Pierwszego dnia bitwy pod Parkanami, jak wspomina Mikołaj na Dyakowcach Dyakowski, “in confuso wszystkie rzeczy poczęli iść”. Turcy sypnęli się niespodzianie, naszych “jak muchi złamali”, a Jan III ze swoją świtą ledwo sprysnął bokiem.
Niestety, wjechał na świeżo zaorane, rozmarzłe pole. Koń pod nim już robił bokami. Tuż obok uciekali nasi Panowie Towarzysze. Koniuszy koronny począł wołać: “Mości Panowie, widzicie kto jest, wstrzymajcie konia a salwujcie, będzie osobliwszy respekt”. Usłyszał w odpowiedzi: “Jechał cię pies z nim. Lepiej było spod Widnia po wiktoryji wrócić się… gińże teraz taki a taki”. Krzyczący dodawali zapewne w domyśle: “…a wybierzemy sobie lepszego”. W końcu uratował króla jakiś prosty rajtar, rzuciwszy się na ciżbę goniących Turków i tracąc życie. Na drugi dzień Fortuna okazała się łaskawsza: Polacy pognali Turków. O ile mi wiadomo, Panowie Towarzysze nie ponieśli żadnych konsekwencji swojej nieuprzejmości.
Bo w Polsce nic to nowego, królem zawsze można było pomiatać, zawsze był na ludzkich językach. Jak wyrzucał narodowi Krzysztof Opaliński, “żaden król Polakom nigdy nie wygodzi”, nawet “choćby on z nieba zstąpił”. Dlaczego? Bo “miłą wolność tak szyroko chcemy rozpościerać” i “nie uznawamy, jaka natura wolności i jakie jej granice” (zresztą i autor tej krytyki nie był wobec króla w porządku). Sam Jan III, kiedy pod Wiedniem objął dowództwo złączonych sił polskich i niemieckich, pisał do Marysieńki, że niemieccy żołnierze słuchają się go tak, że “nigdy tak nasi”. Delikatne słowa króla są czubkiem góry lodowej – wiele mógłby powiedzieć o o polskiej niesubordynacji. Także zagraniczni dyplomaci wielokrotnie dziwili się swobodzie, z jaką polscy panowie publicznie wyrażali się o królach, książętach i własnym monarsze. Pamiętamy, że już wcześniej Jan Kazimierz łajał swoich podwładnych na polu bitwy “od matki” (czyli “ty s…synu!”) i nic nie pomogło – zwycięstwo minęło go, bo panowie dowódcy gwizdali na rozkazy. Polakom nie można przecież rozkazywać, Polacy są wolni.
Z drugiej jednak strony obcokrajowcy z miłym zdziwieniem zauważali, że nasi królowie okazują się zadziwiająco bezpośredni i łaskawi w obejściu, nie obrażają się, a jeśli nawet, to nie na długo, bo nie chowają urazy. No cóż, trochę nie mieli wyjścia: byli królami z wyboru, absolutnej władzy nie mieli, musieli lawirować wewnątrz politycznych układów, aby jako tako wpływać na losy własnego państwa. Już samo to, że króla obierano, a nie wstępował na tron prawem dziedziczności, miało swoje znaczenie. Z jednej strony taki król musiał słuchać paktów konwentów; a z drugiej nie był królem jak inni. Raczej jak każdy szlachcic. Bo jak każdy żołnierz napoleoński nosił w plecaku laskę marszałkowską, tak każdy szlachcic polski trzymał koronę za pazuchą. Choć wyniesiony na tron, choć namaszczony – startował od stanowiska kandydata na tron, którym mógł być byle chudopachołek niebłękitnej krwi, choćby Piegłasiewicz z Psiej Wólki. Sienkiewiczowski książę Bogusław piekielnie bał się, że będzie musiał kiedyś całować jakąś królewską “Piegłasiewiczowską rękę”. Rzecz się zresztą ziściła. Nieznośnie równymi a czasem niższymi rangą od naszych magnatów byli Michał Wiśniowiecki, Jan III, Stanisław Leszczyński i Staś Poniatowski.
W związku z tym Książę Poetów w Satyrze “Do króla” pozwolił sobie na uwagę, że nim kto Stasia uhonoruje należnymi tytułami, jako Najjaśniejszego Pana, “pierwej się zakrztusi”. Dużo też mówi fakt, że satyra ta mogła w Polsce ujrzeć światło dzienne, a Krasicki królewskiej przyjaźni nie stracił. We Francji, Anglii, Hiszpanii albo Prusach “zakrztusiłby się” zarówno poeta, jak drukarz i księgarz, zanim podobny tekst ukazałby się pod prawdziwym nazwiskiem autora i na dodatek w oficjalnej sprzedaży.
A jednak mimo to “żaden król polski nie stał na szafocie”, choć zdarzały się impiczmenty, rokosze i konfederacje. Czy to paradoks? Chyba właśnie nie. Po prostu, u nas znacznie wcześniej zaczęto traktować głowę państwa tak, jak się dziś głowy demokratycznych państw traktuje. Rzekomo normalnie. Bo jak zwykle byłiśmy w europejskiej czołówce.
Cieszmy się więc, Panowie Bracia. Ech.
Jacek Kowalski
