Papier toaletowy a sowietyzm

motto 1

Zapytałem się o miejsce ustępowe, które wskazał mi wspomniany kapral [sowiecki]. W ogóle interesowało mnie dużo urządzeń, bo przecież po raz pierwszy w życiu leciałem samolotem i w dodatku w tak niezwykłych okolicznościach. Poszedłem także na ustęp więcej z ciekawości niż z potrzeby. Gdy trochę dłużej tam przebywałem – w tej samotności próbowałem się skupić, zastanawiając się nad powstałą sytuacją – kapral zajrzał do mnie, oczywiście przepraszając. Czyżby nie wiedział, że ustęp jest zajęty? [Stanisław Michałowski, wspomnienia z porwania przez sowietów do Moskwy na „Proces 16”]

motto 2

PYTANIE: „Drogie Radio Erewań, my, Naukowcy Radzieccy, skonstruowaliśmy najlepszy na świecie model samolotu naddźwiękowego; niestety, przy każdej próbie startu odpadają mu skrzydła; drogie Radio, co robić?!”

ODPOWIEDŹ: „Drodzy Naukowcy Radzieccy, odpowiedź jest prosta; skrzydła samolotu powinny być perforowane, ponieważ, jak dowodzą długoletnie doświadczenia z radzieckim papierem toaletowym, nie przeddziera się on w miejscach perforowanych.”

Miejsce ustronne a kultura

W kulturach dawnych, tradycyjnych, miejsca ustronne (niezależnie od ich kształtu, punktów występowania itd.) stanowiły do pewnego stopnia temat tabu. Poruszenie takiego tematu tabu – czyli, wprost: przywoływanie kału tudzież uryny i miejsc ich składowania – miało albo charakter obraźliwy, służąc ośmieszeniu konkretnych osób, czynów, instytucji, wspólnot – albo (czy też: i) przynależało do sfery niewybrednych żartów, dowcipasów poniżej pasa.

Smrodliwość dziejowa

Tym niemniej przypomnijmy, że Europa owych czasów po prostu tonęła w kloace. W miastach kanalizacji przeważnie nie było, tylko otwarte rynsztoki. W pałacach wielkich nie lepiej rzecz się miała. W Wersalu panowie siusiali na schody pałacowe; plac przed Zamkiem Królewskim w Warszawie, przepełniony gnojem, nakazywał wielkim tego świata w ogóle nie chodzić po nim. Domy przepełniał smród – zwłaszcza w zimie, jako że, jak wiadomo, ciepły smród nie zabija, a zimny chłód owszem. Nie wietrzono więc pomieszczeń, lecz je gwoli zdrowia dosmradzano. I dlatego też elity aż tak ceniły trudno dostepną woń perfum i trudno osiągalny zapach świeżej czystości.

Smrodliwość a Zachód & Demoludy

Na szczęście ludzkość zamieszkująca kraje Zachodu już jakiś czas temu uporała się z tym smrodem powszechnym. Teraz nawet w paryskim metrze, w którym niegdyś czuć było echo spoconego tłumu, wprowadzono lekko perfumowaną klimatyzację; i tak powszechny smród wygnany został z ludzkich zbiorowisk powszechnego dobrobytu.

Niestety, nieco inaczej działo się w krajach byłych tzw. demoludów, a jeszcze gorzej na ziemiach wcielonych bezposrednio do sowietów. Pamiętam z lat 80. zeszłego wieku taki felieton radiowy Jacka Fedorowicza (w kultowych „Sześćdziesięciu minutach na godzinę”), zarysowujący w lekkich słowach ciężki temat ówczesnego stanu naszych toalet publicznych. Pominę opis tychże (pominięty także przez Jacka Fedorowicza – jak było, każdy wiedział). Autor zestawiał je z naszą narodową dumą – z tym, że zwykliśmy pokazywać Wawel i Zamek Królewski w Warszawie, i Wilanów, i chwalić się europejskością kultury naszej – którą zachwyciwszy cudzoziemca, padaliśmy w momencie, gdy onże zachwycony cudzoziemiec zapragnął udać się w miejsce ustronne i czar pryskał.

Byłem natenczas skłonny widzieć tę sprawę jako wynik polskiej nieudaczności tudzież ogólnej, słowiańskiej smrodliwości tradycyjnej. Bo owszem – miały miejsce w komunie niedobory wszelakich środków czyszczących, wiadomo jednak, że w niektórych krajach, nawet wobec takich niedoborów, udawało się czystość zachować. A nie sztuka dbać o czystość, gdy technika umożliwia sprzątanie automatyczne.

Teorie spiskowe

Istniały wszakże teorie, które skłonność Słowian do brudu pomijały, eksponując zakulisowe znaczenie toaletowego zasyfienia. Tak powstała hipoteza głosząca, że nie było ono żadną miarą dziełem przypadku czy zwyczajnej niewydolności gospodarki socjalistycznej, lecz miało celowo upodlić i stłamsić – ergo zniechęcić do wyższych idei – poddanych Wielkiego Brata. Zwłaszcza pamiętny a notoryczny brak papieru toaletowego wydawał się bez spiskowego podtekstu niewytłumaczalny. Przecie produkcja takiego prostego środka czystości w ilości odpowiedniej nie powinna nastręczać kłopotów – a nastręczała, i była wysoce niewystarczająca. W efekcie nawet ludzie utytułowani, do elit należący, często-gęsto godność swoją poniewierali, stojąc w kolejkach „za papierem”, a potem przepasując się dumnie zdobycznymi wstęgami z rolek nawleczonych na luksusowy sznurek od snopowiązałki (dumnie – bo rzadko komu zdobycz taka przypadała w udziale).

Kresy i Sowiety

Ów stan przeciętnej toalety polskiej i tak był jeszcze, jak rzekłem, całkiem znośny w porównaniu z sowieckim Wschodem. Teoria spiskowa znalazłaby tam znacznie wieksze obszary do zinterpretowania. Jak bowiem wytłumaczyć, że na Białorusi nadano rurom kanalizacyjnym tak waski przekrój, iż nie były one w stanie przełknąć papieru toaletowego, co wymuszało (i przeważnie do dziś wymusza) magazynowanie smrodliwych papierzysk w domu? I jakże inaczej niż potrzebą wiecznej inwigilacji wytłumaczyć popularność tolaet typu „narty Małysza” (dziura w ziemi i dwa miejsca na stopy), tworzonych w krajach dawnych sowietów niegdyś i dziś, w postaci skupisk koedukacyjnych bez przegród indywidualnych?

Nowogródzki pomnik toalet sowieckich

Najbardziej zjawiskowe, sowieckie urządzenie toaletowe miałem okazję oglądać w Nowogródku. Wrażenie moje było tak silne i wstrząsające, że całkiem możliwe, iż wyobraźnia moja troszkę je rozbudowała, ale raczej niewiele. Otóż przy głównym placu na nowogródzkim Starym Mieście stoi coś w rodzaju sowieckiego domu kultury. Rzecz murowana, marmurowo-piaskowcowo-granitowa. Przez środek tegoż kilkupiętrowego gmachu ciagnie się wielki hall, wykładany tymiż marmuro-granito-piaskowcami. Jak tylko wejdziesz, zaraz czujesz – To Tu. Zionie – przytłacza – glebi. Prosto z hallu wielki, na stałe otwarty portal marmurowy prowadzi Tam. Za tymże portalem ujrzysz obszerne pomieszczenie, którego granitową, stale śliską posadzkę pokrywa trwałe, bagniste jeziorko; pośrodku jeziorka wznosi się zaś coś w rodzaju kamiennej, schodkowej pramidki. Na jej niezbyt rozległym szczycie widnieje dziura, nad którą należy kucnąć w wiadomym celu i ze skupieniem celować, wystawiając się (od dołu!) na skupione spojrzenia oczekujących swojej kolejki.

To właśnie urządzenie – wyglądające niczym pomnik wystawiony wszystkim toaletom sowieckim naraz – zdaje mi się symboliczną kwintesencją sowieckiego systemu toaletowego. Bo właśnie w podejściu do toalet pokazano w sowietach na sposób widomy i jasny, że to, co z natury swojej winno być ustronne – w sowietach być musiało publicznym do bólu; człowiek pozbawiony został intymności w stopniu maksymalnym. Dlaczego? Ba! Jak by powiedział w latach 80. przywołany tu już raz Mistrz Jacek Fedorowicz: dlatgo, że kto panuje nad intymnością, „ten ma w(ł)aaaadzę”. Tu przywołam też wspomnienie mego Dziadka (zacytowane na wstępie jako motto). Bo w Sowietach każda czynność z natury ustronna, stawała się z natury podejrzana, wymagając kontroli strażnika, albo takiego upublicznienia, które zdolne by było zniwelować jej spiskogenną ustronność.

Wyzwolenie

Nareszcie jednak po roku 89. nastąpiło w Polsce zdecydowane wyzwolenie z jarzma smrodliwości i niedowładu toaletowego, a intymność większości toalet publicznych stała się faktem. Jednakowoż, mimo upadku sowietów Kresy nasze (tudzież Białoruś, tudziez Ukraina, tudzież Rosja) wciąż toną w toaletowym bagnie à la komuna lat dawnych. Dlaczego?

I znów odpowiedzi może być kilka. Jedna prosta: na Wschodzie lud brudniejszy, w smrodzie lubujący się, ot, co. Albo: oni są jeszcze poza przemianami ekonomicznymi. Albo: Kresy ponurzone są w zwyczajach dawnych, zachowując niczym mucha w bursztynie przeszłość Europy, czasy, kiedy perfumy służyły zagłuszaniu smrodu panującego powszechnie, za wyjątkiem enklaw kultury wysokiej.

Ale może należałoby się zwrócić ku teoriom spiskowym?

Post scriptum, czyli dodatek, czyli deklaracja końcowa

Jak niemal każdy z tematów „tabu”, tak i temat toaletowy stał się dziś jednym z elementów rewolucyjnego „łamania” i „przekraczania” wszelkiego rodzaju barier dobrego smaku – na przykład w tak zwanej „sztuce” lat nam współczesnych i w szeroko pojętej Kulturze Zachodu. Idąca przeważnie po tej linii „Gazeta W.” pouczyłaby nas prędko, że przełamywanie takich tabu jest właśnie tym, czego człowiekowi współczesnemu potrzeba najbardziej. Otóż mimo podjęcia przeze mnie smrodliwego tematu, odcinam się od rozumowania à la „Gazeta W.”, odcinam zdecydowanie!

Generalnie bowiem koń, jaki jest, każdy widzi: coś, co jest śmierdzące, nie pachnie. Pewno, że każdy smród ma byt względny – bo rozpoznawalny jest jako smród dla zmysłów człowieczych, a już nie dla zwierzęcych, którym bywa miły; nadto, coś, co jest smrodem dla człowieka określonej kultury, dla człowieka kultury innej smrodem może już nie być. Tak, tak, tak. Jednak zachowanie zdrowego podejścia do życia dyktuje zarówno zrozumienie dla faktu śmierdzenia (że nic to strasznego, iż coś & ktoś śmierdzą, bo mają do tego ludzkie lub obywatelskie prawo lub nie mają innego wyjścia) – jak i pozwala dostrzec fakt, że mimo wszystko każdy smród poucza, i to na sposób najprostszy (organoleptyczny znaczy się), że dobrze jest nie śmierdzieć i nie zmuszać innych do „ze smrodliwością obcowania”.

W latach dawnych – przedwojennie endeckich – co poniektórzy publicyści pouczyliby nas pewnie, że mariaż nowoczesnej europejskiej sztuki tudzież kultury wysokiej z brudem i kałem, owo przekraczanie barier i łamanie tabu, stanowią celowy zamach na całą Tradycję i Kulturę Zachodu, zamach zaplanowany przez agentów bolszewickiej „żydokomuny”, którzy fizycznie kalają ziemię sobie poddaną, zaś niedostępne dla ich zafajdanej pięty kraje Zachodu psują poprzez podstępne, ideologoczne szerzenie zgubnych poglądów na sztukę, kulturę i życie.

Myśl to tylko do pewnego stopnia szalona i nielogioczna, i tylko do pewnego stopnia niesłuszna i nieprawdziwa. Poza tym pewnym stopniem ma swoją słuszność i logikę.

Ale na tym bym już sklończył.

Jacek Kowalski

forma płatności