Nawet pobieżna analiza tego co się w stosunkach między Polską a Litwą w ciągu tych dwudziestu pięciu lat działo skłania mnie do postawienia tezy, że rozwiązanie polskich samorządów, dokonane wprawdzie przez Wilno, ale przy pełnym, demonstracyjnym poparciu Warszawy, biorąc pod uwagę tego rozwiązania konsekwencje dla Polaków na Litwie, było swoistym mordem założycielskim polsko-litewskiego strategicznego partnerstwa. I ten mord założycielski to strategiczne partnerstwo cementuje. Nie objawiła się jeszcze w Polsce siła polityczna, która by tak rozumiane polsko-litewskie strategiczne partnerstwo zakwestionowała – pisze Adam Chajewski.

Wrzesień dla Polaków niebezpieczna pora.

Precyzyjniej – dla Polaków na Litwie.

27 lat temu – na początku września 1989 r. polskie samorządy w rejonach solecznickim (5-ego) i wileńskim (15-ego) ogłosiły się polskimi rejonami narodowościowo-terytorialnymi.Decyzje te zmotywowały Wilno i Warszawę do rozpętania obsesyjnej, absurdalnej, antypolskiej nagonki.

25 lat temu, między 26-ym sierpnia a 5-tym września 1991 r., toczyły się rokowania miedzy Rzecząpospolitą Polską a Republiką Litewską skutkujące nawiązaniem stosunków dyplomatycznych i – w perspektywie czterech miesięcy – podpisaniem Deklaracji o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy między Rzecząpospolitą Polską a Republika Litewską.

25 lat temu, między 22-gim sierpnia (kiedy zawieszono prezydium rady solecznickiej i mianowano w rejonie solecznickim rządowego pełnomocnika) a 12-tym września 1991 r. (kiedy w rejonach wileńskim i solecznickim wprowadzono swoisty stan wojenny – administracyjne zarządzanie) litewskie władze kolejnymi decyzjami rozpędziły polskie samorządy.

5 lat temu, na początku września 2011 r., doszło na Wileńszczyźnie do strajku uczniów polskich szkół protestujących przeciwko wymierzonej w polskie szkolnictwo reformie oświaty. Władze litewskie znalazły się w skrajnie trudnej sytuacji – strajk się rozszerzał, a stłumienie go siłą raczej nie wchodziło w grę. I wtedy do Wilna udał się premier Tusk, gdzie cynicznie mamiąc Polaków obietnicami, których ani nie zamierzał, ani nie mógł dotrzymać, wmanewrował ich w sytuację, w rezultacie której zmuszeni byli zawiesić strajk. W efekcie szkodliwa dla polskiej ludności reforma weszła w życie. Co więcej polski premier swoje oszukańcze obietnice składał w trakcie Mszy Św., przed ołtarzem kościoła św. Teresy, a więc w przytomności Pani Ostrobramskiej.

Choć zabieganie o polską autonomię na Wileńszczyźnie to proces niezwykle ciekawy, dramatyczny a zarazem zakłamany i zmanipulowany w stopniu niewyobrażalnym, nie będę tu się nim zajmował. Pominę także szczegółowy opis wileńskiej niegodziwości Donalda Tuska jak i skutków jakie wywołała i wywołuje.

Zajmę się natomiast wydarzeniami sprzed 25-ciu lat, których konsekwencje położyły się głębokim cieniem na aktualnych stosunkach miedzy Polską a Litwą. Te wydarzenia – przypomnę – to:

– nawiązanie stosunków dyplomatycznych między Polską a Litwą;

– rozpędzenie polskich samorządów oraz wprowadzenie na ich obszarze administracyjnego zarządzania.

To pierwsze – nawiązanie stosunków dyplomatycznych – można, choć jest to przejaw politycznej ślepoty lub ignorancji, rozpatrywać tak jakby nie było drugiego – rozwiązania samorządów. Taka była obowiązująca – by użyć modnego słowa – narracjaw tej kwestii, taka jest obecnie i taka będzie w przyszłości. Jak ma się trupa w szafie to najlepiej do niej nie tylko nie zaglądać… ale jeszcze lepiej dobrze ją uszczelnić…

Tego drugiego – rozpędzenia polskich samorządów – nie da się jednak oddzielić od tego pierwszego – nawiązania stosunków. To znaczy można, ale tylko wtedy kiedy się cierpi na politycznego alzheimera lub skrajnie apologetyczne podejście do oficjalnej wersji polityki polskiej wobec Litwy. Także tej polityki, którą od prawie roku realizuje dobra zmianawobec Polaków na Wschodzie, w szczególności na Litwie.

Dlatego właśnie pisowskiemedia – świadomie piszę pisowskiea nie publiczne,bo z publicznymina pewno nie mają nic wspólnego – o rocznicy rozpędzenia polskich samorządów nawet się nie zająknęły.

Korelacja między nawiązaniem stosunków dyplomatycznych między Litwą a Polską a rozpędzeniem polskich samorządów jest oczywista, zwłaszcza w świetle tego, że oba te zdarzenia – rokowania polsko-litewskie i kolejne, wymierzone w polskie samorządy posunięcia litewskiego parlamentu i rządu – odbywały się mniej więcej w tym samym czasie (na przełomie sierpnia i września oraz głównie we wrześniu) i w części w tym samym miejscu (w Wilnie).

Nie wydaje mi się możliwe, by o zawieszeniu prezydium rady solecznickiej i mianowaniu rządowego pełnomocnika nie wiedział prezydent Lech Wałęsa, rozmawiając 26 sierpnia z Vytautasem Landsbergisemo nawiązaniu stosunków dyplomatycznych i omawiając z nim „problem Polaków Litwy”. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że obaj politycy wyrazili w tej rozmowie „przekonanie, że zostanie znalezione rozwiązanie tych problemów i miejsce Polaków Litwy w nowych okolicznościach, jakie ułożyły się na Litwie.”

Nie jest możliwe by przebywający w Wilnie z misją specjalną– jej celem było podjęcie „konkretnych działań służących do nawiązania pełnych stosunków międzypaństwowych miedzy Polska a Litwą”– wysłannicy ministra Krzysztofa Skubiszewskiego, w tym szef delegacji, pierwszy zastępca dyrektora Departamentu Europejskiego MSZ Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, o zawieszeniu prezydium rady solecznickiej i mianowaniu rządowego pełnomocnika nie wiedzieli.

Zwłaszcza, że wicedyrektor Kostrzewa oświadczył w trakcie pobytu w Wilnie, że w przekazanych litewskiemu premierowi i ministrowi spraw zagranicznych listach od ich polskich odpowiedników „jest mowa o prawach i uzasadnionych interesach Polaków, mieszkańców Republiki Litewskiej. Sprawa ta została podniesiona jak zwykle, gdy Polska prowadzi politykę wobec Litwy. Zgodnie ze stała zasadą naszej polityki wyrażamy pragnienia i oczekiwania, że potrzeby i prawa Polaków będą zaspokojone na gruncie norm europejskich i uniwersalnych zawartych w międzynarodowych paktach praw obywatelskich i w licznych dokumentach KBWE”.

Nie jest wreszcie możliwe, by o wymienionym, i następnych, wydarzeniach nie wiedzieli zarówno minister Krzysztof Skubiszewski i premier Jan Krzysztof Bielecki, jak i faktyczny kreator polskiej polityki zagranicznej prof. Bronisław Geremek. Wszyscy wyżej wymienieni – Prezydent, Premier, Minister, Profesor i (wice)Dyrektor – albo litewskie represje wobec Polaków zignorowali, albo je zlekceważyli, albo je zaakceptowali. Innych możliwości nie ma.

Dalszy przebieg wydarzeń rozstrzyga, z którym z wymienionych wyżej wariantów mieliśmy do czynienia – to akceptacja. Wprawdzie – jednakże dopiero po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych – Polska zaczęła się domagać zakończenia litewskich represji, jednak była to wyłącznie maskirowkamająca zmylić polską opinię publiczną.

Mimo braku dowodów nawet szczątkowej dobrej woli ze strony Litwy, czego przykładem było zignorowanie zgłaszanego przez polskiego ministra Skubiszewskiego postulatu wyznaczenia terminu wyborów do rozwiązanych rad, przebywający w Wilnie z oficjalna wizytą, 13 stycznia 1992 r. polski minister Deklarację o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy między Rzecząpospolitą Polską a Republika Litewskąpodpisał.

Co więcej treść Deklaracjidowodzi bezwarunkowej kapitulacji Polski wobec litewskiej odmowy pełnego i skutecznego zagwarantowania praw Polaków. Minister Skubiszewski zrezygnował bowiem z większości postulatów jakie skierował do władz litewskich w listopadzie 1990 r. w Aide Memoire w sprawie potrzeb mniejszości polskiej w Republice Litewskiej”.

W ten oto sposób Polska – minister Skubiszewski reprezentował przecież w Wilnie Rzeczypospolitą – faktycznie zaakceptowała represje litewskie jakie spadły na niepokornych podwileńskich Polaków oraz ich trzeciorzędny (obywatele trzeciej – po Litwinach i Rosjanach – kategorii) statusu na Litwie. Inaczej mówiąc, Polska udzieliła litewskim szowinistom carte blanchedo rozprawy z Polakami z czego ci skwapliwie skorzystali.

W taki oto sposób, zgodnie z przekonaniem Lecha Wałesy i Vytautasa Landsbergisa, znalazło się „rozwiązanie tych problemów i miejsce Polaków Litwy w nowych okolicznościach, jakie ułożyły się na Litwie.”

W taki oto sposób, w rozumieniu (wice)Dyrektora Kostrzewy, „zgodnie ze stałą zasadą” polskiej polityki „potrzeby i prawa Polaków” zostały „zaspokojone na gruncie norm europejskich i uniwersalnych zawartych w międzynarodowych paktach praw obywatelskich i w licznych dokumentach KBWE”.

Te dwie wypowiedzi, skonfrontowane z trybem i rezultatami rokowań Wilna i Warszawy w kwestii Deklaracjipolsko-litewskiej, dowodzą że mieliśmy do czynienia ze swoistym dealemzawartym między prominentnymi elitami politycznymi Litwy i Polski. Interes Litwy w tym dealubył oczywisty pojawiła się szansa na realizację marzenia litewskich polonofobów – przywrócenie litewskich Polaków ich litewskości nawet wbrew ich woli oraz, niejako przy okazji, upokorzenie wnuków Piłsudskiego i Żeligowskiego.

Jaki jednak miałyby być interes Polski?

Co najmniej dwojaki. Z jednej strony, chodziło o niedopuszczenie do jakiejkolwiek, nawet fasadowej, autonomii polskiej na Wileńszczyźnie. Polska koncepcję autonomii zwalczała w każdy możliwy sposób, nie cofając się przed bezczelnym kłamstwem oraz metodami, do których najbardziej pasuje określenie „nóż w plecy”. Dlaczego? – to temat na inny tekst.

Z drugiej strony, Polska nie mogła się pogodzić z podmiotowością i niezależnością litewskich Polaków. Polacy mieli tak tańczyć jak im Warszawa zagra. Tymczasem ośmielili się sami rozpoznać, sformułować i realizować program, który uważali za najkorzystniejszy dla nich. I jeszcze, zamiast antyszambrować w warszawskich przedpokojach, ośmielali się marudzić: jeśli nie chcecie(w łagodniejszej wersji: nie możecie) pomóc, to przynajmniej nie przeszkadzajcie….

Wszystko to było jeszcze podszyte pogardą wobec prymitywnych, zsowietyzowanych, względnie zrusyfikowanych, tutejszych (bo przecież jacy tam z nich Polacy…) z Czerwonych Solecznik, afiszujących się z anachronicznym patriotyzmem (horribile dictu… śpiewają „Rotę”) i odpustowym katolicyzmem (horribile dictu… śpiewają „My chcemy Boga…”).

Po ostatecznej normalizacji stosunków polsko-litewskich, kiedy dealmiedzy Warszawą a Wilnem został sformalizowany w postaci Traktatupolsko-litewskiego,w naszych wzajemnych stosunkach rozkwitło strategiczne partnerstwo.

Najpierw – do mniej więcej roku 2010, 2011 – mówiło się o najlepszych w dziejach (sic!) stosunkach polsko-litewskich.Obecnie podobno we wzajemnych stosunkach powiało chłodem– tak przynajmniej utrzymuje polski polityczny i dziennikarski mainstream. Tyle, że twierdzenie to nie wytrzymuje krytyki. To bezczelna maskirowka. Trawestując di Lampedusę… trzeba zmienić wiele by nic się nie zmieniło.

Strategiczne partnerstwo polsko-litewskie, mimo widowiskowego ochłodzenia wzajemnych stosunków, trwa przecież w… najgorsze. Dowodzi tego chociażby przywołana już wyżej przeze mnie wileńska ekskursja Donalda Tuska. Polska jak respektowała litewskie interesy polityczne i gospodarcze tak je respektuje.Jak akceptowała dyskryminację Polaków na Litwie, tak ją akceptuje.

Deklaracje poparcia mają charakter werbalny (słowa, słowa, słowa…) lub materialny (many, many, many, czyli wyprawki szkolne). Przy tym zero poparcia politycznego, nawet w tych obszarach gdzie przyjęte przez Polskę (Pana Prezydenta i Sejm Rzeczypospolitej) zobowiązania mają charakter prawny. Mam tu na myśli realizowanie, a raczej nierealizowanie, zobowiązań Rzeczypospolitej wynikających z Traktatupolsko-litewskiego.

W publicystyce politologicznej funkcjonuje pojęcie mordu założycielskiegoczyli działania albo bezprawnego albo nieakceptowalnego etycznie, które pokazuje determinację dokonujących morduw osiągnięciu postawionych sobie celów i/lub cementuje wewnętrzną lojalność grupy. Cementuje na dobre (niezwykle rzadko) i na złe (prawie zawsze). Pojęcie to odnosi się zarówno do lojalności indywidualnych jak i grupowych.

Nawet pobieżna analiza tego co się w stosunkach między Polską a Litwą w ciągu tych dwudziestu pięciu lat działo skłania mnie do postawienia tezy, że rozwiązanie polskich samorządów, dokonane wprawdzie przez Wilno, ale przy pełnym, demonstracyjnym poparciu Warszawy, biorąc pod uwagę tego rozwiązania konsekwencje dla Polaków na Litwie, było swoistym mordem założycielskimpolsko-litewskiego strategicznego partnerstwa. I ten mord założycielskito strategiczne partnerstwo cementuje. Nie objawiła się jeszcze w Polsce siła polityczna, która by tak rozumiane polsko-litewskie strategiczne partnerstwo zakwestionowała.

A przecież partnerstwo to przyniosło Polakom na Litwie same straty. Obrabowanie z własności, dyskryminacja w oświacie skutkująca gorszymi szansami edukacyjnymi i życiowymi młodego pokolenia, zwalczanie obecności języka polskiego w sferze publicznej, szykany utrudniające uczestnictwo w życiu politycznym i wszechobecny przemysł pogardywobec Polski i Polaków.

To prawda, najważniejszy cel – zlituanizowanie Polaków – nie został osiągnięty. Ale nie można powiedzieć, żeby litewscy szowiniści i wspierający ich polscy europejczycy(exemplum premier Tusk) się nie starali…

A przecież partnerstwo to przyniosło starty także Polsce. Straty w polskiej obecności etnicznej, ekonomicznej, kulturowej i politycznej na Litwie. Ale również straty w prestiżu Państwa Polskiego (z Polską liczyć się nie trzeba… przełknie każde upokorzenie i nie zareaguje na żadną antypolską prowokację) na całym wielkim obszarze między morzami Bałtyckim i Czarnym.

Mimo to polsko-litewskie strategiczne partnerstwo trwa… i nic nie wskazuje by w nieodległym czasie trwać przestało. Polskie elity polityczne musiałyby nie tylko przyznać się do fiaska polskiej polityki wobec Litwy. Musiałyby także tą politykę rozliczyć. I podjąć próbę zmierzenia się z jej skutkami.

Po prawie roku widać, że obecna dobrazmiana, mimo szumnych zapowiedzi, tego nie uczyni. Raczej zaszkodzi.

Chyba, że Polacy się obudzą…

Tak jak po latach letargu obudzili się w „kwestii Wołynia”.

Adam Chajewski



6 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. wilno :

    Elity robią wielki błąd stawiając na ukrainę i litwę, do tego dając im wszystko za darmo, albo nawet dopłacając. Oni do Polski podchodzą bardzo chłodno i z łatwością zdradzą przy pierwszej lepszej okazji, teraz im parnerstwo z Polską niczego nie kosztuje, nawet czysti zysk, więc czemu nie.

  2. mariusz67 :

    Ten mord na polskiej Wileńszczyźnie trwa nadal. Uprawiają go różni demagodzy. Ci sami, co najpierw tak „mądrze doradzali” że praktycznie upadła już polskość na Białorusi i Ukrainie i tamtejsze organizacje polskie są szczątkowe i bez znaczenia. Teraz z siłą uderzają w Polaków na Litwie, tych niepokornych, co mają czelność odważnie trzymać głowę dumnie uniesioną do góry i odważnie bronią zagrożonej i dyskryminowanej polskości. Tak więc różne redaktorki Przełomiec i Romaszewska-Guzy, pseudo eksperci Żurawski/Gajewski, Jurasz, Guzy atakują polskie organizacje i działaczy. Warto przypomnieć, że na kosztowną zabawkę pani Guzy czyli niepotrzebną nikomu TV Biełsat wydajemy co roku dwadzieścia kilka milionów złotych, a wsparcie Wilnian jest marnym ułamkiem tej kwoty. Do tego jeśli ci „eksperci” będą dominowali w narracji o relacjach Polski z Litwą, to nie będzie dobrze, oni myślą o powtórzeniu scenariusza białoruskiego czyli marginalizacji polskości. A wtedy można bez emocji prowadzić politykę z państwem sąsiedzkim. Na szczęście jestem przekonany, że Wilniucy przetrwają także szykany ze strony „przyjaciół” z Polski w rodzaju Przełomiec czy Guzy. Bo na Wileńszczyźnie duch polski jest w ludziach wielki.