Wydana dzięki dotacjom polskich instytucji publicznych książka ojca Piotra Rudkouskiego, który wciela się w rolę komentatora i myśliciela społecznego, jako jedna z niewielu pozycji w białoruskiej publicystyce politycznej odnosi dość obszernie do kwestii polskiej mniejszości narodowej zamieszkującej obszary wchodzące dziś w skład Republiki Białoruś. Niestety ojciec Rudkouski, wbrew składanym na kartach swojej pracy deklaracjom, nie wybrnął poza rozpowszechnione w białoruskich kręgach opozycyjnych kwestionowanie deklaracji narodowych białoruskich Polaków.

Wydana w 2009 r. w języku polskim książka „Powstawanie Białorusi” autorstwa Piotra Rudkouskiego – filozofa i teologa, przy tym jednoznacznie opozycyjnego wobec obecnych władz Białorusi publicysty, laureat nagrody czasopisma ARCHE „Za sumlennaje slowa” (2005) i w końcu dominikanina, daje nam dobry wgląd w to o czym i jak dyskutuje się w białoruskich opozycyjnych kręgach intelektualnych. Autor porusza fundamentalne zagadnienia społeczno-polityczne starając się zakorzenić swoją refleksję w rozważaniach o charakterze etycznym. Praca jest kompilacją artykułów publikowanych przez Radkouskiego na łamach takich czołowych opozycyjnych periodyków jak „ARCHE” czy „Nasza Niwa”, choć mimo wszystko zachowuje charakter płynnego, całościowego wywodu.

Mimo sięgania przez ojca Rudkouskiego po zaawansowane narzędzia i pojęcia intelektualne, pracę ze względu na szczupłość źródeł, wysoki stopień spekulatywności oraz jej silny aspekt normatywny należy bardziej traktować w kategoriach publicystycznych nie naukowych. Zresztą sam Rudkouski w poświęconym zagadnieniom metodologicznym podrozdziale (dodajmy umieszonym w strukturze książki dość przypadkowo i nielogicznie u samego jej końca) dystansuje się od metodologicznego naturalizmu, pozytywizmu, empiryzmu waloryzując element spekulacji i stwierdzając zależność socjologa (i szerzej komentatora rzeczywistości społeczno-politycznej) od filozofii (w tym aksjologii). „Orientacja na wartości nie wiąże się z tłumieniem neutralności, lecz na odwrót – ją warunkuje” twierdzi Rudkouski (s.216), choć można mieć co do tego wątpliwości po przeczytaniu jego pracy. W ostatnim rozdziale, będącym emocjonalnym, zaangażowanym komentarzem do wydarzeń z marca 2006 roku, kiedy to OMON rozpędził demonstrację opozycji po wyborach prezydenckich, autor pisze nawet: „Śmieszny wydaje się intelektualista, który dąży do przybrania maski >>niezaangażowanego<< i chce ze stoickim spokojem rozważać nowy >>białoruski fenomen<<.” (s. 228).W istocie za wyrafinowanymi, przyprawionymi odniesieniami do licznych autorytetów filozofii i nauk społecznych, ćwiczeniami z logiki kryje się jednak „projekt metafizyczny” czyli po prostu przepis na dobrą, słuszną, wedle kryteriów autora identyfikowanych jako obiektywne, nową Białoruś, na „powstawanie Białorusi” takiej, jaką powinna ona według autora być. Poza aspektem normatywnym mamy tu więc wyraźny komponent postulatywny czego autor nie tai w przedmowie swojej pracy – „mam nadzieję, że ostatecznie książka ta okaże się konstruktywnym głosem w dyskusjach wokół powstania nowej, wolnej i europejskiej Białorusi

Oczywiście ewokując „nową Białoruś” Rudkouski musi odnieść się do starej, czyli tej jaką ona jest w tej chwili. Opisując zatem ideologię państwową autor nie odmawia sobie nieustannych wtrąceń polemicznych tak o charakterze intelektualnym – kiedy to wykazuje niekonsekwencje enuncjacji oficjalnych ideologów – jak i moralizatorskim. Niestety odbija się to na wartości analitycznej jego wywodu. Za całą bazę dla opisu metapolitycznych podstaw obecnego systemu Republiki Białoruś Radkouskiemu wystarczają trzy oficjalne podręczniki „ideologii państwowej”, jedna pozycja nie mająca charakteru podręcznikowego oraz dwa przemówienia prezydenta Łukaszenki. Stwierdza, że poza pewną niekonsekwentną i paradoksalną predylekcją niektórych jej oficjalnych teoretyków do idei demokratycznej, mamy do czynienia z instrumentalnym, nihilistycznym dorabianiem uzasadnienia do „autorytaryzmu z tendencjami totalitarnymi”. Oskarża zatem elitę władzy o „nihilizm” i „funkcjonowanie w aksjologicznej próżni”, o to że „zmyła warstwy aksjologiczne”. Zatem „nie ma punktów odniesienia dla dialogu” z nią (s. 48-49), „pożyjemy tak jeszcze z dziesięć, dwadzieścia lat w roli pariasów Europy” (s.53). Niestety przeładowana krytyką ta część książki nie przedstawia zbyt dużego waloru deskryptywnego, autor zdawkowo odnosi się do źródeł które wskazuje, pozwala sobie na stwierdzenia nader ogólnikowe. Opisując na przykład historiozofię oficjalnych teoretyków ogranicza się do zdawkowego „dwa podrozdziały [podręcznika] na temat historii państwa białoruskiego (opisanej tendencyjnie), zwieńczone apologią związku Rosji i Białorusi” (s.31) bez podania żadnych konkretnych przykładów. Równie autorytatywnie opisuje inną pozycję: „Afirmacja białoruskości, nierzadko deklarowana przez ideologów, nie ma tutaj większego znaczenia. Każdy rozumie, że stało się tak na odczepnego” (s. 43). Niestety autor nie daje czytelnikowi możliwości samodzielnego zweryfikowania jego ocen.

Część poświęcona dorobkowi środowisk opozycyjnych jest obszerniejsza, znacznie bardziej zniuansowana i po prostu ciekawsza, ma znacznie większy walor poznawczy. Co ciekawe Rudkouski pełen jest przekonania, że w dłuższym okresie czasu ideologia i mentalność post czy raczej neosowiecka, jakie według niego cechują tak elity polityczne obecnego białoruskiego państwa jak i tych Białorusinów, którzy je popierają, są skazane na erozję. Zwycięstwo nowego myślenia i „nowej Białorusi” jest niejako nieuchronne, tylko one „mają przyszłość”.

Rudkouski który na kartach swojej pracy jawi się jako zwolennik liberalnej demokracji i popperowskiego „społeczeństwa otwartego” dokonuje pewnej dekonstrukcji tradycyjnego nacjonalizmu białoruskiego. Białoruskość i naród białoruski to dla niego zjawiska stające się, jeszcze nie wykrystalizowane. „Nie powinno się stawiać pytania jaka tożsamość, lecz w jaki sposób porozumieć się w sprawie białoruskiej tożsamości”. Choć autor krytykuje nacjonalizm w wydaniu Zianona Paźniaka i jego „wizję kulturalnie zunifikowanej Białorusi” to jednak ostatecznie określa go jako niezbędny mechanizm budowy „społeczeństwa obywatelskiego”. To właśnie białoruski nacjonalizm ma być główną antytezą reżimu – „Wychodzi na to, że odrzuciwszy opcję zjednoczenia się wokół języka, religii i symboli narodowych, pozwoliliśmy by połączono nas w grupę podporządkowanych jakiejś kierującej się własną logiką zewnętrznej sile, której nie interesuje nasz narodowy ani >>pograniczny<< charakter” (s. 106). Rudkouski wskazuje więc Białorusinom konieczność „dokonania syntezy nacjonalizmu i liberalizmu” powołując się przy tym na polskiego filozofa Andrzeja Walickiego (s.114). Ocenia przy tym, że ze względu na „gorliwość i konsekwencję” nacjonaliści białoruscy „w przypadku ewentualnej odwilży politycznej mogliby uzyskać spory wpływ na społeczne i polityczne życie kraju” (s.72).

Samemu zagadnieniu polskości i Polaków na Białorusi autor poświęca cały podrozdział – stosunkowo obszerną część książki, co zresztą jest wyjątkiem jeśli chodzi o białoruskich publicystów opozycyjnych, którzy nie poświęcają uwagi polskiej mniejszości narodowej w swoim kraju specjalnej uwagi. Rudkouski zaznacza „ponieważ pochodzę z polsko-katolickiego regionu kraju problematyka w sposób naturalny jest mi bliższą”. Według Rudkouskiego białoruscy Rosjanie wtapiają się w zrusyfikowaną większość społeczeństwa, zatem Polacy to jedyna mniejszość narodowa, „odgrywająca znaczącą rolę w procesach społecznych”(s. 57).

Autor odnosi się do kwestii Polaków także w innym podrozdziale poświęcony ocenie roli religii i kościołów w „projekcie Białoruś”. Odnosi się w sposób znamienny dla swojego stanowiska w tej kwestii. Rudkouski ocenia, że poza diecezja grodzieńską „w sprawie używania języka białoruskiego w liturgii i nabożeństwach ugruntował się dość trwały konsensus. Trzeba przy tym zauważyć, nigdy mu nie towarzyszyło gwałtowne wypychanie języka polskiego z kościołów”. Kłóci się to chociażby z badaniami ks. prof. Romana Dzwonkowskiego, który w swoich pracach wskazywał przypadki właśnie wypychanie polszczyzny, bez żadnych elementów konsensusu, to jest uwzględniania stanowiska samych wiernych w poszczególnych parafiach, właśnie w archidiecezji mińsko-mohylewskiej czy diecezji witebskiej, które obejmują rejony licznie zamieszkane przez ludność deklarującą polską.

Z kolegi w diecezji grodzieńskiej według Rudkowuskiego „wziął górę polski tradycjonalizm” skutkujący „blokowaniem wszelkich prób wprowadzenia języka białoruskiego do kościołów”. W dodatku owi polscy tradycjonaliści „operują retoryką wroga i zagrożenia zewnętrznego”. Przyczyn upatruje Radkouski w tym, że „polski tradycjonalizm na Grodzieńszczyźnie karmi się wojowniczą i skrajnie prawicową retoryką Radia Maryja”. Okazuje się także, że przywiązanie do polskości automatycznie „nie sprzyja procesom desowietyzacji i edukacji kulturalnej społeczeństwa białoruskiego” (s.162-163). Bowiem dominikanin nakłada na Kościół na Białorusi zadanie „integrowania się z białoruską kulturą” a nawet rolę „czynnika kulturotwórczego” (s.171). Odpowiedzialny za tak opisywaną przez Rudkouskiego sytuację ma być sam arcybiskup Aleksander Kaszkiewicz wychowany „w duchu wileńskiego polskiego tradycjonalizmu”, który zresztą, jest głównym obiektem krytyki Rudkouskiego jeśli chodzi sprawy kościelne w ogóle, w tym za brak dostatecznie aktywnego zabierania głosu w sprawach politycznych, czego de facto domaga się od Kościoła na Białorusi dominikanin.

Oczywiście każdy kto choć raz był w Grodnie bez trudu zauważy wypisane na drzwiach tamtejszej katedry informacje o godzinach Mszy świętych odprawianych w języku białoruskim, trudno więc odnieść się do oskarżeń Rudkouskiego. Trudno to zrobić tym bardziej, że autor nie powołuje się na żadne konkretnie umiejscowione fakty, na żadne źródła. Jego krytyka grodzieńskiej hierarchii ma charakter ogólnikowej, publicystycznej tyrady.

Już na wstępie podrozdziału „Pańska Polska i bezpańska Białoruś” autor postanawia ustosunkować się do faktu stwierdzonego przez badaczy polskich i białoruskich, to znaczy dużej ruchomości liczby Polaków wykazywanej przez kolejne spisy ludności oraz jednocześnie fakt znacznie wyższego poziomu polskich deklaracji narodowych w stosunku do słabo zauważalnej ekspresji tej tożsamości w przestrzeni publicznej. Odnosi się to szczególnie do rzadkiego używania przez białoruskich Polaków języka polskiego, który stał się dla nich głownie językiem sakralnym, który zawzięcie bronią w progach świątyń, lecz raczej nie używają poza nimi.

Radkouski postanawia więc dokonać wiwisekcji ich polskości wysuwając twierdzenia, że tak naprawdę część określających się jako Polacy nie używa tego określanie w kategoriach klasycznej kategorii narodowości ale jako oznaczenie przynależności (katolickiej) wyznaniowej, jako określenie grupy społecznej (potomków szlachty), jako pamięć „w znacznym stopniu zasymilowanych indywidualnych rodzin” o ich przodkach, jako określenie swojej opozycji światopoglądowej wobec reżimu sowieckiego i „potomków chłopów z centralnej Polski, którzy na początku XX wieku, a dokładniej podczas reform Stołypina, osiedlili się na Witebszczyźnie”. Powołuje się na kategoryzację prof. Elżbiety Smułkowskiej (s. 183-184). Charakterystyczne, że poza ostatnią kategorią pozostałych samo-zadeklarowanych Radkouski opisuje w swoim schemacie słowem „polak” z małej litery, niedwuznacznie relatywizując jego dystynkcję narodową. „Kategoria polskości jest częstokroć nasiąknięta semantyką niezwiązaną z narodowością” (s. 186) – twierdzi.

Autor, tak krytyczny wobec łukaszenkowskich władz, które wszak często atakuje z moralizatorskich pozycji za ich „nihilizm wobec kryterium prawdy” w zasadzie odrzuca jednocześnie zarzuty działaczy Związku Polaków, iż statystyki narodowościowe były przez te władze manipulowane (s. 188). Pod tym względem białoruscy urzędnicy okazują się nagle wiarygodni.

Radkouski wręcz oburza się na fakt, że w dyskursie działaczy ZPB pojawiają się zastrzeżenie wobec działaczy „białoruskiego odrodzenia narodowego”. Krytyka tendencji białorutenizacyjnych w Kościele katolickim przez polskich działaczy jest przezeń określana jako „ekluzywistyczne myślenie” (s.190) czy wręcz jako „strategia dyskredytowania ruchu odrodzeniowego” (s.191). Odpierając zarzuty akcji białorutenizacyjnej Radkouski w swojej książce odnosi się do badań Julii i Olega Gorbaniuków jeszcze z początku ubiegłej dekady, tymczasem tendencja ta uległa nasileniu właśnie w jej toku, niestety autor nie podjął się w tym kontekście rewizji swoich konstatacji na potrzeby wydania polskiego w 2009 r.

Choć Radkouski przyznaje, że wśród białoruskich działaczy i intelektualistów opozycyjnych silne jest przekonanie o „polskiej agresji kulturowej” i „polityki polonizacyjnej” w Kościele (s. 192-193) to stawia właściwie znak równości między tym przekonaniem a stanowiskiem działaczy polskich krytykujących białorutenizację. Autor z mocą stwierdza „nie każde opowiedzenie się za językiem polskim w kościele jest wyrazem przynależności do narodowości polskiej” (s. 197) jednocześnie przyznaje „niechęć wobec języka białoruskiego wśród katolików na Białorusi rzeczywiście istnieje, jakkolwiek nie jest tak powszechna, jak to usiłują zasugerować Gorbaniukowie lub Tadeusz Kruczkowski” (s.196). Tych pierwszych – naukowców lubelskich – oskarża o manipulację.

Powołując się na przypadek jednej zaledwie mieszkanki badanej przez Helenę Giebień z Uniwersytetu Wrocławskiego Rudkouski autorytatywnie stwierdza, że „kategorie narodowościowe są tutaj nie na miejscu. Najprawdopodobniej mamy tu do czynienia z kimś o świadomości przednarodowej, dla kogo podstawowym wyznacznikiem tożsamości jest identyfikacja światopoglądowo-wyznaniowa. A jeden z jej podstawowych atrybutów to właśnie język polski jako język religijnych obrzędów” (s.197). Autor wyciąga tak daleko idące wnioski jedynie na tej podstawie, że respondentka udzielała swoich odpowiedzi w „języku prostym” czyli jakiejś formie mieszaniny białoruskiego, polskiego i być może rosyjskiego. Taki człowiek według Radkouskiego „ma prawo do języka polskiego w kościele ale nie do tytułu bycia Polakiem” (s. 198), a skoro tak to „mówiący w >>prostym<< języku katolicy – „tutejsi”, nazywający siebie Polakami, to przeważnie ludzie o mentalności premodernistycznej. W ich świadomości nie ukształtowało się jeszcze wyobrażenie wspólnoty narodowej” ich narodowość „wyłoni się w przyszłości” (s.199). Dlatego według Rudkouskie ewentualna wprowadzona odgórnie białorutenizacja „nie może być wynarodowieniem” (s.200).Następnie sprzeciw działaczy polskich wobec białorutenizacji autor denuncjuje jako „nie sprzyjający powstawaniu społeczeństwa obywatelskiego” bo „niektórym obrońcom polskości wydaje się, iż walcząc z językiem białoruskim w kościołach, walczą o polską tożsamość. W rzeczywistości konserwują oni tożsamość >>tutejszości<< utrwalając w umysłach ludzi wadliwą implikację >>katolik-Polak<<”. Nietrudno zauważyć zadziwiające przekonanie o wszechpotędze indoktrynacyjnej mocy polskich modlitw i śpiewów kościelnych.

W końcu Rudkouski wprost kwestionuje samoświadomość części białoruskich Polaków: „Przedstawiciele elity polskiej na Białorusi nierzadko podkreślając z dumą, iż są najliczniejszą mniejszością polską wśród wszystkich krajów postsowieckich. Otóż należałoby tę tezę skorygować nieco inaczej: mniejszość polska na Białorusi jest liderem pod względem quantum symulowanej polskości. Symulacja to świadoma lub nieświadoma strategia stwarzania pozorów, sztucznego wywoływania symptomów jakiegoś zjawiska, które w rzeczywistości nie zachodzi” (s.200). Fakt korzystania przez Polaków w procesie katechezy z zapisu cyrylicznego określa mianem „pseudopolskiej subkultury religijnej” (s.201) co jest „nagminnym zjawiskiem wśród duchowieństwa katolickiego o polskiej orientacji na Białorusi”, przy czym za dostateczne znamię „pseudopolskości” tegoż duchowieństwa Radkouwskiemu wystarczył fakt nie do końca poprawnego posługiwanie się językiem polskim przez jednego z lidzkich księży. A gdyby te kryteria przyłożyć do Białorusinów, z których większość w ogóle nie posługuje się językiem białoruskim?

Obawy Polaków określa „ideologemem wynarodowienia”. Przyznaje, że „zdarzają się przypadki poniżania i dyskryminowania lub dyskryminowania wiernych optujących za polszczyzną w Kościele. Takie przypadki należy, rzecz jasna krytykować i zwalczać, trzeba jednak zaznaczyć, iż są ta raczej pojedyncze przypadki, a na pewno nie są sankcjonowane odgórnie”. Jednocześnie oskarża metropolitę arcybiskupa Kaszkiewicza o obsadzanie stanowisk parafialnych i w seminarium „równie ideowymi Polakami” i pisze wprost o „dyskryminacji języka białoruskiego, obecnej na Grodzieńszczyźnie, ma charakter instytucjonalny, jest sankcjonowana odgórnie”. Nie powołuje się na żadne źródła o jakimkolwiek charakterze, nie wskazuje żadnych konkretnych przypadków, gdy stawia bardzo ciężkie oskarżenia „klerycy o nastawieniu pro białoruskim są w seminarium grodzieńskim poddawani odpowiednim „zabiegom wychowawczym”, ewentualnie relegowani”. (s. 202)

Inna sprawa, że manipulacją jest już samo odnoszenie się wyłącznie do diecezji grodzieńskiej, gdy tymczasem białorutenizacja, w znaczniej mierze już dokonana, spotykała się ze sprzeciwem części wiernych w archidiecezji mińsko-mohylewskiej czy diecezji witebskiej, co zostało odnotowane przecież przez badaczy do których się Rudkouski odnosi (ks. R. Dzwonkowski). O tym Rudkouski nie wspomina ani słowem. Czyżby zakładał, że poza Grodzieńszczyzną nie ma prawa być żadnych Polaków i przyjmuje za coś oczywistego wyłączność białoruskiego w innych diecezjach? Autor reasumuje podrozdział wezwaniem do „częściowej białorutenizacji kościołów na Grodzieńszczyźnie”(s.202).

Autor przyznaje że także większość Białorusinów prezentuje „kreolskość” rozumianą jako „państwowy patriotyzm połączony z brakiem (lub tez atrofią) tożsamości narodowo-kulturowej”. To samo odnosi do białoruskich Polaków – „nawet narodowość tych 400 tys. >>oficjalnych<< Polaków [zadeklarowanych w spisie ludności z 1999 r.] stoi pod znakiem zapytania. W przypadku większości nominalnych Polaków na Białorusi nie można mówić o obecności świadomości narodowej, co usiłowałem tu wykazać” (s. 203). Pisze, że co prawda „dokonuje się powolny, lecz nieuchronny proces transformacji mentalności w kierunku formowania się poczucia przynależności narodowej. Nie jest jednak wcale oczywiste, iż mówiący „po prostemu” katolicy mianujący się Polakami muszą ewoluować w kierunku polskiej świadomości narodowej” (s.203) . Co prawda łaskawie przyznaje że nie muszą też oni stać się Białorusinami, jednak za kwestionowaniem ich deklaracji narodowych kryje się próba usprawiedliwienia białorutenizacji tym bardziej, że jednak „mimo intensywnej polonizacji II Rzeczpospolitej […] bardziej naturalną opcją pozostaje dla nich narodowość białoruska”. Na czym ma polegać owa „naturalność” białoruskości nie pisze. Podkreśla: „Jedno jest jednak pewne: należy wyzbyć się ideologemu „wynarodowienia” jako kategorii pustej w sensie funkcji deskrypcyjnych na rzecz wypracowania roztropnego programu „unarodowienia”(s.204).

Ojciec Rudkouski posługuje się intelektualnymi a także etycznymi kombinacjami choć ich wniosek jest taki sam jak u ordynarnych białoruskich nacjonalistów. Radkouski nie ucieka się wprost do prymitywnego narzucania samo-zadeklarowanym Polakom „obiektywnej białoruskości” jak robią to ci ostatni, choć przecież i jemu wymyka się sformułowanie o rzekomej „bardziej naturalnej” opcji. De facto jednak autor również kwestionuje ich deklaracje i również usprawiedliwia działania białorutenizacyjne wobec nich, bo przecież według niego białoruscy Polacy nie mają jeszcze żadnej świadomości, zatem kto pierwszy ten lepszy. W dodatku stara się to usprawiedliwić ze stanowiska etycznego. Pożądaną zgodę polskiego czytelnika na przyjęcie takiego stanowiska znów usiłuje argumentować rosyjskim zagrożeniemw postaci „ekspansji azjatyckich tendencji totalitarno-mistycznych” (s. 205) co jest o tyle niepoważne, że identyfikuje je z zupełnie marginalnymi siłami politycznymi takimi jak Rosyjska Jedność Narodowa, będąca już marginesem nawet wśród rosyjskich ugrupowań nacjonalistycznych czy Partia Narodowo-Bolszewicka, która nie istniała już w czasie gdy Radkouski wydawał swoją książkę, a której dawni zwolennicy wyewoluowali w większości w kierunku opozycji demokratycznej wobec Putina.

Znamienny jest też appendix dotyczący sytuacji Związku Polaków na Białorusi, który w 2005 r. stał się celem interwencji władz i faktycznej delegalizacji. Nie sposób zauważyć, że wbrew sformułowaniu o „zdrowym dystansie” wobec procesów politycznych, Radkouski sugeruje, że polska mniejszość, chcąc zachować swoją samodzielność i prawo do rozwoju swojej kultury, musi włączyć się w budowanie wspólnoty obywatelskiej w kraju, wspierać demokratyczne porywy białoruskiego społeczeństwa oraz kurs na de sowietyzację oraz europeizację Białorusi. Tymczasem wcześniej miały się weń rzekomo zdarzać „szczery lub fikcyjny nacjonalizm plus białorusofobia. Lojalność wobec reżimu plus pogarda dla kultury białoruskiej” (s. 205). Radkouski nie podaje przykładów owej „pogardy” ale wydaje się, że traktuje jako takie także głosy krytyczne wobec nacjonalizmu białoruskiego i sprzeciw wobec białorutenizacji życia kościelnego, bo w obu kontekstach wymienia tego samego działacza ZPB. Nie trudno zauważyć w tych sformułowania ledwie skrywany szantaż moralny wobec polskiej organizacji społecznej, i żądanie politycznego zaangażowania po stronie białoruskiej opozycji.

Podsumowując stanowisko ojca Rudkouskiego w kwestii mniejszości polskiej trzeba stwierdzić, że pomimo innych niż w przypadku narodowców białoruskich czy wręcz większości środowisk „odrodzeniowych” założeń, w gruncie rzeczy osiąga ten sam punkt dojścia. Choć kwestionuje nacjonalistyczne mity o „starożytnej Białorusi” (tytuł książki Mykoły Jermałowicza) i „odwiecznym” narodzie białoruskim, a tym samym podcina tezę o „spolonizowanych Białorusinach” to jednocześnie jednak kwestionuje deklaracje narodową większości Polaków na Białorusi uciekając się do najprzeróżniejszych spekulacji na temat tego co samo-zadeklarowani Polacy mają mylnie rozumieć pod pojęciem polskości i własnej tożsamości. Pojawia się u niego stary, niezwykle rozpowszechniony w publicystyce białoruskiej, także opozycyjnej, motyw „kościelnych Polaków” – rzekomo nieprawdziwych, bo używających języka polskiego tylko w sferze sakralnej.

Ostatecznie, bez przytoczenia żadnej poważnej bazy źródłowej stwierdza, iż większość z Polaków na Białorusi to tak naprawdę ludzie pozbawieni jeszcze świadomości narodowej. Oczywiście stwierdzenie to potrzebne jest Rudkouskiemu dla usprawiedliwienia działań białorutenizacyjnych, na przykład na płaszczyźnie kościelnej. Nawet nie zauważa przy tym niekonsekwencji swoich poglądów. Przecież sam stwierdza, że podobnie niekompletną w elementy składowe tożsamość narodową posiada większość samo-zadeklarowanych Białorusinów, ich tożsamość sam określa jako „kreolską”. W ich przypadku jednak nie uprawomocnia moralnie ich ewentualnej rusyfikacji tym że przecież nie są oni jeszcze Białorusinami lecz są na etapie tożsamości „przednarodowej”. W tym kontekście nie dopuszcza ewentualności różnorakiej ewolucji indywidualnych tożsamości swoich rodaków jak to robi w przypadku Polaków. Dość wyraźną przyczyną jest tutaj stanowisko światopoglądowe związane z afirmacją obecnego zachodniego liberalno-demokratycznego modelu społeczno-politycznego. Faktycznie Rudkouski dokonuje syntezy nacjonalizmu z liberalizmem, odrodzenie narodowe ma być mechanizmem emancypacji wobec uniwersum postsowieckiego i narzędziem westernizacji białoruskiego społeczeństwa. Wszak nacjonalizm to „jeden z najbardziej typowych (a może i najbardziej skutecznych) programów emancypacyjnych” (s.90).

Docieramy tu do ważnego momentu, który potwierdza nam nierzadko obserwowany dualizm postaw białoruskich opozycjonistów w którym mieści się poparcie dla programu demokratyzacji z jednoczesnym niechętnym uwzględnieniem w nim jakichkolwiek odrębnych praw mniejszości narodowych, czy wręcz kompletnym ich ignorowaniem. U Rudkouskiego przybiera on postać pozornie wspaniałomyślnego dopuszczenia teoretycznej wolnej konkurencji w walce o świadomość, o „unarodowienie kościelnych Polaków”. Oczywiście w praktyce przy takim podejściu oznacza to, że mniejszość, właśnie z racji bycia mniejszością, będzie stać na straconej pozycji, a praktyki białorutenizacyjne, na które Rudkouski przyzwala, które wręcz propaguje, muszą wziąć górę nad działaniami obronnymi mniejszości, także w hipotetycznych demokratycznych uwarunkowaniach „nowej Białorusi” w których wszak będzie decydować większość, także narodowa. Takie postawy jak ta wyrażona przez autora „Powstawania Białorusi” antycypują niejako wariant litewski w sytuacji ewentualnych przekształceń społeczno-politycznych na Białorusi, w którym większość narodowa wykorzysta mechanizmy demokratycznego państwa wyłącznie we własnym ekskluzywnym interesie, bez oglądanie się na odrębna prawa i interesy polskiej mniejszości narodowej.Stanowisko miarodajnego opozycyjnego intelektualisty jakim jest ojciec Rudkouski niestety przekonuje o istnieniu takich tendencji. Warto więc aby instytucje państwa polskiego zajmujące się wspieraniem białoruskich organizacji i środowisk niezależnych dokonały głębszej refleksji nad własną polityką.

W tym kontekście warto zaznaczyć, że polskie wydanie „Powstawania Białorusi” ukazało się w ramach serii wydawniczej Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego a jednocześnie tak zwanej „Biblioteki Białoruskiej” ukazującej się pod patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP. Środki finansowe na wydanie książki pochodziły z dotacji Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP oraz dotacji Gminy Wrocław.

Piotr Rudkouski, „Powstawanie Białorusi”, Wrocław 2009, ss. 240.

Karol Kaźmierczak

Reklama



2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. o :

    Co laczy Litwe, Bialorus i Ukraine? Jesli popatrzec na obecna Litwe (uprzednio sowiecka republike), jako na kraj wywodzacy sie z przedwojennej Litwy, ktora powstala z inicjatywy niemieckiej, a Bialorus i Ukraine, jako kraje wywodzace sie z odpowiednich postsowieckich republik, to mamy 3 „nowe kraje”, w ktorych spoleczenstwa nie sa jeszcze w pelni uksztaltowane i swiadome demokratycznie, panstwowo, a czesto i narodowo. Caly czas znaczna czesc ludnosci tych krajow woli poslugiwac sie jezykiem rosyjskim niz „swoim wlasnym”, oczywiscie pomijajac obecnosc licznej mniejszosci rosyjskiej, dla ktorej jest to jezyk naturalny.
    W tych trzech krajach zyje wielu Polakow i tutaj nastepuje kolejne podobienstwo: sa oni dyskryminowani czy to na poziomie panstwowym, czy samorzadowym, albo i na obu. Utrudnia sie polskie inicjatywy, rozwoj jezyka, kultury, sportu, odbiera sie, badz nie przyznaje naleznych nieruchomosci, budynkow, itp. Odbywalo sie to przez dzialania wrogiej nam (i innym narodowowsciom) Swobody na Ukrainie, czesto wbrew wladzom centralnym w Kijowie (co ciekawe, bo to one mialy byc te niedemokratyczne), na Bialorusi zarowno rzezim Lukaszenki, jak i czesc opozycji bialoruskiej stara sie umniejszyc znaczenie istnienia Polakow na Bialorusi, badz kwestionowac znaczenie tego faktu, czy jak tu jest opisane, wrecz twierdzic, ze ci ludzie, byc moze zwiazani korzeniami jeszcze ze szlachecka I RP (majaca tysiacletnia tradycje, w przeciwienstwie do ilu dziesiecioleci bialoruskiej tradycji panstwowej?); oraz na koniec do calkowicie „demokratycznej” (chociaz? czy aby na pewno?) Litwy (jak pisalem, juz nie tej zwiaqzanej i nawiazujacej do traydcji I RP i silnych zwiazkow z Polska), gdzie utrudnia sie nauczanie jezyka, odbiera ziemie Polakow, lamie ustalenia miedzynarodowe (co daje chociazby to czlonkostwo w UE?), nawet tak trywialne sprawy, jak podwojne tablice z nazwami ulic, obecne w Polsce, a nieobecne, ba! kryminalizowane na Litwie. Nie bede wymienial wsyzstkich aspektow wrogosci elit rzadzacych, badz aspirujacych do rzadow na poziomie wladzy krajowej, czy samorzadowej w tych krajach. Istota sprawy jest takie dzialanie i istnienie takich dazen. Faktem jest rowniez brak dzialania panstwa Polskiego i to jest w tym najsmutniejsze, bo o ile ludzie innych narodowosci, badz po prostu obywatele innych panstw, moga i zapewne powinni dzialac w interesie wlasnym i wlasnych panstw, to dlaczego my tak nie robimy? I to jest wlasciwie jedyny punkt, w ktorym mozemy domagac sie zmiany i gdzie mozemy wywierac nacisk. Panstwo polskie powinno popierac ludnosc narodowosci polskiej, chronic nasza kulture, jezyk, itd., oraz powinno reagowac sprzeciwem wzgledem dzialan zwroconych przeciw Polakom. Niedopuszczalne jest, ze ten glos sprzeciwu jest tak slaby, albo ze przez jakas nieuwage, zaniedbadniem, badz celowe dzialanie wspierane sa organizacje i ludzie, ktorzy nam, Polakom, szkodza.
    Powinny byc wyciagniete konsekwencje, zapewne dopiero po zmianie wladzy, na bardziej propolska, patriotyczna, a mniej proeuropejska, skupiajaca sie na wlasnej prywacie, trwaniu u wladzy, przywilejach i profitach finansowych z tym zwiazanych.
    W zasadzie moglbym kontynuowac ten wywod, ale nie ma to chyba wiekszego sensu. Mam nadzieje, ze ci ktorzy to czytaja wiedza co mam na mysli i sami mogli by dodac o wiele wiecej od siebie i poprawic merytorycznie, umocowac na podstawe faktow, to co opisalem.