechęcenie do Tymoszenko i Janukowycza razem wziętych.

Zamiast tego Wiktor Juszczenko z ochotą przyjmuje na siebie laury ukraińskiego Vaclava Havla. Nie martwi go, że za kogoś takiego może uznawać go tylko jego własna rodzina i jeszcze kilka osób z otoczenia, u których trzeźwy ogląd sytuacji nigdy nie był mocną stroną. Całkiem możliwe, że nadal uważa, że w całej tej socjologii wszystko jest na zamówienie. To demonstruje jego rzeczywisty potencjał. A raczej jego brak.

Istnieje nawet określony „Fenomen Wiktora Juszczenko”. Tradycja rotacji na stanowisku prezydenta Ukrainy polega na tym, że po zmianie głowy państwa byłego lidera zawsze wspominano ciepło. Tak było z Leonidem Krawczukiem po zwycięstwie Kuczmy. Tak było z Kuczmą po zwycięstwie Juszczenko. I tylko Wiktor Andriejwicz naruszył tę tradycję – nawet na tle fatalnej polityki Janukowycza ranking zaufania do Juszczenki osiąga nieskończenie małe wielkości.

Nie wiadomo tylko, ile jeszcze razy los musi uderzyć w ambicje ukraińskiego eks-prezydenta, żeby w końcu zrozumiał on swoją własną małość. Dlatego że przegrana wyborów prezydenckich z rezultatem 5 procent to tylko strzał ostrzegawczy. Nawet taki rezultat nie czyni jeszcze z polityka emeryta i daje mu prawo do rytualnego uczestnictwa w różnych uroczystościach w rodzaju wygaszania wykładów czy kierowania drugorzędnymi projektami humanitarnymi. Ale niezdolność do uzyskania poparcia obywateli, aby wejść do parlamentu już w kilka lat po zakończeniu kadencji – to coś jak dostać na odlew po pysku. Po czym następuje nokaut i śmiech widowni. Rozumieją to wszyscy, którym pozostała jakakolwiek zdolność do trzeźwego myślenia. Ale Wiktor Juszczenko do tej grupy ludzi, zdaje się, nie należy.

Paweł Kazarin

Agencja Informacyjna RosBałt


tłum. KRESY.PL

forma płatności