Żywe tarany

Dlaczego polska husaria odnosiła tak spektakularne sukcesy? Między innymi dlatego, że posiadała rumaki, które nacierały na wozy, płoty, piki i inne przeszkody, obalając je, bądź łamiąc. Otwierały w ten sposób drogę do nieprzyjaciela. W takie zastosowanie koni z ledwością wierzą dzisiejsi historycy, a koniarze załamują ręce, gdy o tym słyszą. A jednak mamy wystarczająco wiele dowodów na to, że rumaki rycerstwa polskiego służyły jako żywe tarany!

Piechota górą?

Na przełomie drugiej i trzeciej dekady XVI w. Niccolò Machiavelli w traktacie „Dell’arte della guerra” wyraził opinię iż ważniejszą rolę w armii odgrywa piechota, a nie kawaleria. Jednym z powodów miało być jej uzbrojenie, a konkretnie długie piki, które miały chronić żołnierzy przed jazdą. Machiavelli twierdził, że konie nie są w stanie frontalnie natrzeć na piki. Równie dobrze można by próbować zmusić je do uderzenia w kamienny mur. I choć niektóre bitwy przeczyły tej opinii, to pogląd Włocha był akceptowany w zachodniej Europie. Do dzisiaj historycy zachodnioeuropejscy powtarzają go jak mantrę, „dowodząc” przewagi piechoty nad kawalerią[1].

A tymczasem…

W bitwie pod Kłuszynem[2], stoczonej 4 lipca 1610 roku, husaria stanęła przed nieprawdopodobnie trudnym zadaniem. Naprzeciw siebie miała uszykowaną za płotem piechotę, zbrojną w muszkiety i piki. W płocie tym były zbyt wąskie wyrwy, by husarze całym frontem mogli w nią uderzyć.

Walkom husarii z tą piechotą źródła poświęcają wiele uwagi. Dzięki temu mamy szereg relacji potwierdzających fakt, iż konie husarskie uderzały piersiami w płoty i łamały je. I tak na przykład w „Diariuszu drogi Króla JMci Zygmunta III …” stwierdzono:

„natarli naszy tak mężnie, że z sobą płoty znieść musieli”

Inne źródła twierdziły:

zniózszy piersiami prawie wszytkie, których nieprzyjaciel na starcie użył fortele[czyli płoty][3], mężnie się o wojsko jego uderzył”, „naszym przez opłotki przyszło się potykać i płoty końmi łamać zarazem”,„przez kilkanaście płotów przebijając”.

Ryzyko tego manewru wiązało się z możliwością zranienia konia przez elementy płotu. W „Regestrze pobicia Towarzystwa w potrzebie pod Kluszynem …”podano taki przypadek:

„P[anu] Podolskie[m]u koń szwankował na płocie”

Ale ryzyko nacierania na płoty wiązało się z czymś jeszcze gorszym – z możliwością zabicia rumaka bądź jeźdźca przez stojących za płotem pikinierów. Anonimowa relacja o bitwie pod Kłuszynem podawała:

sieła nasi w koniach przez mężne natarcie znosząc płoty, któremi zdradą nieprzyjaciel założył w obronie, a na spisy piersiami wpadając szkody odnieśli

W innej relacji podano:

„na spisy końskimi piersiami wpadali”.

Na dodatek odbywało się to pod ogniem muszkieterów. Ostrzał prowadzono z minimalnej odległości tak, że:

„ledwo nie w bok[piechota] muszkiety naszym[husarzom] kładła”.

Z rosyjskiego źródła („Летописная книга”) wiadomo, że część pikinierów straciła w tych walkach swą broń, gdyż Polacy:

„piki żelazne[im] łamią, a w nich u Niemców cała nadzieja na ratunek”

Tak więc z w bitwie pod Kłuszynem konie husarii taranowały płoty, łamały je swoimi piersiami, wpadały na piki i również te łamały. Nie obyło się przy tym bez strat w koniach. Ale była to cena, którą husarze akceptowali. W końcu liczyło się zwycięstwo i aby je osiągnąć ryzykowali nie tylko życiem rumaków, ale i własnym.

Nie tylko Kłuszyn

Bitew, gdzie konie Polaków nacierały na przeszkody, jest całkiem sporo, choć żadna z nich nie jest tak dobrze udokumentowana, jak opisane powyżej walki pod Kłuszynem. Z bitew tych wynika, że rumaki uderzały również w znacznie solidniejsze przeszkody niż płot, czy pika. Choć trudno w to uwierzyć, piersi końskie taranowały także wozy!

Szymon Okolski, kaznodzieja wojskowy i świadek bitwy pod Kumejkami, stoczonej 16 grudnia 1637 roku, pisał:

„Następuje druga chorągiew j[ego].m[ość].p[ana]. hetmana pol.[ego Mikołaja Potockiego], którą przywodzi j.m.p. Skowieski; ta[choragiew husarska] stale uderzywszy piersiami końskiemi o kolasy […]”[4]

Okolski był także świadkiem bitwy pod Łubniami, 17 maja 1638 roku. Przy tej okazji notował:

Nie omieszkiwał też i nieprzyjaciel, ale przybiegających ku taborowi bohatyrów i piersiami swemi i końskiemi bardziej niźli jakiemi taranami rozbijających tabor, srodze i gęsto razili.”[5]

Nie inaczej było i w bitwach o kilka dekad późniejszych. Pod Ochmatowem, 2 lutego 1655 roku, gdzie wojsko polskie spotkało się z rosyjsko – kozackim:

Przybyli hetmani i oba na sztychy i postrzały narazili się, ordynując wojsko do atakowania, nacierali piersiami końskiemi na wozy z wielkiem niebezpieczeństwem, rozerwać taborów nie mogli, tylko na końcu taborów na 2000 wozów i 7 armat urwali, z resztą uszedł nieprzyjaciel do Ochmatowa”[6].

Pięć lat później doszło do kolejnej konfrontacji kawalerii polskiej z taborem rosyjsko – kozackim. Pułkownik kawalerii polskiej, Samuel Leszczyński, uczestnik bitwy pod Cudnowem 14 października 1660, notował:

tabor przerwany

Końską piersią i ręką polską, jak tarany

Rozbity”[7]

W akcji tej prym wiodła chorągiew husarska hetmana wielkiego koronnego Stanisława Rewery Potockiego, którą do walki prowadził jego syn, starosta krasnostawski i sokalski, Felicjan Potocki. Jednak nie tylko konie husarskie były zdolne do nacierania na przeszkody. W bratobójczej bitwie pod Olkienikami, 18 listopada 1700 roku[8], gdzie obie strony chroniły swoje szyki przed kawalerią przeciwnika rogatkami[9] i zaostrzonymi sztachetami, kawalerzyści (a właściwie ich konie) stronnictwa antysapieżyńskiego „na zaostrzone ślepo wpadają sztachety”[10]. W tym wypadku na pewno nie były to konie husarskie, lecz lżejszej jazdy, gdyż husaria w tej bitwie udziału nie brała. Jak widać, dobry koń i fantazja jego właściciela, nie tylko w husarii czyniły cuda…

Łyżka dziegciu

Choć konie rycerstwa polskiego wielokrotnie uderzały w przeszkody, nie każdą były w stanie pokonać. Te bowiem były różnorakie, a część z nich specjalnie zaprojektowano do powstrzymania kawalerii i z zadania tego się wywiązywały. Takimi były kozły hiszpańskie, zwane u nas również czosnkami (czośnikami), ostrostawidłami, ostrozastawami, rogatkami, czy z niemiecka spanszrejterami. Jan Chryzostom Pasek miał z nimi do czynienia w bitwie nad rzeką Basią, 8 października 1660 roku. Opisał je następująco:

Są te hulajgorody na kształt czo[s]nków, które zwyczajnie dają przy szańcach, przy beluardach, alias[inaczej, czyli] drzewa dłubane, przez nie na krzyż przetykane, a na końcach drzewo z drzewem spinane żelaznymi skoblicami. Tak to niosą piechota przed szykiem, a kiedy do eksperymentu, postawią to na ziemi, a przez to podadzą muszkiety, to nijak na te rzeczy natrzeć, nijak rozrywać nieprzyjaciela, boby się konie przebijały.”[11]

Kozłów hiszpańskich używali nie tylko Rosjanie, ale i inne wojska europejskie. To właśnie dlatego, w początkach XVIII wieku pisano:

Jakoż husaryja przedtem bywała straszna, teraz na nią mają sposób, że czośniki[kozły hiszpańskie] stawiają przed sobą piechoty, przez które trudno dosiąc kopią, jako tego przykład był pod Kijami”[12]

Wspomniana tu bitwa pod Kijami, jest bardziej znana jako bitwa pod Kliszowem 1702 roku. Walczyły w niej wojska szwedzkie przeciw połączonym armiom polsko-saskim. W jej trakcie szarżę polskiej kawalerii (w tym husarii) powstrzymały właśnie czośniki, a nie ogień broni palnej, jak się to bardzo często, a błędnie, twierdzi [13].

Taranowanie końską piersią kozłów hiszpańskich mijało się z celem. Na ich pokonanie nie było właściwie innego sposobu jak tylko przeskoczenie nad nimi. Trafiało się czasem, że poszczególni jeźdźcy byli do tego zdolni, ale były to naprawdę wyjątkowe sytuacje. Takim wyjątkiem był Szymon Kossakowski, który w epoce konfederacji barskiej (zapewne pod koniec 1770 lub na początku 1771 roku):

Miał konia tureckiego perłowego, na którym o zakład rogatki[kozły hiszpańskie] przed bramą częstochowską, nad chłopa wyższe, przeskakiwał.”[14]

Na uwagę zasługuje fakt, że Kossakowski przeskakiwał rogatki znacznie wyższe i masywniejsze od tych, które dźwigano po polu bitwy. Te ostatnie, by móc je przenosić, były lżejsze i niższe. Jednak niewiele to kawalerii pomagało. Zdarzali się śmiałkowie, którzy w czasie bitwy przeskakiwali kozły hiszpańskie, ale łatwo się z nimi rozprawiano. Cóż znaczy bowiem kilku śmiałków wobec całego oddziału? Przypadek taki opisał Mikołaj Dyakowski, a dotyczył walk toczonych między armią polską a turecką w 1685 roku:

Na odwodzie zaś szła piechota i armaty z generałem artyleryji, natenczas Kątskim, wojewodą kijowskim, który bardzo chwalebnie obstawał w odwodzie, bo tak kommunik[kawaleria] turecki nacierał na niego, że aż niektórzy z nich szpansrejter alias[albo] rogatki, co się niemi piechota obstawia, przeskakiwali z końmi, ale który przeskoczył, to się już nie wrócił.”[15]

Przeszkodą równie skuteczną co kozły hiszpańskie były kobylice, choć w przeciwieństwie do tych pierwszych, te drugie były statyczne. Nie noszono ich po polu bitwy. Kobylice, to nic innego jak belki, z odstającymi od nich zaostrzonymi żerdziami. Żerdzie te najprościej można było uzyskać przycinając i ostrząc gałęzie wyrastające z pnia drzewa. Zazwyczaj trzeba było zejść z konia, aby je porąbać siekierą. Było to oczywiście bardzo niebezpieczne, gdy po drugiej stronie czekał gotowy do walki nieprzyjaciel. Ale raz w historii wojen udało się pokonać kobylice konno, zapewne przeskakując nad nimi. Zresztą poradzono sobie wówczas nie tylko z kobylicami, ale i stojącymi za nimi pikinierami i muszkieterami. Był to czyn wybitny, którego nie powtórzyła żadna kawaleria w historii! A dokonali tego husarze Andrzeja Firleja w bitwie pod Kłuszynem 1610 roku, atakując otoczony kobylicami obóz wojsk szwedzkich.

Dr Radosław Sikora

Tematy pokrewne:

O wyginięciu rasy konia polskiego

____________________________________________________________

Przypisy:

[1] Obszernie o tym: David Eltis, The Military Revolution in Sixteenth-Century Europe. Nowy Jork 1998. s. 46 – 47.

[2] Wszystkie dane i źródła odnoszące się do tej bitwy za: Radosław Sikora, Kłuszyn 1610. Rozważania o bitwie. Warszawa 2010. O bitwie tej również: Radosław Sikora, Kłuszyn 4 VII 1610

[3] Fortelem nazywano różnego typu przeszkody, które utrudniały jeździe poruszanie się. W tym wypadku autorowi relacji chodziło właśnie o płoty.

[4] Szymon Okolski, Dyaryusz transakcyi wojennej miedzy wojskiem koronnem i zaporoskiem w r. 1637. Opr. Kazimierz Józef Turowski. Kraków 1858. s. 54.

[5] Szymon Okolski, Kontynuacya dyaryusza wojennego, czułością Jaśnie Wielmożnych Ich Mciów Panów hetmanów koronnych, ochotą cnego rycerstwa polskiego, nad zawziętymi w uporze krzywoprzysięgłych i swowolnych Kozakami, w roku 1638 odprawiona. Opr. Kazimierz Józef Turowski. Kraków 1858. s. 117.

[6] Wespazjan Kochowski, Historya panowania Jana Kazimierza. t. 1. Wyd. Edward Raczyński. Poznań 1859. s. 198.

[7] Samuel Leszczyński, Potrzeba z Szeremetem, hetmanem moskiewskim, i z Kozakami w roku Pańskim 1660 od Polaków wygrana. Opr. Piotr Borek. Kraków 2006. s. 90.

[8] O bitwie pod Olkienikami: Radosław Sikora, Jak Litwini z Litwinami wojowali, czyli olkienicka potrzeba 1700 roku.

[9] Onufry Korytyński, Olkinicka potyczka. W: Źródła do dziejów polskich. t. 1. Opr. Michał Grabowski, Aleksander Przezdziecki. Wilno 1843. s. 197.

[10] Tamże, s. 201.

[11] Jan Chryzostom Pasek, Pamiętniki. Opr. Roman Pollak. Warszawa 1987. s. 69.

[12] Stanisław Dunin Karwicki, Do Rady Warszawskiej zdanie jmp. Karwickiego cześnika sandomierskiego.W: Kazimierz Przyboś, Stanisław Dunin-Karwicki i jego „De ordinanda Republica”.W: Rzeczpospolita w dobie wielkiej wojny północnej. Red. Jadwiga Muszyńska. Kielce 2001. s. 100.

[13] O bitwie pod Kliszowem: Radosław Sikora, Niezwykłe bitwy i szarże husarii. Warszawa 2010. s. 175 – 189.

[14] Jędrzej Kitowicz, Pamiętniki, czyli Historia polska. Opr. Przemysława Matuszewska. Warszawa 2005. 321.

[15] Mikołaj Dyakowski, Dyaryusz wideńskiej okazyji. Opr. Józef A. Kosiński, Jan Długosz. Warszawa 1983. s. 89 – 90.

2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz