Za bohaterskie czyny

Gdy po przejściu Prypeci zgrupowanie „Gardy” otrzymało od Sowietów rozkaz, by zdać broń, Zygmunt Maguza złożył na kupie najróżniejsze uzbrojenie, swój erkaem i dwa granaty…

-Zachowałem sobie tylko zapalnik do granatu – wspomina. -Chciałem mieć jakąś pamiątkę. Zupełnie zresztą niepotrzebnie, bo potem go i tak wyrzuciłem na łąkę z pociągu towarowego. Gdy dotarliśmy do wioski wskazanej nam przez oficerów sowieckich na naszą kwaterę i opadło napięcie związane z forsowaniem Prypeci okazało się, że jestem ranny odłamkami w głowę, prawą rękę oraz w oba podudzia. Radziecki chirurg mnie opatrzył i zdecydował, że trzeba amputować część ręki. Był to dla mnie grom z jasnego nieba. Prosiłem usilnie lekarza, żeby tego nie robił. On zaś oświadczył – stracisz tylko rękę, ale młode życie uratujesz. – Myślał zapewne, że w ranę na ręce wdała się gangrena. W końcu machnął ręką, wyczyścił tylko ranę na mojej ręce, założył opatrunek i ręka pozostała i jakoś się zagoiła.

Rosjanie nocą pod osłoną ciemności pozbierali naszych rannych z przedpola Prypeci, a także tych, którzy ją przepłynęli i zalegli na sowieckim polu minowym. Przynieśli też ciężko rannego Wincentego Gąsiorowskiego. Sowiecki chirurg, by go uratować, amputował mu obie nogi. Ja byłem przekonany, że nie żyje. Spotkałem go dopiero po wojnie w 1947 r., kiedy to po awansie na podporucznika artylerii Wojska Polskiego, udałem się do Zamościa, by odwiedzić rodzinę. Idąc ulicą przypadkowo spotkałem Wincentego Gąsiorowskiego, jadącego na wózku inwalidzkim i poruszającego go rękami. Nie dowierzając własnym oczom pytam – Wincenty Gąsiorowski? – Gdy spojrzał na mnie, unosząc głowę do góry – z pretensją w głosie zwrócił się do mnie – Zygmuś, dlaczego mnie nie dobiłeś? Widzisz, jak teraz musze się męczyć? Powiedział mi, że zwiadowcy sowieccy zabrali go z linii frontu i odstawili do szpitala, gdzie przechodził długie leczenie. Wrócił do kraju z sanitariuszką, ożenił się i osiadł w Zamościu. Zaprosiłem go do restauracji, zjedliśmy obiad. Mimo kalectwa był bardzo dzielny. Potrafił unieść się na rękach, by usiąść na krześle. Byłem bardzo wzruszony…

Wstąpił do Wojska Polskiego

Zygmunt Maguza, tak jak inni żołnierze dywizji, którzy sforsowali Prypeć i znaleźli się na tyłach Armii Czerwonej wstąpił do formowanych jednostek Wojska Polskiego.

-W kilka dni po przeprawie przyjechali do nas generałowie Zygmunt Berling i Aleksander Zawadzki – wspomina Zygmunt Maguza. – Miały miejsce pierwsze spotkania i rozmowy. Potem przetransportowano nas do Kiwerc. Tu zaczęły się dyskusje. Jedni chcieli wstąpić do Armii Berlinga, inni nie, twierdzili że to „ruskie wojsko”, do którego nie pójdą. Ostatecznie 337 żołnierzy ze zgrupowanie „Gardy” zgłosiło akces do Wojska Polskiego i złożyła 29 czerwca 1944 r. uroczystą przysięgę , po której odbył się wspólny obiad, w którym wziął udział Zygmunt Berling, Aleksander Zawadzki i jakiś radziecki generał. Następnie zostaliśmy poprzedzielani do różnych jednostek wojskowych. Mnie i kilkunastu innych kolegów płk Bukojewski wytypował do Oficerskiej Szkoły Artylerii. Znałem bowiem język rosyjski i uczęszczałem do sowieckiej dziesięciolatki, gdzie uczono nieźle matematyki. Ze względu jednak na to, że potrzebowano podoficerów już na front, to w stopniu plutonowego otrzymałem przydział do 43 Pułku Artylerii Lekkiej 6 Brygady Artylerii lekkiej należącej do 2 Dywizji Artylerii Lekkiej.

W lutym 1945 r. moja jednostka znalazła się w rejonie walk. Ja pełniłem w niej funkcję działowego armaty przeciwpancernej ZiS-3, uchodzącej za postrach niemieckich panter i tygrysów. Uczestniczyliśmy m.in. w ciężkich bojach o przełamanie Wału Pomorskiego. Wyzwalaliśmy m.in. Złotów, Drawsko, Piłę, Mrzeżyno, Trzebiatów, Łobez. Wziąłem do niewoli nawet jednego Niemca, którego koledzy chcieli rozstrzelać, ale im nie pozwoliłem. Straszne pretensje o to miał do mnie taki Szymański z Lubelszczyzny, któremu Niemcy wymordowali całą rodzinę. Po wojnie Niemiec ten w armii w NRD został generałem, miał willę i mercedesa, będąc bogatszym ode mnie. Traf chciał, że spotkałem go w Szkole Wojsk Rakietowych w Ułan-Ude w ZSRR. Jak sobie wypił, to mnie obejmował i mówił, że jestem jego prawdziwym kolegą, bo go nie zabiłem.”

Bój pod Dreznem

– Mój kolega płk Jerzy Gałdasiński jeździł do niego, ja się bałem, żeby nie zarzucono mi, że mam jakieś podejrzane kontakty. Może niepotrzebnie, bo do Gałdasińskiego nikt jakichś pretensji nie miał. Wracając jednak do rzeczy, to chciałbym jeszcze nadmienić, że uczestniczyłem także w likwidacji niemieckiego przyczółka w rejonie Dąbia Szczecińskiego, w którym zostały okrążone oddziały SS. Po dojściu do Zalewu Szczecińskiego i krótkim wypoczynku, skierowano nas na południe, gdzie po prawie 600 km marszu zajęliśmy miejsce w ugrupowaniu bojowym I Frontu Ukraińskiego, w skład którego weszła 2 Armia WP, dowodzona przez Karola Świerczewskiego. W jej skład wchodziły m.in.: 5 dywizja, 7 dywizja, 9 dywizja I Korpus Pancerny i 2 dywizja artylerii WP Obwodu Naczelnego Dowództwa, największa dywizja czasu wojny.

Zadaniem tego zgrupowania było sforsowanie Nysy Łużyckiej i zabezpieczenie lewego skrzydła Frontu Ukraińskiego nacierającego na Berlin. Cała armia przeszła Nysę i ruszyła w kierunku Drezna, niemieckie zgrupowanie feldmarszałka Schornera idąc na odsiecz Berlinowi wyszły na jej tyły, otaczając poszczególne ugrupowania, które musiały się przebijać, żeby nie dać się zniszczyć. Tam przyszło mi toczyć ciężką walkę z niemieckimi czołgami. Jak tygrysy znienacka wyjechały na nasze stanowiska i zaczęły strzelać, to wielu młodych artylerzystów niedostatecznie ostrzelanych chciało się w ziemię zapaść na czele z dowódcą plutonu. Wydawało się, że to już jest koniec. Ja będąc zahartowany w walkach w 27 WDP nie straciłem głowy. Sporo męstwa wykazał także członek AK z Powstania Warszawskiego Myszkanowski bojowy chłopak i żołnierz z Brygady Wileńskiej Czarnomordy. Przywitaliśmy Niemców celnym ogniem, odpierając ich atak z prawego skrzydła. Ja natłukłem ich sporo z erkaemu. Później zostałem odznaczony za to Krzyżem Walecznych.

Sytuacja całej 2 Armii byłą jednak bardzo poważna. Generał Karol Świerczewski, o którym chodziły słuchy, że jest wiecznie pijany, nie panował nad sytuacją i wydawał niedorzeczne rozkazy. 6 Brygada Artylerii Lekkiej, w której walczyłem wraz z 5 Dywizją Piechoty została pod Budziszynem otoczona przez Niemców. Sytuację usiłował ratować dowódca 5 Dywizji Piechoty generała Aleksander Waszkiewicz, który zorganizował obronę okrężną, a następnie dzielnie stawiał opór wrogowi. Po bardzo ciężkich walkach zdołaliśmy wyrwać się z okrążenia, ponosząc jednak ciężkie straty. Na moich oczach w trakcie przebijania padł generał Aleksander Waszkiewicz.”

Strasznie męczyli

– Wszyscy myśleli, że został zabity, ale był tylko ciężko ranny. Niemcy wzięli go żywcem i strasznie męczyli. Jego zmasakrowane ciało znaleziono na początku maja 1945 r. w lesie w miejscowości Stiftwiess 8 km na północny wschód od miasta Weisenberg. Generał, jak wynika, przed śmiercią był torturowany i bity. Za życia wyrżnięto mu lewe oko i powiekę, a prawe wykłuto. Zabity został jakimś ciężkim narzędziem, od uderzenia którego pękła mu czaszka. W całej operacji zginęło 5 tys. żołnierzy, prawie 3 tys. zginęło lub dostało się do niewoli, a ponad 10 tys. zostało rannych. Mój udział w wojnie nie zakończył się jednak na operacji łużyckiej. Ruszyliśmy jeszcze w stronę Pragi i ostatecznie zakończyliśmy szlak bojowy nad Łabą. Byłem nad mostem, na którym stali Amerykanie i Francuzi, bratający się z Sowietami.”

Walcząc w 27 WDP i w 2 Armii WP Zygmunt Maguza udowodnił, że nie na darmo nosił pseudonim „Waleczny”. Mimo młodego wieku miał w żołnierskim dorobku Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari nadany mu rozkazem dowódcy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK w Łazach Szackich za udział w ciężkich bojach dywizji w okolicy Kowla, Lubomla i Włodzimierza Wołyńskiego, wykazaną w boju zdecydowaną postawą, wolą walki, odwagą osobistą. Także rozkazem dowódcy 27 WDP AK otrzymał Krzyż Zasługi z Mieczami. Odznaczenia te zostały potwierdzone zarówno w Kiwercach przez gen. Berlinga, jak i później przez kompetentne czynniki wojskowe. Dowódca Dywizji Artylerii WP odznaczył go „Krzyżem Walecznych” „za bohaterskie czyny i dzielne zachowanie się w walce z niemieckim najeźdźcą”. Po zakończeniu działań wojennych przełożeni Zygmunta Maguzy uznali, ze stanowi on świetny materiał na oficera i z Krotoszyna, gdzie skierowano jego jednostkę wysłali go do Chełma, gdzie działała Oficerska Szkoła Artylerii.

Do szkoły oficerskiej

– Wraz ze mną wysłano do Szkoły Oficerskiej jeszcze grupę zdolniejszych kolegów – wspomina. – W Chełmie odwiedzili mnie bracia mamy, którzy zahaczyli się o nowo utworzony Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, mieli jakiś kąt i namawiali mnie – rzuć to wojsko, będziesz mieszkał z nami i kształcił się. Zgłosiłem więc chęć pójścia do cywila. Major Poleżajew, jak zobaczył mnie jednak w szeregu żołnierzy, którzy chcą iść do cywila zmarszczył tylko brwi i spytał się krótko – a ty kuda? – i wskazał palcem drugi szereg. Cóż było robić, pozostałem…

Z Chełma szkołę przeniesiono do Olsztyna. Gdy się tam znalazłem, zacząłem szukać rodziców. Stankiewicze, bracia mamy już rozpoczęli ich poszukiwania prosząc o pomoc m.in. gen. Huleja i ambasadora prof. Rabbego. Ich starania nie dały nic. Zupełnie przez przypadek trafiliśmy na ich ślad, dzięki żołnierzowi z I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Będąc w Mińsku Mazowieckim zobaczył na tablicy z numerem domu nazwisko Łukasz Maguza. Był on też zesłańcem syberyjskim, który spotkał się z moimi rodzicami i siostrą w Kirgizji. Widząc to samo nazwisko na tabliczce, zainteresował się, wstąpił do domu wuja i zapytał – czy Józef Maguza to nie jakiś jego krewny? Wuj odpowiedział – to mój brat! – Ten zaś rzucił – to ja mam adres.- Wuj dał mu adres braci matki i ten żołnierz napisał do nich, przekazując informacje o rodzicach, dzięki czemu mogliśmy rozpocząć starania o ich repatriację z zesłania.

List jak relikwia

Zygmunt Maguza jak relikwię przechowuje w domowym archiwum list owego żołnierza, którego jest dłużnikiem. Bez niego nigdy nie zobaczyłby swoich rodziców. List tego prostego człowieka, pisany zwykłym ołówkiem jest bardzo wzruszający. Czytamy w nim m.in.:

„Odzywam się Bożymi Słowami

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystós

Pisze słowa mego listu skreślam do was parę słów okturym wy bendziecie czytać anie bendziecie się spodziewać odkogo ten list. Ten lis od Polskiego Żołnieza, ktury pisze wam wjadomość o waszych Rodzicach kture żyli na Wołyniu i oni dostali się dorosji i teraz oni zyją wraz z mojum Bratem ktury teraz napisał domnie list i wasza rodzina prosi ażeby ja napisał do was i dał wam adres”.

Z listu wynikało, że rodzice z siostrą żyją w jakimś kołchozie niedaleko miasta Frunze stolicy Kirgizji dzisiejszym Biszkeku – mówi Zygmunt Maguza. – Mając ich adres napisałem podanie do Generalnego Pełnomocnika d.s. Repatriacji ministra Wolskiego, który szybko poinformował mnie pisemnie, że skierował do Komisji Mieszanej Polsko-Radzieckiej wniosek o repatriację rodziców i siostry. Wrócili oni do Polski w czerwcu 1946 r. Ja w tym czasie byłem plutonowym podchorążym w Szkole Oficerskiej Artylerii w Toruniu, do którego z Olsztyna placówka ta została przeniesiona. Brat matki Julian Stankiewicz przypadkowo spotkał ich na dworcu w Lublinie z trudem poznając. Mama była bardzo wynędzniała, stanowiła cień człowieka. Siedziała na betonie, ubrana w sukienkę z worka i trzymała w ręku jakiś węzełek, w którym było trochę zboża i kilka kaczanów kukurydzy. Był to cały majątek, jaki przywieźli ze sobą. Ojciec też się szybko znalazł i siostra także. Ja powiadomiony przez brata mamy postarałem się o kilka dni urlopu i przyjechałem do Lublina. Nie widzieliśmy się przecież 6 lat. Spędziliśmy w sumie kilka dni, korzystając z gościny kolegi. Moi przełożeni ze szkoły oficerskiej przyszli rodzicom z pomocą. Zainteresowali ich losem Państwowy Urząd Repatriacyjny. Jak w 1947 r. mianowano mnie podporucznikiem, to wziąłem rodziców do siebie. Oczywiście o ich przeszłości nie wolno mi było głośno mówić. Oficjalnie więc nie zostali wywiezieni przez NKWD na Sybir, ale „wyjechali” do ZSRR, gdy Wołyń został przyłączony do sowieckiej Ukrainy, a po wojnie wrócili.”

Obawy Cyrankiewicza

– Ojciec nie mógł się starać o uprawnienia kombatanckie i w najściślejszej tajemnicy musiał zachować fakt, że za wojnę z bolszewikami otrzymał Krzyż Virtuti Militari i Krzyż Walecznych. Dostąpił tego przywileju po wielu latach, ale jeszcze za życia. Premier Cyrankiewicz, u którego ojciec starał się o uznanie zasług stwierdził krótko – co by towarzysze radzieccy powiedzieli, jakbyśmy takim ludziom dawali uprawnienia kombatanckie!

Ja oczywiście starałem się być dobrym żołnierzem i nie zwracać uwagi na uwarunkowania. Tym bardziej, że do 1949 r. Wojsko Polskie nie było jeszcze „Ludowe” i przypominało przedwojenne Wojsko Polskie. W szkole osiągałem dobre rezultaty, w związku z czym po promocji oficerskiej mogłem zostać w niej jako wykładowca, albo wybrać sobie garnizon. Poszedłem do Gdańska na dowódcę plutonu do 41 pułku artylerii lekkiej. Tu też wyróżniałem się w czasie strzelań poligonowych do czołgów i bunkrów. W 1950 r. na poligonie w Drawsku złożyłem raport o skierowanie do Akademii Wojskowej. I wtedy zaczęło się. Na poligon przyjechała komisja, która zaczęła mnie prześwietlać. Komisja orzekła, że oto mamy zamaskowanego szpiega – wroga, który przeniknął w szeregi armii i walczył o dobre wyniki tylko po to, żeby nie zostać zdemaskowanym.

Komisja wydała też zalecenie, aby mnie natychmiast aresztować i poddać śledztwu. Jej członkowie pod moim adresem sformułowali też szereg obelg. Mówili, że jestem szpiegiem wyjątkowo bezczelnym, bo by lepiej przeniknąć w szeregi armii złożył raport o przyjęcie na akademię wojskową. Sytuacja wyglądała groźnie. Niespodziewanie w mojej obronie stanął radziecki dowódca 16 dywizji Piechoty płk Kuzmienko. Wyśmiał on komisję, oświadczył krótko – Kakoj on szpion? Ja nie razrieszaju jewo ariestowat! Eto charoszij kamandir batierieji.

Marek. A. Koprowski

Cdn.

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz