Irena Sandecka

Pani Irena Sandecka bez wątpienia może uchodzić za symbol polskiego trwania na dawnych Kresach Rzeczpospolitej.

Jest niemal żywą relikwią polskości. Ma bowiem 97 lat, ale pamięci mogą jej pozazdrościć ludzie o połowę młodsi. Dlatego też dla niektórych jest nie tylko relikwią, ale i wyrzutem sumieniem (zaznaczyć trzeba, że często niewygodnym). Jej życiorysem i przygodami można by obdzielić kilka, jeżeli nie kilkanaście osób. Podkreślić też trzeba, że wiele osób zawdzięcza jej życie. Urodziła w się w rodzinie inteligenckiej w Humaniu, a wychowała w Krzemieńcu, gdzie jej matka była nauczycielką w słynnym Liceum. Po uzyskaniu w 1936 r. na Uniwersytecie Jagiellońskim dyplomu magistra filozofii z zakresu pedagogiki podjęła pracę w Równem, Krzemieńcu i Sosnowcu. Jeszcze w okresie szkolnym działała w Krzemieńcu w wodnej drużynie harcerskiej. Tuż przed wojną wyjechała do Belgii, by pracować wśród tamtejszej Polonii. Na wieść o napadzie hitlerowców na Polskę przez Francję, Włochy, Węgry i Rumunię wróciła do Lwowa, by bronić kraju. Po agresji ZSRR na Polskę wróciła do Krzemieńca, gdzie przeżyła gehennę pierwszej sowieckiej okupacji Kresów. Po wkroczeniu Niemców w 1941 r. zaangażowała się w ruch oporu. Współdziałała z Armią Krajową. Zajmowała się niesieniem pomocy mieszkańcom wyrzynanych przez UPA polskich wsi, leżących w okolicy Krzemieńca. Jedna ze wsi ocalała tylko dlatego, że zorganizowała dla jej wycofujących się mieszkańców eskortę złożoną z niemieckich żołnierzy. Wywiozła też z zagrożonego rzeziami Krzemieńca do Krakowa kilkadziesiąt polskich dzieci uratowanych cudem z pogromów, których rodzice zostali zamordowani przez banderowców.

Po drugiej wojnie światowej, gdy resztki Polaków opuszczały Wołyń w ramach przymusowej repatriacji pani Irena wraz z matką pozostała w Krzemieńcu. Uczyniła to z patriotycznego obowiązku. Miała nadzieję, że granice nie są jeszcze ostateczne. Nie bała się ani zemsty ukraińskich nacjonalistów, ani wywózki na Sybir. Wiedziała, że jako osoba związana z polskim podziemiem, mająca wyższe wykształcenie i znająca kilka języków obcych od razu stanie się obiektem zainteresowania NKWD. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Krzemieńca, została oczywiście aresztowana, ale wkrótce ją zwolniono. Gdy przesłuchujący ją oficer badający lojalność mieszkańców Krzemieńca wobec władzy sowieckiej, w czasie okupacji zapytała ją, co zrobiła w tym czasie dla władzy radzieckiej od razu oświadczyła, że uratowała od zagłady jedną wieś… Po kilku dniach ją zwolniono i zostawiono w spokoju. Kariery oczywiście nie zrobiła. Pracowała jako laborantka w służbie zdrowia aż do emerytury w 1969 r. Od grudnia 1944 r. prowadziła chór parafialny i przez trzydzieści lat była organistką w jedynym nie zamkniętym na Wołyniu kościele. Po śmierci matki, która zajmowała się tajnym nauczaniem dzieci, od 1955 r. aż do rozpadu ZSRR kontynuowała jej dzieło narażając się na stałą inwigilację i represje. Jej dom służył też jako mieszkanie dla posługujących w Krzemieńcu księży Jakuba Macyszyna i Bronisława Mireckiego, dla których była główną pomocnicą. Uczyła dzieci i młodzież języka polskiego, historii i kultury. Przygotowywała je do I Komunii św. Z myślą o uczniach uczęszczających do niej na tajne komplety opracowała „Elementarz Krzemieniecki”, unikatowy podręcznik, ręcznie napisany i ręcznie ilustrowany, łączący wiadomości ogólne z lokalnymi realiami. Jej oddanie, społecznikowska pasja i skromność sprawiły, że stała się ona ogromnym autorytetem nie tylko dla swych uczniów, ale dla całej polskiej społeczności. Jej wkład w przetrwanie środowiska polskiego w Krzemieńcu jest nie do podważenia. Ponad dwustu uczniów pobierało u niej edukację. Osiemdziesięciu z nich mieszka nadal w Krzemieńcu.

Prowadząc nauczanie dzieci pani Irena dbała, by w kościele zawsze rozbrzmiewała polska mowa, wchodząc często w konflikt z niektórymi proboszczami, którzy posługiwali w krzemienieckiej parafii po śmierci ks. Jakuba Macyszyna. Po rozpadzie ZSRR była jedną z założycielek Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza Słowackiego.

Obecnie pani Irena rzadko już wychodzi z domu i korzysta z pomocy opiekunki. Chętnie przyjmuje u siebie gości z kraju i dzieli się z nimi swymi wspomnieniami, a także obawami dotyczącymi dalszego trwania polskości w mieście nad Ikwą polskości.

Prywatnie pani Irena jest osobą bardzo gościnną, imponującą skromnością i humorem. Swój dom, w którym niegdyś mieszkał twórca i dyrektor Ogrodu Botanicznego w Krzemieńcu profesor Wilibald Besser zapisała „Wspólnocie Polskiej”. Chce bowiem, by po jej śmierci dalej służył polskości.

Marek A. Koprowski

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz