Wyrywanie przeszłości z korzeniami prowadzi do wygłupienia pokoleń, które nie mają już wtedy żadnego punktu zaczepienia w przeszłości. Nie są ani stąd, ani stamtąd – tylko z betonu i znikąd.
Polskie piramidy
Architektura – to władza, pycha i świadectwo. Żaden z tworów ludzkiej cywilizacji nie jest przecie bardziej widoczny, żaden nie przemawia do wyobraźni mocniej niż domy, świątynie, pałace i gmachy urzędów. Nic też dobitniej nie świadczy o potędze władzy – albo o jej snach o potędze – niż egipskie piramidy, sowieckie pałace kultury i World Trade Center. I nic dobitniej nie odbija przemian władzy, jak przemiany w architekturze.
Nasze piramidy stoją na Kresach. Barokowe świątynie, secesyjne kamienice, resztki zamków i twierdz. Polska to jednak nie Egipt: i historię ma krótszą, i budowała skromniej, mimo wszystko. Łatwo było w sowieckim Mińsku przytłoczyć niewielkie polskie kościoły: stalinowskie centrum, ciagnące się kilometrami, to pseudo-Rzym, pseudo-Moskwa, epatująca socrealistycznymi „piramidami”. Góruje nad całością. Dawnej Rzeczypospolitej nie daje miejsca.
Grodno semper sarmackie
Są wszakże miasta, gdzie sowiety nie potrafiły zdominować panoramy przeszłości, gdzie ich władza w tym akurat punkcie okazała się słaba. Panorama Grodna mówi całą sobą o tym, że tu mieszkają Polacy, potomkowie Sarmatów. Zaledwie jeden marny sowiecki, tortowaty teatr na kilka gigantycznych barokowych brył – to nie mogło zmienić charakteru całości.
Potęga grodzieńskiej katedry, jednej z najwiekszych polskich barokowych świątyń w ogóle – przytłacza: przytłacza jej rzeźbiony misternie ołtarz, który przywędrował tu wraz ze swymi twórcami z niedalekich Prus – i jest świadkiem promieniowania Rzeczypospoltej. Raduje oczy rzeźbiony święty Stanisław Kostka, który na barokowym reliefie unosi się nad zamętem chocimskiej bitwy i błaga Boga o zwycięstwo naszych.
No i wybłagał – po odejściu sowietów, co za kompromitacja dla łukaszenkowej władzy: kościoły triumfalnie panujace w panoramie miasta stały się na dodatek siedzibami katolickiego (czytaj: polskiego) biskupa, takiegoż seminarium duchownego i takichże zakonów męskiego i żeńskiego.
Architektura i frustracja
To wszystko kłuje w oczy, kłuje dotąd. Nie mam zatem wątpliwości: decyzja łukaszenkowych władz o wyburzeniu starego centrum bierze się po części z frustracji. Frustracji wynikającej z triumfalizmu polskiej, sarmackiej architektury, górującej nad miastem i opanowanej – tak, tak – przez Polaków. Ale trudno już dziś burzyć barokowe zabytki. Więc trzeba burzyć to, czego zabytkowy charakter nie jest tak ewidentny, jak katedry; to, co jeszcze szybko da się zburzyć, to, co wciąż jeszcze nadaje – poza kościołami – charakter temu dawnemu siedlisku polskiej inteligencji. Zburzyć kamienice – postawic coś, co wreszcie skutecznie będzie z przeszłością konkurowało.
Architektura i głupota
Taka decyzja jest mimo wszystko także świadectwem gigantycznej głupoty. Jak świadczą przykłady, zazwyczaj nic dobrego z burzymurkowych decyzji nie wynikało. Pod tym względem i my, Polacy, nie jesteśmy tego elementu głupoty pozbawieni i możemy służyć doświadczeniem, bo nasze peerelowskie władze postępowały często podobnie. Stare miasto w „piastowskiej”, ale też widomie niemieckiej przecie Nysie burzono, żeby z jego gotyckich cegieł odbudowywać warszawską Starówkę. To jeden z przypadków licznych. Na szczęście w Polsce mieli jeszcze czasem coś do powiedzenia prawdziwi miłośnicy sztuki i nade wszystko – Kościół Katolicki, który przejmował niemieckie kościoły i uznawał je za swoje, i dbał o nie. I przeważnie dbał wzorowo, mimo wszelkich omyłek i decyzji błędnych czy nawet skandalicznych, jakie się zdarzały – niemniej Kościół był i jest Prawdziwym Gospodarzem swoich dóbr. Inaczej działo się za sowietów na naszych Kresach, a już zupełnie strasznie w Obwodzie Kaliningradzkim, gdzie gotyckie zamki rozwalano dynamitem i buldożerami, i to bynajmniej nie w epoce powojennej, tylko znacznie później. Wstyd i głupota.
Rachunek zysków i strat
Wstyd zwłaszcza dlatego, że z perspektywy dziesięcioleci widać gołym okiem, iż to burzenie prowadziło donikąd, za to dbałość o architekturę „cudzą” – właśnie opłacała się. Świadectwa „niemieckości”, za jakie mogą uchodzić śmiało stare miasta pruskie na Śląsku, zaczęły wreszcie dobrze funkcjonować, ich zabudowa – jeśli ją zachowano – pozyskała swoją nową, polską historię. W tej historycznej zabudowie, nawet „cudzej”, mieszka się znacznie lepiej niż w anonimowych blokach. Dawne niemieckie kościoły, omodlone przez polskich wiernych, sa już od dawna „swoje”. Bo ludzka kultura rośnie na przeszłości, nawet obcej, jeśli dba się o nią, a nadto bada i popularyzuje – jak to jednak nastąpiło w Polsce w stosunku do dziedzictwa Krzyżaków i Prusaków. I choć zrobiliśmy moim zdaniem nie tyle, co było trzeba, ba, zdecydowanie za mało – to jednak teraz sami Niemcy nie mogą się obyć bez znajomości języka polskiego, jeśli chcą przeczytać rzeczy nowe i ważne o swojej własnej, dawnej kulturze.
Natomiast wyrywanie przeszłości z korzeniami prowadzi do wygłupienia pokoleń, które nie mają już wtedy żadnego punktu zaczepienia w przeszłości. Nie są ani stąd, ani stamtąd – tylko z betonu i znikąd.
Ale w sowietach właśnie o to chodziło. A w Grodnie?
Jacek Kowalski
