Radosław Sikorski nadzoruje pracę ponad tysiąca urzędników. A kto naprawdę rządzi w resorcie?

Polski MSZ wygląda dość klasycznie na tle swoich europejskich odpowiedników. Jest jednak parę rzeczy, które go wyróżniają. Wielka liczba wiceministrów. Jest ich w sumie ośmiu (7+vacat). Dla porównania w brytyjskiej Foreign and Commonwealth Office pracuje sześciu wiceministrów, a w niemieckim czy włoskim MSZ – czterech. Co ciekawe, odpowiedź na pytanie: „Wymień z imienia i nazwiska choć jednego polskiego wiceministra spraw zagranicznych oraz obszar, za który jest odpowiedzialny?”, nie należy do najłatwiejszych. Nieprzypadkowo.

„Zasada Tuska” dotycząca doboru takich osób na ministrów, aby nikt spośród nich nie mógł go przez przypadek przerosnąć, obowiązuje bowiem w MSZ również w skali mikro, na poziomie wiceministrów. Unikalna – także w dziejach III RP – liczba wiceministrów idzie w parze ze sztywnym przyporządkowaniem poszczególnych departamentów ministrowi i jego zastępcom. To w praktyce oznacza, że zarządzanie jakimikolwiek projektami, tylko nieco odstającymi od codziennej urzędniczej rutyny czy wychodzącymi poza bezpośrednio nadzorowany przez danego (wice)ministra „pion”,
z założenia jest czynnością skomplikowaną i czasochłonną.

Wielopiętrowy system

Dobrym tego przykładem jest chociażby historia budowy obecnego portalu internetowego MSZ, przewidzianego przez specjalnie powołany w tym celu komitet sterujący pierwotnie do uruchomienia na lato 2010 roku; następnie na okoliczność inauguracji, a później zakończenia polskiej prezydencji w UE; a ostatecznie uruchomionego wiosną 2012 r. Dlaczego? Sama organizacja spotkania zaangażowanych w projekt przedstawicieli w sumie 8 departamentów i biur, podporządkowanych 4 wiceministrom, okazywała się bowiem wyczynem samym w sobie, o realizacji podjętych przy tej okazji decyzji nawet nie wspominając. W końcu MSZ pracuje w oparciu o minimum czteropiętrowy system podejmowania decyzji (naczelnik-wicedyrektor dyrektor-wiceminister). W efekcie w Sekretariacie Ministra, w komórce odpowiedzialnej za dopilnowywanie spraw bezpośrednio dotyczących ministra Sikorskiego i jego kalendarza, pracuje ponad 70 osób, aby tylko jako tako panować nad terminową realizacją spotkań i koniecznych do wykonania zadań. Jak nietrudno zgadnąć, powyższa sytuacja znajduje swoje odbicie w panującym w MSZ systemie zarządzania i podejmowania decyzji, co znalazło swoje przełożenie na prawdziwy rozkwit nieformalnych struktur.

Na proste, wydawałoby się, pytanie, kto dzisiaj realnie rządzi w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, niestety nie da się odpowiedzieć w jednym, a nawet w kilku zdaniach.

Frakcje i wpływy

Najbardziej wpływową grupę decyzyjną tworzą „mgimowcy”, czyli absolwenci rosyjskiej akademii dyplomatycznej MGIMO, którzy w większości wybrali studia w Moskwie w czasie trwania karnawału „Solidarności”, stanu wojennego lub w pierwszych latach po jego formalnym zniesieniu. Wbrew obiegowym opiniom lata osiemdziesiąte w Polsce nie były bowiem tylko okresem, kiedy wielu młodych działaczy PZPR, jak na przykład Aleksander Kwaśniewski czy Włodzimierz Cimoszewicz, masowo wyjeżdżali na krótsze czy dłuższe stypendia do USA. Był to bowiem także czas, kiedy wzmożony ruch odbywał się w drugą stronę, kiedy Moskiewski Państwowy Instytut Stosunków Międzynarodowych Ministerstwa Spraw Zagranicznych ZSRS otworzył się na ambitną młodzież znad Wisły, jak niemal nigdy dotąd w swojej historii. W okresie rządów Anny Fotygi w MSZ, absolwenci MGIMO byli programowo odsunięci od pełnienia kierowniczych funkcji w resorcie. Dlatego z westchniem ulgi i deklaracją pełnej lojalności na ustach powitali oni pojawienie się w ministerstwie Radosława Sikoskiego – było nie było głównego bohatera słynnego wywiadu rzeki „Strefa zdekomunizowana”.

Szkoła rosyjska

Czas pokazał, że była to z ich strony trafna decyzja. W dzisiejszym MSZ szefem lub wiceszefem każdego kluczowego departamentu jest bowiem absolwent MGIMO. Jeżeli od tej reguły zdarzają się wyjątki, to raczej w „drugą stronę”. Chociażby jak w przypadku tak newralgicznej skądindąd komórki jaką jest Departament Konsularny, gdzie MGIMO ukończył zarówno dyrektor Marek Ciesielczuk, jak i obaj jego zastępcy: Jarosław Łasiński oraz Grzegorz Michalski. Absolwentem moskiewskiego MGIMO jest także dyrektor generalny MSZ Mirosław Gajewski, szef służby zagranicznej, czyli osoba podejmująca wszystkie ważniejsze decyzje personalne w sprawie każdego polskiego dyplomaty w kraju i na świecie. W przypadku tych najwyższych rangą: ambasadorów i konsulów generalnych, potrzebna jest zawsze także zgoda samego ministra, ale już w przypadku pozostałych dyrektor generalny ma w praktyce całkowicie wolną rękę. Tym bardziej, że od ładnych już kilku lat stanowisko dyrektora kadr w MSZ nie jest obsadzane. Nie ma nawet p.o. dyrektora. Wszelkie decyzje personalne do podpisu dyrektora generalnego przygotowuje któryś z wicedyrektorów, rotacyjnie wyznaczanych do pełnienia funkcji „kierownika Biura Spraw Osobowych”. Dlaczego to ważne? Otóż dyrektor, jako osoba pochodząca z konkursu, nie może być odwołany ze swojego stanowiska bez podania konkretnego powodu i stosownej procedury. Natomiast kariera wicedyrektora w MSZ, zwłaszcza w przypadku pojawienia się różnicy zdań z dyrektorem generalnym trwa dokładnie tak długo, jak długo trwa podpisanie przez tego ostatniego jednostronicowego dokumentu rozpoczynającego się od słów: „z dniem…. przenoszę (odwołuję) Pana/Panią ze stanowiska…”. Drugą ważną grupę wpływu w MSZ tworzą „pułkownicy”, złośliwie zwani też pałkownikami. Używana na ich określenie nazwa wzięła się stąd, że są to zwykle dzieci osób, które jeszcze przed 1989 r. Dosłużyły się najwyższych stopni w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych czy Ministerstwie Obrony Narodowej, ewentualnie w peerelowskim aparacie wymiaru sprawiedliwości. Najważniejszymi przedstawicielami tej grupy są: wicedyrektor Biura Dyrektora Generalnego Stanisław Stebelski (syn generała LWP); były dyrektor generalny ministerstwa, szykowany obecnie na ambasadora w Wilnie Jarosław Czubiński (bratanek Lucjana Czubińskiego, prokuratora generalnego PRL); także inni byli dyrektorzy generalni resortu, pracujący obecnie na placówkach, jak: konsul generalny w Charkowie Jan Granat (syn płk Edwarda Granata); ambasador w Algierze Maciej Radlicki (syn warszawskiego prokuratora); czy typowany na przyszłego wiceministra – za odchodzącego do Europejskiego Funduszu na rzecz Demokracji Jerzego Pomianowskiego – ambasador w Pekinie Tadeusz Chomicki, syn pułkownika peerelowskiego wywiadu. Inną wpływową grupę decydentów w MSZ tworzą „monowcy”, tj. współpracownicy Radosława Sikorskiego jeszcze z czasów, kiedy był on ministrem obrony narodowej i którzy zdecydowali się przyjść z nim do MSZ w 2007 r. Choć mowa jest tutaj o zaledwie kilkunastu osobach, z uwagi na wieloletnią zażyłość z szefem ministerstwa ich wewnętrzne wpływy w MSZ są nieporównywalnie większe, niż mogłoby się to na pozór wydawać. Nieformalnym przywódcą monowców jest Piotr Paszkowski, szef Gabinetu Politycznego, na którego biurku lądują do decyzji czy zaopiniowania wszelkie sprawy z klauzulą „trudne”, zanim jeszcze ktowiek inny zacznie się nimi w ogóle zajmować. Z MON pochodzi także odpowiedzialny za kwestie łączności pełnomocnik Marek Michalewski, naczelnik Zbigniew Petrów, przez którego ręce przechodzi cała korespondencja ministra Sikorskiego oraz Maciej Wnuk – formalnie wicedyrektor Sekretariatu Ministra ds. modernizacji i działań antykorupcyjnych, faktycznie jednak typowa szara eminencja resortu, prawdziwy miłośnik zakulisowych gier.

TW nie rządzą

Natomiast, wbrew medialnemu obrazowi, wcale nie tak wiele do powiedzenia mają w MSZ „jawni TW”, czyli ci pracownicy resortu, którzy przyznali się w swoich oświadczeniach lustracyjnych do współpracy ze służbymi PRL, których obecnie pracuje w resorcie 110. Na pierwszy rzut oka liczba tych spośród nich, którzy pełnią wyższe funkcje kierownicze wygląda całkiem dobrze: ambasadorowie Marek Jeziorski (Tirana), Lech Mastalerz (Reykjavik), Janusz Niesyto (Helsinki), Bogusław Ochodek (Ramallach); zastępcy ambasadora Józef Domagalski (Oslo), Dariusz Łaska (Londyn), Romuald Szoka (Wiedeń); konsulowie generalni: Jarosław Drozd (Lwów), Andrzej Kaczorowski (Wiedeń), Janusz Wach (Mumbaj), Tomasz Wasilewski (Sankt Petersburg). W samym MSZ nie są jednak oni dopuszczani do funkcji kierowniczych, musząc zadowolić się co najwyżej etatami naczelników czy kierowników referatów. Twardogłowi spośród „mgimowców” i „pułkowników” uważają ich bowiem za osoby, które w momencie próby nie sprawdziły się, przegrywając wojnę nerwów w okresie słynnego oczekiwania na werdykt Trybunału Konstytucyjnego
w maju 2007 roku, kiedy jedni składali swoje oświadczenia, inni – zgodnie z wezwaniem Bronisława Geremka – ignorowali ten obowiązek, czekając na dalszy bieg wypadków. Dlatego właśnie ambasador Maciej Kozłowski, który zaprzeczył swoim kontaktom z SB, mógł niezakłócenie pracować w MSZ jako wicedyrektor Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu aż do końca ubiegłego roku. Ludzie związani z ruchem „Solidarność” nie przedstawiają dzisiaj samodzielnej siły w MSZ. Do kierowniczych stanowisk dopuszczani są tylko wtedy, kiedy przyłączyli się do kogoś mocniejszego, na przykład do „mgimowców” – jak to uczynił były dyrektor generalny, a obecnie ambasador RP w Danii Rafał Wiśniewski. Ewentualnie, mają silne oparcie w kimś ulokowanym poza samym ministerstwem, jak Barbara Tuge-Erecińska, jeszcze z gdańskich czasów dobra znajoma premiera Donalda Tuska i Jana Bieleckiego. Współreżyser – nota bene pełniąc funkcję ambasadora RP – sukcesu ówczesnego szefa opozycji Donalda Tuska, kiedy ten w 2007 roku na spotkaniu z młodą polską emigracją w Londynie składał słynne obietnice dotyczące pracy i ułatwień powrotów do ojczyzny, z której TVN24 zrobiła następnie jeden z medialnych filarów kampanii PO. Spośród osób, które pojawiły się w MSZ po 1989 r., tworzących samodzielne wobec „mgimowców”, „pułkowników” czy „monowców” środowisko, którego przedstawiciele są dopuszczani do pełnienia funkcji kierowniczych, są pracownicy byłego Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej (UKIE), wcielonego do MSZ w 2010 r. w ramach przygotowań do prezydencji Polski w Radzie UE. Dysponują oni specjalistyczną, a jednocześnie mocno hermetyczną wiedzą na temat mechanizmów działania UE i podporządkowanych jej agend, co w oczach kierownictwa MSZ czyni ich niezbędnymi. Są też młodsi, bardziej więc dynamiczni oraz kompetentni językowo. W zasadzie jedyną ich słabością jest brak doświadczenia, płynącego z pracy na placówkach zagranicznych; bardzo istotnego w MSZ, którego w końcu połowa dyplomatów pracuje poza granicami Polski, okresowo wymieniając z tymi przebywającymi w kraju. Co ciekawe, o ile początkowo byli pracownicy UKIE grupowali się masowo w pionach podporządkowanych sekretarzom stanu ds.unijnych (Piotr Serafi n), od pewnego czasu dostrzegalna jest ich „ekspansja” na inne terytoria.
W ten sposób, po Jakubie Wiśniewskim,szefie Departamentu Strategii Polityki Zagranicznej, który
był pierwszą jaskółką tego procesu, przybyli w ubiegłym roku dalsi, jak: Monika Janus Klewiado – zastępca dyrektora Biura Rzecznika Prasowego czy Joanna Skoczek, szefująca Departamentowi
Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej. Jeśli tendencja obejmowania kierowniczych stanowisk w MSZ przez byłych pracowników UKIE nie ulegnie załamaniu, będzie to spodziewany lub nie, ale w każdym razie jeden z niewielu konkretów, które przyniosła prezydencja Polski w Radzie UE.

Igor radka

Ta wyliczanka środowisk „trzymających władzę” w MSZ byłaby niepełna bez wymienienia nazwiska rzecznika prasowego Marcina Bosackiego, pełniącego przy Radosławie Sikorskim podobną rolę, co Igor Ostachowicz przy premierze Tusku. Ale to już jest temat na odrębny artykuł.

Artykuł został opublikowany w zerowym numerze „Kuriera WNET”.

[link=http://gazetawnet.pl]

Najnowszy numer „Kuriera Wnet” możesz kupić od 18 grudnia w kioskach, a także w sklepie Radia WNET:

[link=http://www.sklep.radiownet.pl]

Reklama



1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz