Do Europy jeszcze daleko

Władze regionu zakarpackiego znajdują się między młotem a kowadłem. Kijowscy politycy traktują Obwód Zakarpacki z wielką podejrzliwością i we wszystkich postulatach mniejszości narodowych upatrują intrygę Rosji lub krajów sąsiednich, zwłaszcza Węgier i Rumunii. Ukraińscy nacjonaliści z kolei straszą, że Zakarpacie stanie się drugą Osetią Południową lub Czeczenią.

Analizując wypowiedzi i dokumenty miejscowych władz można wnosić, że są one zwolennikami rozwiązania wszystkich problemów związanych z wieloetnicznością regionu zakarpackiego. W tym także „problemu rusińskiego”. Wielokrotnie deklarowały, że są zwolennikami realnego zastosowania 11 części ustawy Ukrainy „O narodowych mniejszościach na Ukrainie” stwierdzającej, że „każdy obywatel ma prawo dowolnie wybierać i deklarować swoją narodowość”. Wynika to m.in. z faktu, że zarówno w radzie obwodowej, jak i w radach rejonowych i wiejskich odsetek przedstawicieli mniejszości narodowych jest bardzo duży.

Władze obwodu zakarpackiego – najbardziej europejskiego, sąsiadującego i współpracującego z czterema krajami należącymi do Unii Europejskiej – zdają sobie sprawę, że Ukraina aspirując do niej będzie musiała dokonać reformy samorządu terytorialnego. Gdy zaś to się stanie, mniejszości zamieszkujące terytoria w zwartych obszarach swoje sprawy wezmą we własne ręce. Jest to stanowisko realistyczne, czego dowodzi wprowadzenie na terenie obwodu ustawy „O podstawach państwowej polityki językowej”, o którą w Najwyższej Radzie w Kijowie toczyły się ciężkie boje. Gdy tylko ustawa nabrała mocy urzędowej, dwie rady na terytoriach których Węgrzy stanowią znaczący odsetek mieszkańców w Winogradowie i Berehowie uznały język węgierski za regionalny co oznacza, że będzie on miał status drugiego oficjalnego. W ich ślady poszła Rada Wiejska rumuńskiej wsi Biała Cerkiew, w której prawie 100 proc. mieszkańców stanowią Rumuni. Nie czekając aż zrobią to inne lokalne rady miejskie, wiejskie i rejonowe, głos w sprawie zabrała także Rada Obwodowa, która podjęła decyzję o wprowadzeniu na Zakarpaciu jako oficjalnych języków regionalnych: węgierskiego, rumuńskiego oraz… rusińskiego.

Debata towarzysząca podjęciu tej decyzji byłą bardzo ostra i omal nie skończyła się mordobiciem. Ze zdecydowanym protestem przeciwko uznaniu węgierskiego, rumuńskiego i rusińskiego za języki regionalne wystąpili przedstawiciele skrajnie nacjonalistycznej, faszyzującej „Swobody”. Twierdzili, że języki regionalne przyczynią się do: „podziału i zniszczenia Ukrainy”. Odpowiedział na to deputowany Demokratycznej Partii Węgrów na Ukrainie, którego zdaniem liberalne rozwiązanie w kwestii językowej będzie jednym z warunków „spełnienia przez Ukrainę europejskich standardów i dołączenia przez nią do europejskiej wspólnoty”. Na przekór nacjonalistom Rada Obwodowa zarekomendowała wszystkim władzom jednostek administracyjnych na terenie całego regionu podjęcie działań w celu wdrożenia założeń ustawy „O podstawach państwowej polityki językowej”. Oznacza to, że wkrótce Zakarpacie przynajmniej zewnętrznie będzie przypominać wieloetniczny region. W wielu miejscowościach pojawią się bowiem tablice informacyjne nie tylko w języku ukraińskim. Decyzja Rady Obwodowej wzmocni też niewątpliwie ruch Rusiński.

Boje o język rusiński

Przypuszczać można, że będą teraz zbierać podpisy pod petycjami, domagającymi się wprowadzenia języka rusińskiego jako regionalnego na danym terenie. By zyskał on taki status wystarczy, by zażądało tego 10 proc. mieszkańców.

Działacze mniejszości wierzą, że reforma samorządowa, którą Ukraina aspirując do Unii Europejskiej będzie musiała przeprowadzić, pozwoli im załatwić inne problemy. Kijów od czasów „pomarańczowej rewolucji” ociąga się co prawda z jej przeprowadzeniem, utrzymując scentralizowany system zarządzania państwem. Wcześniej czy później będzie musiała ją przeprowadzić. Bruksela się tego twardo domaga i Kijów odwlekać na dłuższą metę jej nie zdoła.

Między młotem a kowadłem

Na razie jednak władze regionu zakarpackiego znajdują się między młotem a kowadłem. Kijowscy politycy traktują Obwód Zakarpacki z wielką podejrzliwością i we wszystkich postulatach mniejszości narodowych upatrują intrygę Rosji lub krajów sąsiednich, zwłaszcza Węgier i Rumunii, co wynika głównie z przyczyn historycznych. Ukraińscy nacjonaliści straszą, że Zakarpacie stanie się drugą Osetią Południową, Czeczenią itp. Autorzy niektórych sugestii nadają się wprost do szpitala dla wariatów. Sugerują, że Rosja chce zamienić Podkarpacką Ruś w samodzielny kraj, przy pomocy którego chce przejąć kontrolę nad końcówkami gazociągów i ropociągów, biegnących przez jej terytorium, by móc szantażować Europę. Koncepcja ta nie ma nic wspólnego z polityką paliwową Rosji, ani też z jej realnymi możliwościami, ale działa na wyobraźnię rusofobicznej części ukraińskiego społeczeństwa. Dzięki swojej hałaśliwej działalności „Swoboda” lansująca takie paranoiczne koncepcje zyskała nawet sporo zwolenników wśród ludności Zakarpacia – głównie wśród napływowych Ukraińców z Lwowszczyzny. O ile w 2007 r. w obwodzie głosowało na nią 0,54 proc. uprawnionych, to w 2012 r. 8,35 proc. wyborców.

Faszyści tępią Węgrów

Nie jest to poparcie masowe, takie jak np. „Swoboda” ma w obwodzie lwowskim, ale pojawienie się tego ugrupowania o skrajnie nacjonalistycznym faszyzującym obliczu, w najbardziej „europejskim” regionie Ukrainy jest złym sygnałem. „Swoboda” domaga się bezwzględnej ukrainizacji obwodu i stara się zwalczać zwłaszcza przejawy aktywności mniejszości węgierskiej. Jej bojówkarze starają się nią najzwyczajniej zastraszyć. Nie tylko są zdecydowanie przeciwni uznania języka węgierskiego za regionalny, ale starają się mniejszość węgierską obrazić i sprowokować. Prowadzą wojnę m.in. z pomnikiem postawionym przez Węgrów na Przełęczy Wereckiej, postawionego w 1100 rocznicę przejścia plemion węgierskich pod wodzą Arpada przez Karpaty i wyjścia ich na Równinę Panońską, która stałą się ich ojczyzną. Dla Węgrów pomnik ten jest symbolem dojścia ich przodków do ziemi obiecanej. Przewodniczący Towarzystwa Kultury Węgierskiej na Zakarpaciu Mikotaj Kowacz podkreśla, że Przełęcz Warecka to idiom węgierskiej świadomości, który nie wyraża niczego obraźliwego wobec Ukrainy. Dla „swobodowców” monument na przełęczy jest pomnikiem węgierskiego szowinizmu. W 2011 r. trzech aktywistów „Swobody” obłożyło pomnik oponami samochodowymi i podpaliło. Działacze ci zostali zatrzymani i dostali wyroki w zawieszeniu. Dziś „nieznani sprawcy” regularnie usiłują zdewastować pomnik. Oblewają go farbą, umieszczają na nim obraźliwe napisy. Obecnie „Swoboda” podjęła akcję na rzecz legalnego usunięcia monumentu. Domagają się, by decyzję o usunięciu pomnika podjęła Rada Najwyższa.

Nieznani sprawcy

Oprócz pomnika „nieznani sprawcy” podpalają też siedziby węgierskich cywilizacji. Ostatni taki przypadek miał miejsce w Berechowie. Węgrzy twierdzą, że jeżeli ekscesy „Swobody” będą się nasilać, to do zbudowania społeczeństwa obywatelskiego na Podkarpaciu jest daleka droga…

Swojej działalności „Swoboda” nie adresuje wyłącznie do opinii krajowej. Chce ona również przekonać opinię międzynarodową, by ta z dużą ostrożnością podchodziła do postulatów mniejszości narodowych na Zakarpaciu, bo stanowią one „piątą kolumnę”. Oprócz Węgrów atakują oni również Rusinów. Ci rewanżują się stwierdzeniem, że traktują oni ich analogicznie, jak rosyjscy nacjonaliści Ukraińców. Ci, jak wiadomo twierdzą, że Ukraińcy są częścią wielkoruskiego narodu i nazywają ich „Małorusami”, a Ukrainę „Małą Rosją”. Ukraińscy nacjonaliści twierdzą analogicznie, że Rusini są Ukraińcami, a Podkarpacka Ruś jest integralną częścią Ukrainy i już. Nacjonaliści ukraińscy starają się zagłuszyć wszelkie pretensje Rusinów i innych mniejszości na Zakarpaciu kampanią propagandową twierdzącą, ze dalsze tolerowanie mniejszości na Zakarpaciu doprowadzi do oderwania go od Ukrainy i może zainicjować początek procesu destrukcji całego państwa. Ich ofensywa znajduje niestety często zrozumienie w niektórych mediach, które trąbią na alarm, że Europie grozi w Karpatach wojna domowa itp. Dają temu wiarę niektóre media w Polsce, które wszelkie inicjatywy Rusinów w ślad za portalami nacjonalistów powtarzają te bzdury, robiąc mało zorientowanym czytelnikom w Polsce wodę z mózgu.

Marnowane szanse

Napięcie na Zakarpaciu z pewnością opadłoby, gdyby w regionie nastąpiła poprawa sytuacji ekonomicznej. Władze regionu liczą, że dzięki działaniom Kijowa na rzecz przystąpienia Ukrainy do UE staną się jednym z pierwszych beneficjantów tego procesu. W oficjalnych dokumentach można przeczytać, że liczą zwłaszcza na napływ zagranicznych inwestycji. Zwłaszcza zaś na gałąź turystyczno-rekreacyjną, która dla obwodu ma priorytetowe znaczenie. Jego potencjał w tym względzie jest ogromny, jeden z największych na Ukrainie, a wykorzystany w bardzo nikłym procencie. Są zaś tu warunki do rozwoju wszelkich rodzajów turystyki: pieszej, konnej, kajakarskiej, wodnej itp. Istnieją też znakomite warunki do uprawiania narciarstwa we wszystkich jego odmianach. Obwód ma też znakomite możliwości do tworzenia bazy sanatoryjno-leczniczej itp. By jednak zachodni inwestorzy chcieli zainteresować się obwodem, to jego władze muszą ograniczyć szereg negatywnych zjawisk, na które oni się uskarżają. Głównym z nich jest korupcja.

Korupcja wciąż obecna

– Tak jak na całej Ukrainie jest ona niestety zmorą także Obwodu Zakarpackiego – ubolewa Walery Fedorczuk szef Transcarpathian Regional NGO „Advocacy Centr” Human Rights Protection, mającego siedzibę w Użgorodzie, ale obejmującą swym zasięgiem cała republikę.

– Tutejsza władza wszystkich szczebli jest zainteresowana przejściem do obwodu tylko inwestorów, którzy zgadzają sie dzielić z nimi zyskami. Rozmawiałem z wieloma przedsiębiorcami, w tym z Polski, którzy chcieli inwestować w rozwój turystyki, do czego przecież w obwodzie są wymarzone warunki. Wszyscy wyjeżdżali wściekli i rozżaleni. Przedstawiciele władz, z którymi rozmawiali pytali się ich głównie, co oni będą z tego mieli. Jeżeli przedsiębiorcy nie rozumieli pytania i nie wiedzieli, że tu wszystko załatwia się przez danie w łapę, tracili od razu zainteresowanie ich propozycjami. To się kiedyś zmieni – za pięć, czy dziesięć lat. Ale kiedy dokładnie – nie wiemy. Szkoda tylko, że obwód w tym czasie straci wiele szans swojego rozwoju. Także partnerzy ukraińscy, którzy współpracują z partnerami zagranicznymi często są nieuczciwi i ich oszukują. Prowadziliśmy niedawno sprawę Polaka, który chciał wycofać się z działalności gospodarczej na Ukrainie i którego chcieli oszukać ukraińscy wspólnicy. Powiedzieli mu mniej więcej – nie oddamy ci twoich udziałów i co nam zrobisz? – On nie znał ukraińskiego prawa i nie wiedział, co robić. Już się miał wycofać, ale dzięki naszej interwencji udało mu się odzyskać pieniądze.

„Swoboda” ciągnie na manowce

Choć obwód zakarpacki jest bez wątpienia najbardziej europejskim regionem Ukrainy, jakie będą jego dalsze losy – nie wiadomo. Będą zależeć od tego, jak ułożą się losy całego państwa. Jeżeli zwyciężą w nim ugrupowania typu nacjonalistycznej, faszyzującej „Swobody”, to jego zbliżenie z Unią Europejską odwlecze się nieskończoność. Tylko przestrzegając określonych standardów Ukraina może znaleźć miejsce w rodzinie europejskich narodów. „Swoboda” prowadzi niestety Ukrainę na manowce.

Marek A. Koprowski

Oceń ten artykuł




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz