Po ścieżkach Polesia z Wysłouchem

„Wojna nic nie zmieniła w Pirkowiczach, są one dalej ośrodkiem kultury i opieki dla miejscowej ludności. 'Nasz Dom' dalej promieniuje na okolicę. Taka była jego rola od wieków i tak jest obecnie.”

O Franciszku Wysłouchu, malarzu, pisarzu, wojskowym i myśliwym rodem z Pirkowicz pod Drohiczynem pisałem już na naszym portalu przy okazji relacjonowania majowej wyprawy do owych Pirkowicz właśnie:

[link=http://kresy.pl/zobacz-kresy,warto-zobaczyc?zobacz/w-goscinie-u-wyslouchow]

NIEOCENIONE, powtórzę to raz jeszcze, NIEOCENIONE, Wydawnictwo LTW z podwarszawskiego Dziekanowa Leśnego dało mi asumpt do tego by znów wspomnieć owego zapomnianego nieco Kresowiaka. A to dlatego, że LTW wydało właśnie jedną z jego książek wchodzącą w skład genialnej poleskiej trylogii. „Na ścieżkach Polesia” została wydana w Londynie w 1976 roku. To stare wydanie, podobnie jak pozostałe dwa tomy trylogii: „Opowiadania poleskie” i „Echa Polesia” można gdzieś jeszcze czasem wygrzebać w jakimś antykwariacie czy na allegro. Teraz jednak, dzięki LTW, „Na ścieżkach Polesia” może mieć każdy i to szybko i za jedynie dwadzieścia kilka złotych.

Każdy komu poszczęściło się przeczytać „Opowiadania poleskie” bez wahania, a raczej nawet z wielką łapczywością sięgnie i po „Na ścieżkach Polesia”. I nie zawiedzie się na pewno. Wysłouch znów bowiem zaczarowuje nas Polesiem – wie to każdy, komu choć raz poszczęściło się być w tej magicznej krainie. Na kartach książki spotkamy znów małomównych Poleszuków, ponurych „ochotników”, którzy jednak są szczerzy i uczynni dla ludzi, którzy traktują ich z szacunkiem. Wysłouch pisze o poleskich obyczajach i zabobonach, o mogiłkach, hadiukach, polowaniach, wróżbach a także o oryginalnych ludziach Polesia. A są nimi nie tylko Poleszucy, to także „nasi Żydzi” czy wędrowni cyganie. Co ważne, Autor pisze o nich z szacunkiem, nawet z nutką pewnego sentymentu. Żydzi nie są u niego, jak u Kraszewskiego choćby, szkodnikami, którzy przynoszą straty naszemu handlowi i gospodarce, cyganie, to nie są jedynie włóczędzy i koniokrady (choć i o tych „zdolnościach” wędrownego ludu nie zapomina, pisząc o tym jak to wszędzie tam, gdzie się pojawiali gospodynie wyłapywały drób i zamykały w kurnikach). Polesie pełne jest także innych „oryginałów”, których historie są i fascynujące („Pan Szyrma”) i smutne, jak opowiadania „Odstępca”, o unickim księdzu, który został zmuszony do przejścia na prawosławie.

Oczywiście najbardziej plastyczne są opisy poleskiej przyrody i polowań. Wysłouch, jak wielu z jego epoki, niestety polował. Serce boli i ręka drży każdemu przyrodnikowi, kiedy pisze hymn pochwalny na cześć myśliwego. Jednak ta ręka, która pozbawiła życia niejedno stworzenie na Polesiu, jednocześnie utrwaliła jego magiczne piękno i zdobyła się na tak piękne opisy przyrody, jakich nieraz próżno szukać u niepolujących przyrodników tamtej epoki. I tym właśnie ówcześni myśliwi różnili się od dzisiejszych „mięsiarzy”, którzy niestety niewiele już potrafią prócz pozbawiana życia zwierząt. „Wędrując” z Wysłouchem czytelnik niemal czuje zapach tataraku w szuwarze, mulisty swąd bagna, słyszy ten rozedrgany rechot poleskich stawów i starorzeczy, przenika go chłód mroźnego poranka na tokowisku cietrzewi, słyszy ich „czuhanie” i gulgot. Są to wrażenia, których doświadcza każdy kto po Polesiu podróżował. I to taki przede wszystkim potrafi docenić plastyczność i adekwatność wysłouchowych opisów.

Ale nie pisze on tylko o przyrodzie. Jest też swego rodzaju dokumentalistą minionego świata. Bodaj czy nie najoryginalniejszym opowiadaniem w opisywanym tomiku jest „Młocarnia”, w którym przestawia tę szczególną, całą z drewna machinę służącą do młócenia zboża. Spalili ją w 1915 roku Rosjanie – pozostała po niej kupka popiołu, niczym symbol końca pewnej epoki – dla nas akurat szczęśliwy.

Wysłouch jest dość unikalną personą w panteonie piszących Kresowiaków także ze względu na swoje podejście i ocenę kresowej rzeczywistości. Jest patriotą swej Ojczyzny. Bił się o jej niepodległość na wojnie, bronił jej przed sowieckimi agitatorami i dywersantami, którzy także przez Polesie przenikali w jej granice. Był też Wysłouch bodaj czy nie większym jeszcze patriotą swojej małej ojczyzny – Polesia. Kimś, kogo dziś nazywa się nieraz bioregionalistą. Jego umiłowanie tych bagiennych stron, tego miejscowego ludu nie jest patetyczne, ale wyziera jakby mimochodem z jego twórczości. Jest trochę jak miłość matki do dziecka – matka wiele nie mówi ale wystarczy spojrzeć w jej oczy aby wiedzieć jakim uczuciem darzy swoje dziecko i co by dla niego zrobiła. Wysłouch pisze malowniczo, plastycznie, ale nie patetycznie. Jednak co i rusz wymyka mu się zwrot, słowo, zdanie, świadczące o tym, jak wielkim uczuciem darzy Polesie: „poczciwe poleskie drzewo”, „Śmiał się, śmiały się dziewczęta. Dobrze było!”, „bo u nas zwyczaj odwieczny otacza opieką drzewa cmentarne” itd. itp. Krótko zwroty, ale jakże naładowane pozytywnymi uczuciami.

I miał on jeszcze jedną dobrą cechę, nie tak wcale częstą u kresowych ziemian i szlachty – zrozumienie i szacunek dla miejscowych. Wskazuje na wiele zupełnie nieraz bezsensownego zła, które działo się na Kresach w odniesieniu do ludzi słabszych, niższego stanu, nieporadnych – a tymi byli zwykle miejscowi Białorusini, Poleszucy i inni „tutejsi”. Najbardziej jaskrawym przykładem postawy Wysłoucha jest jego ocena dziedzica Szalkiewicza, heroizowanego przez Rodziewiczównę w powieści „Niedobitowski z granicznego bastionu”. Wysłouch ma zgoła odmienne zdanie o bohaterstwie dziedzica, jak i jego roli na granicznych ziemiach. Na temat jego konfliktów z chłopami pisał tak: „Właściwie słuszność leży po obydwu stronach i dobre stosunki zależą od dobrej woli i dworu i wsi. W Puziczach tego nie było. Szalkiewicz rządził strachem, uderzał się po kolbie mauzera, który zawsze nosił przy sobie i mówił: ‘To jest mój argument’. Chłopi wiedzieli, że strzał Szałkiewicza jest niezawodny i bali się go. To nie są argumenty, które zbliżają ludzi do siebie… Ludzie we wsi lubili mnie i mieli do mnie zaufanie, opowiadali swoje troski i niechęć do dworu, ale skarżyli się i na oddziały dywersyjne zza granicy. Mieszkańcy pogranicza opierali się komunistycznej propagandzie, wiedzieli jak jest zagranicą, nie wierzyli Rosjanom. Na wspomnienie jednak o Szalkiewiczu chmura wrogości i nienawiści ścinała im twarze. Wiedziałem, że przy okazji naprowadzą na dwór dywersantów.” I rzeczywiście tak się w końcu stało. Dwór mimo, że się bronił został spalony przez chłopów. Rodziewiczówna to także opisała w swej powieści, jak pisze Wysłouch „ubierając w bohaterskie szaty obrońcę ‘polskiego dworu’” tymczasem „Szalkiewicz swym argumentem ‘siły’ wobec swych sąsiadów-chłopów poniósł dużą winę. Bliska granica przerzucała nie tylko zbrojne oddziały dywersyjne ale i agitację komunistyczną. W pierwszym rzędzie walczono z polskością i dlatego nie należało używać argumentu celnego strzału wobec ludzi miejscowych. Powodowało to krwawy odwet i zaogniało stosunki na pograniczu. Doprowadzało do morderstw często niewinnych ludzi. Szalkiewicz tego nie rozumiał… Argument strachu jest obosieczny, gdy i druga strona weźmie karabin do ręki, usłużnie włożony mu przez wroga i obcą rękę.” Jakże niestety prorocze okazały się to wkrótce słowa. Może gdyby na Kresach w okresie międzywojennym więcej było takich Wysłouchów a mniej Szalkiewiczów, to i wrzesień 1939 i czasy późniejsze nie byłyby na nich tak krwawe…

I na koniec: Wysłouch jest niesamowitym optymistą. Jego opowiadania nie kończą się jedynie smutnym płaczem za tym co było, odeszło, nie wróci itp. Nie, raczej kończą się optymistycznie. W ostatnim rozdziale pod znamiennym tytułem „Nasz dom” opisuje i cytuje list mieszkanki Pirkowicz, pracującej swego czasu w ich dworze, który napisała do jego brata Stanisława. „Leży przede mną list mieszkanki wsi pirkowickiej. … Wskazuje na to, że dobrze wiedziała jak dwór interesował się życiem mieszkańców wsi i że ich życie było ważne dla właścicieli majątku. Najwięcej jednak pisze o tym, co może najbardziej interesować byłych właścicieli majątku, a więc o domu, parku i pracach inwestycyjnych w polu. Okazuje się, że dom został poszerzony i mieści się w nim szkoła i ochronka na pięćset dzieci… Stare drzewa stoją nienaruszone i autorka nadmienia poetycznie: ‘Rosną stare olbrzymie drzewa topole, lipy, klony i jesiony. Opuszczone gałęzie od starości jesienią, smutne – jakby na coś czekają’… Pisze o betonowych ścieżkach obramowanych kwiatami … a nawet o gawronach, których nikt nie ruszył ze swych gniazd…List nie zawiera żadnej prośby ani interesu, dyktowany jest potrzebą zrobienia przyjemności byłym właścicielom i pracodawcom.” A materialnym dowodem tej potrzeby są załączone do listu suszone grzyby od ludzi ze wsi pirkowickiej „bo takich dobrych jak nasze grzyby nigdzie nie znajdziecie”.

I Wysłouch kończy: „Wojna nic nie zmieniła w Pirkowiczach, są one dalej ośrodkiem kultury i opieki dla miejscowej ludności. ‘Nasz Dom’ dalej promieniuje na okolicę. Taka była jego rola od wieków i tak jest obecnie.”

Piszący tę „recenzyjkę” może poświadczyć, że od czasu kiedy Wysłouch pisał te słowa, czyli od bez mała 40 lat nic się nie zmieniło. Wysłouchowy dom w Perkowiczach nadal dobrze służy młodzieży i miejscowym. I to jest budujące.

Krzysztof Wojciechowski

Franciszek Wysłouch, Na ścieżkach Polesia, LTW, Łomianki 2012, s. 158.



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz