Rycerstwo
Rycerstwo – to szlachta, i tyle. Szlachcic jako taki to człowiek szlachetny, i dlatego też uprzywilejowany. A rycerz – to też szlachcic, ale w domyśle zbrojny; jego szlachectwo wziąć się miało ze zbrojnych czynów. Czynów jego własnych, lub czynów jego przodków. W Polsce nie znano w zasadzie innego szlachectwa, czytaj: obywatelstwa. Ludzi, którzy pozyskali swoje indygenaty albo szlacheckie tytuły nierycerskim sposobem, za łaską monarchy – traktowano z pewnym odcieniem pobłażania. To gdzieś tam, we Francji, istniała noblesse de robe, nie w Polsce. U nas szlachcic miał prawo gardłować na sejmiku, ale w zamian za to winien być gotów (przynajmniej teoretycznie) zakuć się w zbroję i stanąć w potrzebie.
Pancerz święty
Kochanowski przełożył jeden z Psalmów następująco: “Bogu dusza ufa moja – To mój zamek, to ma zbroja”. Nie on jeden użył w religijnej poezji słowa “zbroja”, “pancerz”, “kirys”. To, co miało ochraniać rycerza – stało się w pewnym sensie synonimem obrony szlachetnej, uświęconej, boskiej. Ale też jeśli ktoś chciał wywieść znaczenie zbroi spoza Biblii -miał do dyspozycji całą grecko-rzymską mitologię i literaturę, w której znajdował, dajmy na to, obraz Wulkana, wykuwającego pancerze dla bohaterów. Zbroja Achillesa, zbroja Eneasza – miały swoje trwałe miejsce w poematach bohaterskich. Pancerz szlachecki
Dlatego każdy rycerz, czyli szlachcic musiał pancerz nosić, nawet jeśli go wcale nie nosił. Więc – przynajmniej na nagrobku. Nasi szlachcice na nagrobkach swoich przez cały wiek XVI, a nawet i przez część następnego, rzezani byli w zbrojach. W dokumentach nazywano te ich figury, domniemane portety: “viri armati”, “mężowie zbrojni”. Do pewnego momentu ich odtwarzane w piaskowcu czy marmurze zbroje były zwykłym naśladownictwem rzeczywistych. Ale i od pewnego momentu, czyli gdzieś od końca XVI wieku, a zatem mniej więcej od czasu, w którym prawdziwe, pełnopłytowe pancerze przestały być używane lub używano ich wyjątkowo – rzeźbiarze zaczęli sobie pozwalać na odkuwanie militarnych fantazji. Tym niemniej znaczenie owych fantazji pozostawało takie samo: szlachetno-rycerskie. Ktoś kiedyś domniemywał, że to właśnie wyjątkowa mnogość “śpiących”, rycersko-szlacheckich nagrobków w Polsce wygenerowała powszechnie obecną ludową legendę o śpiących rycerzach, wedle której “kiedy będzie wojna o wiarę, dowódzca sam w dzwon uderzy a śpiący rycerze wstaną i zwyciężą”.
Rodowód śląski i wawelski
“Viri armati” pojawili się w Polsce chyba najwcześniej na Śląsku, na nagrobkach książęcych; a potem na nagrobkach zwykłych rycerzy w całym kraju. Ówcześni nasi królowie uważali się za wyższych rangą i godnością od zwyczajnych książąt, i chyba dlatego nie zwykli, kładąc się na nagrobki, przywdziewać zbroi – ukazywano ich raczej w szatach koronacyjnych. Z jednym znamiennym wyjątkiem: Kazimierz Wielki, fundując nagrobek swego przodka, Bolesława Chrobrego, w katedrze poznańskiej, kazał wyrzeźbić go w zbroi (ten właśnie wizerunek przetworzył potem Jan Matejko w swoim “Poczcie królów i książąt polskich”). Dopiero niecałe dwieście lat później zbroja powróciła do łask na królewskich nagrobkach: konkretnie w momencie, gdy w Kaplicy Zygmuntowskiej stanęła (czy może raczej: legła) figura Zygmunta Starego. Stary król drzemie odziany w stal, wspierając głowę ręką, z nogą przełożoną przez nogę, czyli w tak zwanej “Sansovinowskiej pozie”. Odtąd każdy magnat, później zaś niemal każdy szlachcic zapałał podwójną (szlachecką i królewską) miłością do zbroi, no i także do wawelskiego typu kaplicy nagrobnej.
“Obraz” Kunickiego: usprawiedliwienie fikcji
Można by mniemać, że ukazywanie czegoś, co w rzeczywistości nie istnieje – w tym wypadku zbroi – mogło wzbudzać uśmiech politowania. Owszem, ale siła mody bywa większa. Dziś też politowanie może wzbudzać kolczyk w uchu, języku czy pupie, a jednak potęga mody wyższa jest od poczucia bezsensu. A gdzież kolczykowi do zbroi! Nawet nie powinienem porównywać, fuj, fuj, fuj… Tak więc polityczny prestiż pełnego pancerza nie zaniknął w Polsce, mimo że zaniknął jego prestiż militarny. Można nawet rzec, że w miarę zanikania militarnej potrzeby użycia pancerzy, rosło w siłę ich znaczenie ideowe. Gdy niejaki Wacław Kunicki opublikował w początku XVII wieku traktat “Obraz szlachcica polskiego” – kazał na osobnej rycinie ukazać postać człowieka z podgoloną czupryna i z polskim wąsem, jednak nie w kontuszu, szubie czy ferezyi – a w pełnopłytowej zbroi, podobnej do tych fantazyjnych, które widujemy na nagrobkach. Tak samo i Tadeusz Kościuszko został przez Józefa Grassiego sportretowany w pełnej zbroi płytowej, której nigdy nie założył – należała mu się wszakże jako “rycerzowi bez skazy”. Tym razem zresztą zupełnie niezależnie od szlachectwa.
Łukasz Górnicki – à la Waligórski
Zarazem obraz rycerza zakutego w żelazo mógł już w tych latach – jak sugerowałem – budzić również, w pewnych wypadkach, lekki uśmiech politowania. I skojarzenia zupełnie à la Dreptak z piosenek Waligórskiego. To przecie w “Dworzaninie polskim” czytamy o pewnym szlachcicu, który snobował się na wielkiego a surowego wojownika, w związku z czym odmawiał wesołych żartów tudzież konwersacji z damami, mawiając, iż nie zajmują go takie puste biesiady, bo “zbroja najmiększa jego pierzyna, a z przyłbice najsmaczniejszy trunek”. Wówczas “jedna poczciwa panna” dała mu taką odpowiedź:
“[…]mnie by się wierę zdało, ponieważ teraz wojny niemasz, abyś wm. dał się czyście tłustym namazać, a wespołek ze zbroją […] dał się gdzie do szafy schować aż do tego czasu, kiedy wojna będzie, abyś wm. barziej niż teraz nie zardzewiał”.
Degeneracja
Żyjemy w czasach, w których tradycja żelaznych pancerzy odradza się. Młodzieńcy chętnie przywdziewają blachy, aby młócić z wprawą mieczami, zgłębiają techniki walki i rycerską literaturę, a nawet symbolikę broni i zbroi. Tymczasem jednak, powiedzmy sobie szczerze – symbolika zbroi jest dziś pusta. Przecież w naszej epoce musiałaby oznaczać nie zabawę w rycerzy spod Grunwaldu (skądinąd zabawę zacną i generującą szlachetne myśli, odruchy tudzież kształcącą w ogóle) – lecz winna być tożsama z deklaracją chwycenia za stery F-16, kolbę kałasznikowa czy kierownicę pancernego wozu. Czy ktokolwiek z nas powie na serio, że chętnie to w razie czego uczyni? Po pierwsze nikt nie potrafi, a po drugie nie zechce, bośmy w znakomitej większości cywilbanda, pacyfisci i symulanci, żywiący do prawdziwej armii odrazę lub bojaźń, wyniesione jeszcze z lat komuny. Odraza to i bojaźń słuszne skądinąd, lecz zgubne zarazem. A kto nam zagwarantuje, że potrzeby pospolitej nie będzie? Na serio piszę, nie na jaja: nas, obywateli Rzeczypospolitej, stać w większości co najwyżej na to, aby, właśnie kiedy wojna będzie, dać się “czyście tłustym namazać” i “do szafy schować”, z nadzieją w duszy, że albo Radek Sikorski do spółki z panem Obamą, albo kamienni, śpiący rycerze z czasów I Rzeczypospolitej “wstaną i zwyciężą” – za nas. Mówię, bom smutny i sam pełen winy.
Jacek Kowalski
