Błogosławione ziewanie

Szerokie, szczęśliwe, uśmiechnięte ziewnięcie.

Polski oficer, kapitan Adam Lewicki patrzy sobie z góry (z mentalnej góry) na sowiecką granicę, a może spod granicy sowieckiej na Polskę, leniwie oparty o jakieś ogrodzenie z belek. W domyśle, za nim, lub przed nim rozciągają się Naliboki, czyli Puszcza, co “jako oko sięga | Czerniła się na całym brzegu widnokręga”. Jakie miłe to ziewanie. Jak cała ksiązka, w której zdjęcie się znalazło. Ale najpierw o innej książce.

Rezerwisto baczność

Natrafiłem kiedyś w domu – no, dawno to było – na “podręcznik rezerwisty”, produkt polskiej propagandy państwowej lat międzywojennych. Przedmiot przydawany delikwentowi, który po odbyciu służby wojskowej szedł do cywila. Przeglądając, czułem zażenowanie. Język tam był hurra-propagandowo-wojskowo-sztuczny. Na szczęście mogłem porównać kilka publikacji polskich i sowieckich, żeby wiedzieć, iż to wszystko pestka w zestawieniu z propagandą zza wschodniej granicy. Ale przykro mi było, na przykład, żem znalazł fatalny passus o tym, że My – silni, zwarci i gotowi, a czołgów wroga bać się nie należy (już zwłaszcza tych pływajacych), bo kula karabinowa pancerz na wylot przebija i trzeba tylko uważnie celować we wzierniki, żeby oszołomić lub zranić kierowcę tanku… Krótko mówiąc, książkę pisano w pozycji “baczność – spocznij – nie pytać!”, co mnie kojarzyło się raczej z niesławnej pamięci studium wojskowym, któregom zdążył doświadczyć.

No cóż: tej przedwojennej publikacji nie przeznaczano dla oficerów, tylko dla “byłych szeregowych szeregowców”. Ale troszkę podobny styl odnajdywałem potem w relacjach mego świętej pamięci stryja Genka – o Korpusie Ochrony Pogranicza w Stołpcach. Jak to wojsko maszerowało, jak na baczność podczas świąt stało i jak śpiewało, jakie to maszerowne było, jak Białorusinów polonizowało przykładem swoim. Wspomnień stryjka lubiłem słuchać pasjami, ale akurat niekoniecznie tych; bo jakoś mnie troszkę żenowały. Choc widać było, że stryjek żył w atmosferze fascynacji miejscowym garnizonem KOP-u, chlubą Stołpców.

Przykro rzec – to jakieś takie sztywniarskie mi się wydawało.

Teraz dopiero zmieniłem zdanie.

Tatarzy II Rzeczypospolitej

Zagony tatarskie były zmorą polskich kresów południowych i utrapieniem sarmackich hetmanów. Pojawiały się niespodziewanie, napadały, paliły, porywały, uciekały – i szukaj wiatru w polu. Powstrzymywać ich miało “rycerstwo znad kresowych stanic”, znane z piosenki harcerskiej i “Trylogii” Sienkiewicza. To “rycerstwo” odrodziło się natychmiast wraz z odrodzeniem II Rzeczypospolitej. Wpierw samorzutnie – opisała ten fascynujacy proces Zofia Kossak-Szczucka w “Pożodze”. Potem przyszło odrodzenie urzędowe. Jednak nie z urzędowości (jak książka rezerwisty, opisana powyżej), lecz z potrzeby. Bo wprawdzie nie aż taką jak owo sąsiedztwo turecko-tatarskie zmorą, ale jednak podobną (na miare XX wieku) okazała się koegzystencja odrodzonej Polski z jej sąsiadami-sowietami. Sowiet-land, niby pobity w 1920, daleki był od idei pokojowego współistnienia. Tak zwane “bandy” przekraczały granicę raz po raz, nie mówiąc o pojedynczych osobach, szmuglu, przemycie, wywiadzie. Napady z bronią w ręku (i to nie byle jaką – prócz pistoletów były to ciężkie karabiny maszynowe, jak na ówczesne lata środek “masowego rażenia”) mnożyły się. Najsłynniejszy z napadów, ów z sierpnia 1924 roku, miał za cel miasteczko rodzinne mojego Taty, Stryjków i Cioci – Stołpce. On to właśnie (napad, a nie mój Tata) stał się bezpośrednią przyczyną powołania Korpusu Ochrony Pogranicza, słynnego KOP-u, który w odróżnieniu od innych sił zbrojnych Rzeczypospolitej podlegał bezpośrednio Mnisterstwu Spraw Wewnętrznych.

Książka

Ziewający kapitan Lewicki był garnizonowym lekarzem KOP-u w Iwieńcu koło Naliboków, a jego zdjęcie pochodzi z archiwów rodzinnych jego wnuka, profesora Wojciecha Morawskiego (sam kapitan zginął w Katyniu). Do tego archiwum doszedł album fotografii pozostający w zbiorach rodzinnych drugiego z garnizonowych lekarzy, kapitana Aleksandra Piwowarczyka. Dalej, doszły serdeczne wizyty w Iwieńcu, przyjaźń z Polakami stamtąd, zapewne moralno-serdeczny, wewnętrzny przymus i chęć badań, więc i kwerendy w archiwach polskich i zagranicznych. Tak powstała książka “Zapomniany garnizon”, opublikowana przez Tomka Głowińskiego jakoś w październiku, w jego własnym wydawnictwie. Tomek, historyk tudzież (jak by to kiedyś ujęto) miłośnik Ojczyzny, a zarazem bliski przyjaciel iwienieckich Polaków, popełnił coś, co uwielbiam – opracowanie naukowe, które da się czytać z wypiekami na twarzy przez laików. Zresztą takie było jego świadomie autorskie, zamierzenie.

Antypodręcznik rezerwisty

Jest to książka ciepła i – choć krótka – daje wrażenie obcowania za pan brat z kresową stanicą. Także dzięki niezwykle licznym fotografiom rodzinnym i wojskowym (prawie że nie ma rozkładówki bez jednego lub kilku zdjęć!) i dzięki p r a w d z i e. To ważne. Na co dzień, a w każdym razie często mamy przecie do czynienia z m i t o l o g i z a c j ą kresowej i w ogóle przedwojennej przeszłości naszej. To nic złego – ale mit z prawdą tylko sąsiaduje, nie jest nią samą.

Mitologozacja Kresów zaczęła się za komuny, także jako reakcja na opluwanie wszystkiego co przedwojenne. Plucie zresztą wcale nie ustało, i dziś nie brak “odbrązowiaczy”, którzy chcą sobie po tradycji poujeżdżać dla artystycznego sportu.

Z drugiej strony nadal płodzi się teksty górnolotne, takie trochę w przedwojennym, już nie urzędowym wprawdzie, ale głównie chwalczym stylu. Stylu mego świętej pamięci Stryjka. W takich przypadkach rzeczy wstydliwe się pomija. Zarówno owe bałwochwalcze jak owe obrazoburcze publikacje cierpią zwykle na niedostatek naukowego dopracowania – mnożą się w nich nieścisłości, przeinaczenia, uproszczenia. Tak jest nawet w przypadku wielu dzieł powszechnie “uznanych”. Książka Tomka Głowińskiego jest, mam wrażenie, równie porywająca, co ścisła, precyzyjna, udokumentowana. Prócz strzałów i bohaterskich czynów uchwyciła błogosławione ziewanie kapitana Lewickiego. Więc i przyjęcia rodzinne, i wyścigi sportowe, i kajakowe wycieczki. Czasem też “demitologizuje”, ale tylko gwoli ścisłości, a nie gwoli odpatriotyzowania czytelnika. Gwoli prawdzie po prostu. I tak prostuje, dajmy na to, fałszywą legendę o rzekomej bitwie, jaką iwieniecki KOP stoczyć miał z sowietami już po 17 września 1939 roku. Nie pomija takich cymesów jak ten, że podczas gdy główna część batalionu broniła Lwowa, pozostały na miejscu oficer na wieść o wkroczeniu sowietów wsiadł w samochód, żeby odwieźć swoją kochankę w bezpieczne miejsce – i zapomniał o podwładnych pozostałych pod jego komendą (na szczęście poradzili sobie sami). Czytając o tym, nie mamy wrażenia, że upada mit. Przeciwnie. Legenda kresowej stanicy jawi się tym bardziej jako konkret pewny, bliski, namacalny, p r a w d z i w y.

Jacek Kowalski

– – – – – – – – –

POLECAM: Tomasz Głowiński, “Zapomniany garnizon. Oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza w Iwieńcu w latach 1924-1939”, wydawnictwo GAJT 1991, Wrocław 2008/2009

forma płatności