Przekleństwo imperium. Przekleństwo idei

Paweł Rojek napisał świetną książkę dla politologów, historyków, filozofów. Trudno ją jednak traktować jako przewodnik po współczesnej polityce. Większość omawianych koncepcji ma daleki związek z bieżącą sytuacją międzynarodową, duże kontrowersje wzbudzać mogą też prezentowane przez Autora wnioski.

Gwałtowne wystąpienia społeczne na kijowskim Majdanie, rosyjska aneksja Krymu oraz wojna w Donbasie sprawiły, że w Polsce po raz kolejny wzrosło zainteresowanie sprawami wschodnimi. To prawda, że Polacy zawsze byli zaciekawieni wschodem, jednak wydarzenia tego formatu co rewolucja, siłowe obalenie prezydenta, zajęcie całej prowincji jednego państwa przez drugie państwo czy też krwawy konflikt separatystyczny – wywołały jeszcze silniejsze emocje, lęki oraz pytania, jak rozumieć zachodzące procesy.

Wydarzenia na wschodzie przyciągają uwagę mediów, opinii publicznej, zwykłych ludzi. Zadaniu obiektywnej oceny sytuacji próbuje sprostać świat nauki. Bardzo wartościowe głosy padły z ust i spod pióra takich osób jak prof. Stanisław Bieleń, prof. Bronisław Łagowski, prof. Włodzimierz Marciniak czy dr Leszek Kozakiewicz (z pewnością nie wymieniono wszystkich). Badania wschodoznawcze mają w Polsce długą tradycję oraz szereg wybitnych reprezentantów, można więc oczekiwać, że na światło dzienne wychodzić będą kolejne publikacje poświęcone interesującym nas wydarzeniom.

Jedną z pierwszych w Polsce książkowych prób zmierzenia się z nową sytuacją geopolityczną na wschodzie jest książka Pawła Rojka pt. Przekleństwo imperium. Źródła rosyjskiego zachowania(Wydawnictwo M, Kraków 2014).Autor jest doktorem filozofii, socjologiem i wykładowcą Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Najbardziej znany jest chyba jednak jako redaktor naczelny kwartalnika „Pressje” oraz jeden z liderów krakowskiego Klubu Jagiellońskiego. Jak sam pisze we wstępie swojej nowej książki, tym razem chciał przyjrzeć się współczesnemu rosyjskiemu myśleniu imperialnemu, poszukać idei, które poruszają Rosjan do działania oraz rozstrzygnąć, który ze sposobów myślenia jest im bliższy: imperialny ekspansjonizm czy postimperialny izolacjonizm.

Przekleństwo imperiumliczy 120 stron i podzielone jest na cztery rozdziały. W rozdziale pierwszym Autor próbuje rozstrzygnąć, czy obecną Rosję w ogóle można traktować jako imperium. W rozdziale drugim sięga w głąb dziejów i zajmuje się historyczną ideą Rosji jako Trzeciego Rzymu oraz różnymi jej późniejszymi interpretacjami. Rozdział trzeci poświęcony jest trzem głównym sposobom myślenia Rosji o samej sobie: jako o części Zachodu, jako o eurazjatyckim imperium oraz jako o samodzielnej, odizolowanej „Wyspie”. Rozdział czwarty relacjonuje nam z kolei zasadniczy dziś zdaniem autora spór między Aleksandrem Duginem a Władisławem Surkowem.

Co z tym imperium?

Dla czytelnika rozpoczynającego dopiero rozszyfrowywanie „rosyjskiej duszy” i meandrów rosyjskiej polityki szczególnie ciekawy będzie zapewne rozdział pierwszy, w którym Autor stawia pytanie, czy współczesne państwo rosyjskie oraz jego międzynarodowe dążenia można określić przymiotnikiem „imperialny”. Wielka szkoda, iż rozważania te nie zostały poprzedzone szerszym omówieniem imperializmujako zjawiska politycznego i intelektualnego. Takie studium porządkowało by debatę publiczną, gdyż wyrażenie to jest często nadużywane i służy za broń propagandową.

Paweł Rojek słusznie zakłada, że „obecność ideologii imperialnej jest warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym, pojawienia się imperialnej polityki. Bez idei imperialnych nie da się, nawet posiadając niezbędne zasoby, zbudować imperium” [s. 9]. Obecność idei imperialnej jest więc warunkiem – powtórzmy to – niezbędnym, choć nie wyłącznym, by imperium w ogóle się pojawiło. Jak pisał inny znawca tematu, jednym z podstawowych wyróżników polityki imperialnej jest:

zdolność do stworzenia pewnej sfery dobra wspólnego[podkreślenie – TG], która powstaje pomiędzy podmiotem podporządkowującym a podporządkowanym. Sfera ta może się rozszerzać aż do zatarcia pierwotnej różnicy pomiędzy zwycięzcą a zwyciężonym. Założenie istnienia owej sfery jest warunkiem koniecznym podjęcia próby legitymizacji polityki imperialnej. (…) Przeświadczenie o istnieniu bądź możliwości zaistnienia pewnego zakresu wspólnoty daje intelektualną podstawę do apologii polityki imperialnej. I odwrotnie – u źródła negacji polityki imperialnej leży zaprzeczenie istnienia sfery dobra wspólnego i w konsekwencji utożsamienie imperializmu z egoistycznie motywowaną agresją, odmawiające mu tym samym jakichkolwiek pozytywnych wartości”
[1]

Na nic zda się dążenie do ekspansji, podporządkowywanie sobie innych podmiotów oraz budowa wielopodmiotowej struktury złożonej z centrum i peryferii, jeśli nie ma spoiwa w postaci wspólnych korzyści. Imperium tworzy się przez budowę sfery dobra wspólnego, konsolidującego całą tę złożoną imperialną budowlę. Jeśli jej brakuje – imperium jest nieudane, targane wewnętrznymi napięciami i skazane na rozpad.

Pytanie czy współczesna Rosja potrafi tworzyć taką sferę dobra wspólnego jest chyba pytaniem retorycznym. Każdy kto zna historię najnowszą odpowie najprawdopodobniej zdecydowanym „nie”. Stosując siłę militarną i różne inne formy nacisku Rosja po 1991 r. zrobiła bardzo wiele, by niemal śmiertelnie zrazić do siebie całe narody, zarówno we własnych granicach (Północny Kaukaz), jak i u politycznych sąsiadów (Gruzja, Ukraina). Rosja sama destabilizowana jest wewnętrznymi konfliktami narodowościowymi, które zapewne przesądzą o dalszym jej rozwoju.

Paweł Rojek ma więc z pewnością rację gdy pisze o zmierzchu imperium czy o postimperium. Celnie zauważa ,że „Dopóki umysłami Rosjan rządzić będzie nacjonalizm, odbudowa imperium wydaje się czymś mało realnym, zarówno ze względu na niechęć nacjonalistów do rezygnacji z interesu narodowego, jak i ze względu na niezgodę pozostałych narodów zamieszkujących Rosję i jej otoczenie do przyjęcia narodowej hegemonii„[s. 33-34].

Na obszarze postsowieckim partykularne interesy narodowe nie pozwoliły zrodzić się żadnej idei imperialnej, która zastosowana w praktyce pozwoliłaby na głębszą i dobrowolną integrację większej grupie podmiotów politycznych. Nic też nie wskazuje, by Rosja była w stanie prędko taką ideę wypracować. Na urzędowy „konserwatyzm” mało kto da się nabrać, prawosławie jest tylko dekoracją i nie ma większego autorytetu w głęboko zlaicyzowanym i wręcz nihilistycznym społeczeństwie (w którym dodatkowo wzrasta odsetek wyznawców islamu…). Rosja jako państwo nie przedstawia też sobą interesującego ośrodka integracyjnego oraz pewnego partnera ekonomicznego. Przestała być więc klasycznym imperium, chociaż może nie wszyscy – na szczęście m. in. poza Pawłem Rojkiem – już to dostrzegli.

Pytanie tylko: czy z naszej perspektywy i w praktyce cokolwiek to zmienia? Czy Rosja narodowa jest mniej agresywna od Rosji imperialnej? W jednym miejscu Paweł Rojek trzeźwo zauważa, że „Ukraińcom zapewne nie robi wielkiej różnicy, czy Rosjanie strzelają do nich w imię narodu czy idei„, zaraz jednak dodaje, iż „bez rozstrzygnięcia jednak tej kwestii nie można zrozumieć rosyjskiego zachowania, a co za tym idzie − trafnie je przewidywać i adekwatnie na nie odpowiadać„.

Czy rzeczywiście? Wydaje się, że bez szkody można być w tej materii mniej skrupulatnym, a rosyjskie idee bardziej potrzebne są rosjoznawcom i komentatorom pragnącym zabłysnąć swą elokwencją niż samej Rosji i jej politycznemu przywództwu, które kieruje się innymi, bardziej wymiernymi przesłankami. To prawda, że Moskwa próbuje ideologicznie usprawiedliwiać swoje poczynania, jednak aby temu się przeciwstawić, wystarczą chyba zwykłe metody walki z dezinformacją.

Czy idee mają konsekwencje?

Idee z pewnością mają konsekwencje, ale – o wiele mniejsze, niż wydaje się to historykom idei. Bez wątpienia wiele zjawisk dużo łatwiej wyjaśnić poprzez zrozumienie zwykłej gry interesów oraz zabiegów państw o ochronę własnego bezpieczeństwa.

Paweł Rojek w sposób pasjonujący opisuje cały szereg rosyjskich idei. Od „Moskwy jak Trzeciego Rzymu” wraz z jej różnymi interpretacjami aż do współczesnych: atlantyzmu, eurazjatyzmu, insularyzmu. Świetnie omawia dwa ważne style myślenia o Rosji (Dugina i Surkowa). Wykazuje się przy tym dużą pomysłowością i oryginalnością tworząc ciekawe zestawienia i wprowadzając nową terminologię przy zjawiskach dotąd w polskim piśmiennictwie naukowym niedostatecznie zbadanych.

Jednak w zakończeniu Autor pisze, że Rosja i jej władze, chociaż dysponują zasobami ideowymi, które mogłyby być podstawą wielkich projektów geopolitycznych, świadomie nie sięgają po nie, aPutin jest przywódcą bezideowym[s. 103]. Trudno nie odnieść wrażenia, że takie stwierdzenia zakłócają wydźwięk całej książki. Autor poniekąd przyznaje, że skupianie się na czynniku ideologicznym nie jest w tej chwili sprawą fundamentalną, gdyż o rozwoju wypadków decydują inne determinanty. Idee są, ale odgrywają poślednią rolę. I rzeczywiście: w omawianej książce, traktującej o ideowych źródłach rosyjskiego zachowania, faktycznie najbardziej przekonująco wypadają te fragmenty, w których mowa o bezideowości oraz tych wizjach polityki Rosji, które zakładają jak najdalej idący pragmatyzm zarówno w polityce zewnętrznej jak i zewnętrznej.

Problem przeceniania czynnika ideologicznego bardzo jaskrawo daje o sobie znać przy wyciąganiu konkretnych wniosków w zakresie bieżącej polityki. Gdy Paweł Rojek pisze o konflikcie na Ukrainie można odnieść wrażenie, że Rosja miała tu jakąś „omnipotencję sprawczą” i to jej działania stoją za całym złem wydarzeń z ostatniego roku. A w rzeczywistości wszystko zaczęło się przecież nie od rosyjskiej agresji, ale od rewolucji i konfliktu wewnętrznego na Ukrainie, w wyniku którego do władzy po walce i w sposób nie do końca legalny doszedł obóz nieprzychylnie nastawiony do znacznej części swoich rosyjskojęzycznych współobywateli. Odwołanie ustawy językowej gwarantującej im równouprawnienie było fatalnym błędem Kijowa, który Rosji dał doskonały pretekst do interwencji. Pierwszym źródłem rosyjskiej agresji była więc słabość oraz nieprzyjazne gesty jej ofiary.

Po drugie Autor Przekleństwa imperiumprawie wcale uwagi nie poświęca szerszym uwarunkowaniom międzynarodowym, geostrategicznym i geoekonomicznym. Przejście Ukrainy na stronę państw bloku północnoatlantyckiego stanowiłoby cios dla bezpieczeństwa i interesów Rosji i było pewne, że samo pojawienie się takiej możliwości spotka się z ostrą reakcją Moskwy. Rosja zareagowała wg sprawdzonego przez siebie wzoru: podgrzewając konflikt, destabilizując granice i przejmując pod swoją kontrolę część terytorium – co z pewnością na długo zablokowało ukraińskie projekty integracji z Zachodem. Interpretować to jednak trzeba w kontekście twardej rywalizacji mocarstw, budowania stref wpływów itd. Gdy państwo staje się przed dylematem: mieć czy nie mieć tuż przy swojej granicy baz obcego sojuszu militarnego, to kieruje się w pierwszej kolejności nie ideami, ale elementarną kalkulacją sił i oceną własnego bezpieczeństwa. Był to ze strony Moskwy swego rodzaju „realizm ofensywny” (używając języka amerykańskich geopolityków). Mimo uzasadnionego braku sympatii do kontrolowanego przez spadkobierców KGB moskiewskiego reżimu, trudno odmawiać mu z zasady prawa do realizmu w polityce zewnętrznej.

Zgubne konsekwencje (pewnych) idei

Postrzeganie świata przez pryzmat idei doprowadza autora Przekleństwa imperiumdo zupełnie zaskakujących wniosków we fragmentach, w których poruszana jest polityka Polski. Dwukrotnie (we wstępie oraz w zakończeniu) stawiane są te same jednoznaczne tezy: po pierwsze Polska nie powinna się obawiać rosyjskiej agresji(nawet w postaci „zielonych ludzików”), po drugie Polska musi pomagać Ukrainie bo inaczej zaprzeczy swojej tożsamości. Obie wydają się błędne. Obie też – traktując problem realistycznie a nie idealistycznie – wyglądają na mało spójne. Jeśli Polska nie musi się obawiać rosyjskiej agresji, to po co pomagać Ukrainie? Z kolei jeśli musimy pomagać Ukrainie, to może jednak należy przygotować się na kontrakcję (agresję) ze strony Rosji?

Problem w tym, że Paweł Rojek chyba nawet na kwestie wojskowe chciałby patrzeć przez ideologiczne okulary. Pisze mianowicie:

„Jeśli przedstawiona w tej książce argumentacja jest słuszna, Polska nie musi w dającej się przewidzieć przyszłości obawiać się bezpośredniej rosyjskiej agresji. Żaden sensowny scenariusz rosyjskiego zachowania nie zakłada lądowania „zielonych ludzików” w naszym kraju. W żadnym z analizowanych przeze mnie nurtów rosyjskiego myślenia geopolitycznego Polska nie jest bezpośrednim celem ekspansji Rosji”[104].

Na szczęście wiemy już, że Putin jest przywódcą bezideowym, który niewiele sobie robi z pomysłów „pokojowo” nastawionych do Polski geopolityków. Skoro w jednym miejscu podważa się ich wpływy, to jak w drugim miejscu można powoływać się na nich w formułowaniu tak radykalnej oceny na temat naszego bezpieczeństwa? Zwłaszcza, że bardzo łatwo się pomylić. W zaangażowanie wojskowe Rosji na Ukrainie również mało kto wierzył, podobno jeszcze na dzień przed wejściem „zielonych ludzików” na Krym renomowany polski ośrodek analityczny przekonywał, że nie ma czego się obawiać. Potem pospiesznie kasował swoje analizy ze strony internetowej…

Chociaż groźba pełnowartościowej, konwencjonalnej agresji wojskowej Rosji na Polskę jest niewielka (ale nie niemożliwa), to z pewnością nie można wykluczyć poważnych akcji militarnych w stosunku do naszego kraju. Rosja osiągnęła sukces blokując zachodnie aspiracje Ukrainy, jednak strategicznym celem Moskwy jest demontaż całej północnoatlantyckiej architektury bezpieczeństwa. Sukces przy postawieniu pierwszego kroku zachęca do zrobienia drugiego. Istnieje również możliwość, że Rosja odpowie nieprzyjaznymi działaniami o charakterze militarnym, jeśli Polska – za radą Pawła Rojka – aktywnie zaangażuje się po stronie Ukrainy.

W rosyjskich sztabach z dużym prawdopodobieństwem opracowane zostały scenariusze prowokacji (np. w Polsce), które obnażyłyby nieskuteczność i skompromitowały NATO. Przedsmakiem takich operacji były niedawne akcje rosyjskich samolotów wojskowych nad Bałtykiem, na co zwracali uwagę liczni eksperci. Dojść może też do incydentów granicznych, wykorzystane mogą zostać mniejszości narodowe i etniczne, pojawić się mogą sławetne „zielone ludziki”. Zagrożenie to dostrzegają na szczęście polskie instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo narodowe. Dobrze by było, by w podobnych kategoriach oceniały sytuację osoby wypowiadające się na temat sytuacji międzynarodowej.

Prawdziwa eksplozja politycznego romantyzmu następuje jednak dopiero w miejscu, którym Autor Przekleństwa imperiumomawia problem polskiego zaangażowania na Ukrainie. Warto przytoczyć dłuższy fragment:

„Odmówienie wsparcia dla walczącego o swoją niezależność sąsiada byłoby sprzeniewierzeniem się nie tylko zachodnim wartościom, lecz także polskiej tradycji. Agresja rosyjska nie kwestionuje więc na razie naszej niepodległości, lecz wystawia na próbę naszą tożsamość. Wiadomo zaś, że bardziej niż tych, co zabijają ciało, należy się bać tych, co zabijają duszę” [s. 10].

„Czy to jest nasza wojna? Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, jak rozumiemy samych siebie i jak rozumiemy naturę polityki międzynarodowej. Jeśli kraje zachodnie zaakceptują rosyjską wizję stosunków narodowych jako brutalnego rachunku sił, mogą pozostawić Ukrainę samej sobie i jakoś dogadać się z Rosją. Ta bowiem, w przeciwieństwie do dawnego Związku Radzieckiego, nie stanowi zagrożenia dla całego świata, lecz jedynie dla swojego najbliższego otoczenia. Zachód musi jednak stanąć po stronie Ukrainy, jeśli chce w polityce międzynarodowej działać według zachodniego sposobu rozumienia relacji między narodami, które obejmuje między innymi prawa narodów do samostanowienia i integralności terytorialnej. Uzasadnieniem współczesnej doktryny powstrzymywania nie jest więc – jak za czasów zimnej wojny – realizm geopolityczny, kładący nacisk na interesy, lecz idealizm, kierujący się także wartościami. Rosja, prowadząc agresywną politykę wobec sąsiadów, wystawia bowiem na próbę tożsamość Zachodu.

To samo w jeszcze większym stopniu dotyczy Polski jako części Zachodu i jako sąsiada zagrożonych przez Rosję krajów, z którymi łączą nas wartości, interesy i wspólna historia. Realistyczna Polska „piastowska”, nieinteresująca się losem wschodnich sąsiadów, nie stanowi żadnego szczególnego zagrożenia dla Rosji i sama nie jest przez nią zagrożona. Inaczej jest z idealistyczną Polską „jagiellońską”, odczuwającą solidarność z Białorusią i Ukrainą. Taka Polska stanowi istotną przeszkodę w rozwoju” [s. 105-106].

We fragmentach tych odbija się echem najbardziej szkodliwa w Polsce tradycja ruszania na wojny jak na honorowe pojedynki, w imię idei i na fali emocji. Tymczasem w polityce liczy się realny stosunek sił, realne interesy oraz skuteczność osiągania celów. Gdyby Autor omawianej książki nie postrzegał wszystkiego przez pryzmat idei, doceniłby na pewno fakt, że do zwycięstwa potrzebna jest nie tylko moralna racja, ale także własny potencjał (ekonomiczny, wojskowy), sprawne instytucje państwowe, skonsolidowane i gotowe do ponoszenia ofiar społeczeństwo, pewni sojusznicy oraz zdolność kalkulacji i przewidywania, które pozwalają angażować się w konflikt dopiero wtedy, gdy zwycięstwo jest najbardziej prawdopodobne. Tymczasem wszystkiego tego nam brakuje.

Zanim przejdzie się do ideologicznej pracy na rzecz zaangażowania w konflikt trzeba policzyć czołgi, myśliwce i okręty wojenne. W sytuacji kryzysowej drugorzędne znaczenie ma fakt, że występujemy w obronie prawa do samostanowienia i integralności terytorialnej (które zresztą sam Zachód niejednokrotnie łamał). Lepiej liczyć swój potencjał ekonomiczno-wojskowy, równowagę sił i zdolność odstraszania agresora. Rosja przestraszy się tego bardziej niż naszych idei.

Paweł Rojek pisze o środkowoeuropejskiej federacji, która byłaby zdolna przeciwstawić się Rosji. tymczasem spora część uczestników stosunków międzynarodowych w naszej części świata (w tym najważniejsi na kierunku środkowoeuropejskim: Czechy, Słowacja, Węgry) wyraźnie dystansuje się od problemów Ukrainy lub niemal wprost opowiada się po stronie Rosji – nie obawiając się przy tym o utratę własnej „duszy”. Jest to najlepsza ilustracja tego, jak oderwani od rzeczywistości są polscy mesjaniści, którzy ciągle marzą o antyrosyjskiej federacji, a nie dostrzegają (i za nic nie chcą dostrzec) głębokich nieraz różnic interesów i programów politycznych położonych tu państw.

Pisanie o solidarności Ukrainy i Białorusi z Polską wywołać może tylko gorzki uśmiech. Dlaczego Autor w tym kontekście nie wymienił Litwy? Efekt groteski byłby dopełniony. To – poza Polską – najbardziej wolne z państw leżących na terenach dawnej Rzeczpospolitej ma do nas stosunek zupełnie nieskrywany: jak najwięcej brać (np. w sferze bezpieczeństwa), nie dając nic w zamian. Litwa nie waha się nawet przed otwartym prześladowaniem polskości na swoim terytorium. Polacy w imię „solidarności środkowoeuropejskiej” przełkną przecież wszystko.

Gorąco zalecając polskie zaangażowanie na Ukrainie Autor Przekleństwa imperiumjakby zupełnie nie dostrzegał, że istnieje także cała sfera dwustronnych stosunków polsko-ukraińskich, które nie są usłane różami. Chodzi o nierozliczoną zbrodnię ludobójstwa na naszej wspólnocie narodowej, o oficjalną gloryfikację na Ukrainie sprawców tych zbrodni, o stosunek Ukrainy do Polaków, polskości, polskiego dziedzictwa kulturowego, wypowiadane co jakiś czas półgłosem zastrzeżenia do przebiegu polsko-ukraińskiej granicy. Integracja Ukrainy ze strukturami zachodnimi to też wymierne koszty i Viktor Orban nie jest wariatem, kiedy pyta „A kto za to wszystko będzie płacił?”. Takich wątpliwości nie mają tylko ci, dla których państwo polskie jest tylko maszynką do przeszkadzania Rosji i którzy po prostu wiedzą, że naszą misją jest bezinteresowne pomaganie każdemu, kto z Rosją akurat walczy. Gdyby doprowadzić tę ideę naszej polityki wschodniej do stuprocentowej realizacji, to za kilkadziesiąt lat Polska mogłaby otrzeźwieć dopiero przy silnej, położonej w potężnych granicach terytorialnych i raczej nie bezinteresownie nastawionej do nas Ukrainie. Stanisław Cat-Mackiewicz słusznie zwracał uwagę, że siłę państwa mierzy się siłą jego sąsiadów. Im więc słabsze: Białoruś, Litwa, Rosja, Ukraina – tym silniejsza Polska.

Konflikt ukraińsko-rosyjski osłabia obie strony, może być więc nam nawet na rękę, dopóki toczy się w ograniczonej skali daleko od naszej granicy. Czy martwić się musimy tym, że Rosja ugrzęzła w trudnej do zakończenia wojnie, która ściągnęła na nią falę światowej krytyki o sile nie znanej od dawna? Z pewnością nie. Czy problemem jest dla nas to, że młody ciągle ukraiński nacjonalizm skupia wszystkie swoje siły na walce z „Moskalami”? Również nie. Nie jest więc to nasza wojna.

Paweł Rojek pisze, że nie pomagając Ukrainie zaprzedamy naszą duszę. Ale czy polityczny romantyzm musi być substancjalną cechą naszej tożsamości? W dojrzałym społeczeństwie to, czy wybiera się ten czy ów wariant w grze międzynarodowej nie przesądza o „utracie duszy”. W naszej rozchwianej emocjonalnie wspólnocie narodowej istotnie jednak przy okazji kryzysu ukraińskiego dało się odczuć niezwykle głębokie napięcie, tak jakby chodziło o fundamentalny dla tej wspólnoty wybór. Z jednej strony mesjanistyczna większość w zniecierpliwieniu dreptała nogami i pytała „dlaczego jeszcze nie pomagamy?”, z drugiej – realistyczna mniejszość pytała: „czy to w ogóle nasza wojna i czemu mamy pierwsi wyrywać się z pomocą?” Jeśli kryzys ukraiński ma być rzeczywiście wyzwaniem dla naszej tożsamości i jeśli dzięki niemu stanąć możemy przed szansą wyboru, czy jako Polacy mamy być idealistycznymi „roślinożercami”, poświęcającymi się dla innych, marnotrawiącymi siły na nigdy nie zrealizowane do końca mrzonki, czy też realistycznymi „mięsożercami”, potrafiącymi cynicznie wyciągać dla siebie korzyści z każdej sytuacji i szanować ideały dopóty tylko, dopóki nam się to opłaca – to tego wyboru trzeba dokonać. Musimy stać się „mięsożercami”.

***

Paweł Rojek napisał świetną książkę dla politologów, historyków, filozofów. Na niewielkiej ilości stron przedstawił szereg doniosłych zagadnień z dziedziny idei politycznych. Będzie to z pewnością interesująca i przystępna lektura dla wszystkich zainteresowanych Rosją. Książkę trudno traktować jednak jako przewodnik po współczesnej polityce. Większość omawianych koncepcji ma daleki związek z bieżącą sytuacją międzynarodową, duże kontrowersje wzbudzać mogą też prezentowane przez Autora wnioski. Mimo to z pewnością warto po nią sięgnąć, gdyż jest wartościowym punktem odniesienia dla każdego, kto na temat Rosji i jej polityki chce mieć własne zdanie.

Tomasz Grabowski


[1]Ziółek P., Idea imperium, Warszawa 1997, s. 12.



5 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. kp :

    Zdumiewa mnie, że nadal tak silne są, o czym świadczy recenzowana książka idee „mesjanistyczne” u osób aspirujących do miana analityków itp., a śladowy jest realizm, który pięknie punktuje recenzent. W istocie za uleganie tym ideom „mesjanistycznym” płacimy z reguły ogromną cenę, jak było w 1939 r. i następnych latach, czy w Powstaniu Warszawskim. Osłabia nas to w każdy sposób, a mimo to nie umiemy wyciągać żadnych wniosków.

  2. natalja :

    W zacytowanych trzech zdaniach (ze strony 10.) dwa razy non sequitur, toteż myślę: cóż to za filozof, co go nie bolą błędy formalne w jego utworze. Zaglądam w dziedzinową publikację, a tutaj sztubacka filozofia z cyklu: budowanie tysiąca i jednej metafizyki, gdzie na 5ciu stronach Wittgenstein, Sokrates i Arystoteles. A znajomość matematyki licealna, ale ukończył kurs logiki II i to wystarcza za boski wiatr by zostać doktorem.