Narodu życie upiora

Marta Kwaśnicka: Nie musimy zgadzać się na zaproponowane przez Spiró zakończenie. Ostatecznie to książka o Polakach i to do nas należy ostatnie słowo. Polskiego ducha w XXI wieku być może także da się napisać na nowo.

György Spiró poznał losy polskiej Wielkiej Emigracji lepiej niż niejeden badacz. To pierwszy powód do wstydu dla polskich autorów, że książkę tak ważną i tak wiele mówiącą nam o nas samych musiał napisać Węgier. Z drugiej strony obcość autora zagwarantowała, że spojrzenie na polistopadowych „pielgrzymów” nie jest obciążone żadnym z naszych narodowych mitów, a osoby najważniejsze w historii polskiego ducha możemy zobaczyć w całym ich – często dość zabawnym – człowieczeństwie.

Książka Spiró to wielowątkowa, postmodernistyczna opowieść, a zarazem 800-stronowe studium towianizmu, bazujące na wnikliwej lekturze XIX-wiecznych dokumentów. Akcja toczy się niespiesznie, pełno w niej historycznych postaci, szczegółów i dygresji. Na herosów epoki polistopadowej patrzymy oczami Gerszona Rama, młodego litewskiego Żyda i najwierniejszego wyznawcy Towiańskiego. „Każda z tych postaci kiedyś żyła, nie ma tu bohaterów fikcyjnych […]. Nieraz więcej o nich wiedziałem niż oni o sobie. Zastanawiałem się również, czy wolno mi owe głębie przed czytelnikiem odsłonić, bo przecież moi bohaterowie byli martwi, nie mogli zaprotestować. To wielki dylemat, koniec końców górę wziął we mnie, rzecz jasna, plotkarz, nie zaś stróż moralności” – zwierzał się autor w wywiadzie przeprowadzonym przez Erikę Csontos[1].

Nie chodzi tu jednak o proste natrząsanie się z polskich świętości czy obrazoburstwo, jakiego pełno dzisiaj w światowej literaturze (chociaż książka Spiró nie jest wolna także i od takich ciągotek). Rzecz zatem nie w zabawnie opisanym przez Spiró romansie Mickiewicza z Ksawerą Deybel, rozwijającym się pod czujnym, wszystko widzącym okiem Celiny, czy w przypadłościach trawiennych Towiańskiego, ale w swoistej wiwisekcji, jakiej Spiró poddał duszę XIX-wiecznego polskiego emigranta. Pamiętajmy, że, aby wyciągnąć mądre wnioski z historii, trzeba znać ją taką, jaką naprawdę była. Zresztą sam Spiró nie byłby w stanie przebrnąć przez tyle dokumentów i listów z epoki, gdyby los polskich emigrantów go w pewien sposób nie poruszył (być może wpłynęła na to jego własna przynależność do innej diaspory). Węgierski pisarz starał się raczej odtworzyć intelektualny i duchowy klimat, który sprawił, że giganci tacy jak Mickiewicz i Słowacki dali się opętać niezbyt wyrafinowanej doktrynie pewnego szlachcica z Litwy. Opętać do tego stopnia, że stawali się bardziej radykalni niż sam „Mistrz”, dodajmy – kolejna po Napoleonie inkarnacja Chrystusa, bo właśnie za taką miał się Towiański.

Wpływ towianizmu, który zwykle rozumie się jako mesjanistyczny etap w twórczości Mickiewicza pokrywający się mniej więcej z czasem, gdy Poeta wykładał w Collège de France, to niemały powód do zgryzot dla admiratorów autora „Pana Tadeusza”. Ale uzmysłowić sobie fakt tego dziwnego podporządkowania (Spiró nie pozostawia złudzeń: wielki twórca stał się niewolnikiem prostaka), to zrobić pierwszy krok do zastanowienia się nad duchową słabością każdego „pielgrzymstwa”. Jeżeli zaś uzmysłowimy sobie, że dzisiejsza kultura polska wciąż jest dzieckiem Wielkiej Emigracji, wiele elementów współczesnej choroby, jaka toczy polskiego ducha, stanie się dla nas jasne.

XIX wiek był pełen fałszywych proroków i samozwańczych zbawicieli, w porównaniu z którymi Towiański był stosunkowo mało groźny. Nie stworzył żadnej międzynarodówki i, oczywiście, nie udało mu się nawrócić ani papieża, ani Żydów. Zagadkowa podatność na gnostyckie opary, którymi Andrzej Towiański otoczył członków Koła Sprawy Bożej, to po prostu symptom choroby, która toczy każdą grupę uchodźców. „Jako emigranci nigdy nie przestajemy z nacją, która stanowi większość, to nie jest możliwe[2]” – pisze Spiró. To prawda; z tej izolacji wynika zresztą koniecznie ostateczna słabość i bezpłodność każdej emigracji, nawet tej Wielkiej. Zamknięci we własnym, bezwolnym gronie „pielgrzymi” wiodą poza krajem życie upiora, marząc o nadprzyrodzonych mocach – bo prawdziwej siły, przekładającej się na struktury istniejącego państwa, posiadać nie mogą. „Bez mistycznego smaru znów nie idzie” – zauważa Spiró, cytując węgierskiego mistyka Bély Hamvasa. W kraju, do którego przybyli, emigranci zawsze będą obywatelami drugiej kategorii; powoli tracą kontakt w rzeczywistością, która składa się i zawsze będzie się składać z form, instytucji, praw i dokumentów. Z owego niezakorzenienia, wyrwania z realnie istniejących struktur, wynika właśnie to, co jeden z krytyków nazwał przewrotnie „mesjanistycznym ukąszeniem” Mickiewicza, Słowackiego czy Goszczyńskiego. Różne „ukąszenia” zdarzają się zresztą naszej inteligencji przerażająco często i wypływają z podobnego źródła – tzw. „polski inteligent” to nadal ciągły emigrant, który nie potrafi zastanej duchowej tożsamości przekuć w realnie istniejący państwowy byt. Stąd biorą się wszyscy nowożytni mesjasze – zdaje się głosić Spiró. Stąd, dodam od siebie, pochodzi powszechna w Polsce wiara w polityczne cuda i krótka polityczna pamięć. Nie zapominajmy: silni duchem są ci, którzy mają poczucie przynależności do danej wspólnoty politycznej; którzy mają świadomość, że duch ich narodu ma swój „desygnat” w realnym świecie, to jest – granice, instytucje i realizujące się w praktyce tradycje.

Co ciekawe, Spiró dokonuje swojego opisu z pozycji pogańskich. Każda emigracja to oderwana od rzeczywistości cząstka ciała, które obumarło. Jej nieprzerwane dążenie do odrodzenia jest przedłużeniem ludzkiej nadziei na nieśmiertelność – sugeruje Węgier. „Jak silne i potężne jest pragnienie życia, […] namacalne pragnienie, boski imperatyw odrodzenia się, najsilniejszy z możliwych, silniejszy niż wszystkie kojące bajeczki wszystkich religii: bardziej pogański[3]” – komentuje węgierski pisarz. Ale jeżeli za tymi „bajeczkami” nic nie stoi, koniec musi być trywialny. Dlatego też u Spiró Gerszon Ram staje się w końcu skutecznym brytyjskim kapitalistą, korzystającym z irlandzkiej siły roboczej. Mickiewicz umiera w Stambule na nieznaną chorobę, próbując wyciągnąć wnioski z doktryny, w którą niegdyś uwierzył. Powstaniec Goszczyński zaś w duchu godzi się z caratem: „W czym posłużyło mi przejście przez Towiańszczyznę? Zmniejszyła się moja pogarda dla tych, którym dobrze z Moskalami, bo w towiańszczyźnie zobaczyłem takich, którzy miłują jarzmo cięższe od carskiego” – cytuje go Spiró.

My jednak nie musimy zgadzać się na takie zakończenie. Ostatecznie to książka o Polakach i to do nas należy ostatnie słowo. Spiró pisał swoją książkę dwukrotnie. Pierwsza wersja ukazała się w 1990 roku („Pielgrzym”), ale wkrótce potem pisarz postanowił napisać ją na nowo. Niemal tak samo, jak Słowacki poprawiał Mickiewicza, a Mickiewicz Słowackiego. I niechaj ten właśnie imperatyw ciągłego poprawiania posłuży nam jako morał: polskiego ducha w XXI wieku być może także da się napisać na nowo.

Marta Kwaśnicka

György Spiró, Mesjasze, przeł. Elżbieta Cygielska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009


[1] Por. „Literatura na świecie” 1-2/2006.

[2] G. Spiró, Mesjasze, przeł. E. Cygielska, Warszawa 2009, s. 779.

[3] Tamże, ss. 549-551.

BLOG Marty Kwaśnickiej: kwasnicka.kresy.pl

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz