Z lasów parczewskich do Skrobowa

W rejonie kwaterowania dywizji ukształtowała się szybko Rzeczpospolita Partyzancka, do której Niemcy nie mieli wstępu, a bandy rabunkowe dręczące mieszkańców także się wyniosły i teren stał się bezpieczny.

W pierwszych dniach po przejściu Bugu kompania „Motyla”, w której walczył Władysław Filar, uczestniczyła w składzie batalionu „Sokoła” w akcji bojowej na miejscowość Wisznice.



– Była ona podjęta niejako z marszu w porozumieniu z miejscowymi władzami konspiracyjnymi – wspomina Władysław Filar. – Miała na celu zdobycie znajdujących się w tej miejscowości niemieckich magazynów żywnościowych oraz przejęcie bydła i trzody chlewnej, zabieranego przez Niemców chłopom jako kontyngent. Moja kompania „Motyla” miała ubezpieczać akcję z kierunku Włodawy i zamknąć drogę ucieczki Niemców z Wisznic. Akcja poprzedzona bardzo dokładnym rozpoznaniem zakończyła się pełnym sukcesem. Po krótkiej walce z żandarmami i kwaterującymi tu lotnikami niemieckimi, oczyszczono wszystkie magazyny, załadowano na wozy i podjęto marsz w kierunku Łyniewa. Bydło i rogaciznę oddano miejscowej ludności, zabierając tylko tyle, ile było niezbędne dla własnych potrzeb. Po krótkim odpoczynku kontynuowaliśmy marsz osiągając 20 czerwca 1944 r. miejscowość Maśluchy, przeznaczoną na kwatery naszej kompanii. W pobliskiej wsi Krasne zakwaterowała się kompania „Kani” wchodząca także w skład batalionu „Sokoła”. W tym samym czasie do miejscowości przylegających do lasów Parczewskich przybywały pozostałe oddziały dywizji. W sumie dywizja zajęła obszar o powierzchni około 160 km kw. na południe od kompleksu lasów parczewskich. Nie byliśmy w tych okolicach sami. W lasach parczewskich przebywały także oddziały partyzanckie Armii Ludowej, liczące około 1000 ludzi, wchodzące w skład II Obwodu AL ppłk Grzegorza Korczyńskiego, którego sztab z kompanią sztabową i plutonem żandarmerii stacjonował we wsi Jedlanka. W lasach parczewskich kwaterował również oddział im. Woroszyłowa dowodzony przez mjr Czesława Klima, składający się z żołnierzy Berlinga, przerzucony na tyły wojsk niemieckich oraz kilka innych oddziałów partyzantki sowieckiej o łącznej sile 1500 osób. Z inicjatywy mjr Jana Szatowskiego „Kowala”, dowódcy wszystkich oddziałów spotkali się na odprawie i uzgodnili zasady współdziałania. Postanowiono przekazywać sobie informacje o nieprzyjacielu, a także współdziałać w przypadku zagrożenia ze strony Niemców. Dokonano też rozgraniczenia rejonów kwaterowania, ustalono zasady aprowizacji i wzajemnego uznawania przepustek.

Byli obdarci i wygłodzeni

Oddziały 27 WDP AK niewątpliwie budziły respekt. Liczyły w sumie ponad 3200 ludzi i szybko dochodziły do siebie. Na Lubelszczyźnie 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK spotkała się z bezinteresowną pomocą życzliwej i patriotycznie nastawionej miejscowej ludności.

– Było to dla nas bardzo ważne – wspomina Władysław Filar. – Żołnierze wszystkich batalionów znajdowali się w stanie skrajnego wyczerpania, byli obdarci i wygłodzeni. Wielu było chorych. Pierwsze dni w nowym rejonie zakwaterowania żołnierze wykorzystywali na odsypianie zaległości i jedzenie wszystkiego, co tylko nadawało się do jedzenia. To często prowadziło do kolejnych zachorowań. W kompaniach zaczęło się też odwszanie i niszczenie wszelkiego robactwa, które przynieśliśmy na sobie z Wołynia. Początkowo żołnierze robili to na własną rękę, ale szybko dowództwo dywizji zrobiło centralną akcję dezynsekcyjną. Wraz z nią następowała wymiana bielizny, która na żołnierzach najzwyczajniej się rozpadła i trzeba było ją wyrzucić. Podobnie rzecz się miała z butami. Służby kwatermistrzowskie dywizji, przy pomocy miejscowych władz konspiracyjnych starały się zapewnić wszystko, co było nam potrzebne. W Białce i Ostrowie Lubelskim dla dywizji pracowały młyny, dostarczające mąkę na chleb. Tą przydzielano poszczególnym batalionom, które organizowały wypiek chleba we własnym zakresie. Najczęściej korzystały z pomocy okolicznych gospodarzy. Chleb na potrzeby dywizji wypiekała także piekarnia spółdzielcza w Ostrowie Lubelskim. Ustanowiono dzienne racje żywnościowe, wypłacano żołd w wysokości 2 złote dziennie dla żołnierza. Każdemu z nich wydawano też tytoń z bibułką, a także mydło, szczoteczki do zębów, pastę do butów itp. Na nowo praktycznie stworzono tabory , kupując od miejscowej ludności konie, wozy i uprząż.”

Żywnościowy cennik

– Wszystkie te sprawy regulował Rozkaz dzienny nr 35 szefa sztabu 27 WDP AK z 26 czerwca 1944 r. Wynikało z niego np. że dzienna racja żywnościowa na żołnierza wynosiła: a) chleb – 0,5 kg, b) krupy- 0,2 kg, c) mięso – 0,3 kg , tłuszcz – 0,15 kg, e) ziemniaki – 0,7 kg, itd. Oddziały zajmujące się zakupem bądź rekwirowaniem artykułów żywnościowych działały też zgodnie z ustalonym cennikiem, zatwierdzanym przez dowódcę garnizonu 27 WDP AK mjr Jana Szatowskiego „Kowala”. Oficer ten, co trzeba podkreślić, czasowo pod nieobecność mjr Tadeusza Sztumberk-Rychtera „Żegoty” sprawował także dowództwo dywizji. W jego Rozkazie nr 138 dotyczącym cen żywności czytamy m.in.: „Z dniem 1.VII. br. Ustalam cennik żywnościowy artykułów spożywczych zakupywanych dla wojska w spółdzielniach oraz artykułów rekwirowanych: 1. mąka żytnia razowa i mieszana za i kg –1,10 zł, 2. mąka pszenna 80 proc. za 1 kg- 1,40 zł., 3. sól biała za 1 kg- 2,00 zł., 4. sól szara za 1 kg- 1,00 zł., 5. cukier za 1 kg- 2,20 zł., 6.kawa za 1 kg- 3,50 zł., 7. jajka ( za sztukę)-0,40 zł., 8. mleko ( za 1 litr)- 0,70 zł., 9. masło ( za 1 kg)- 3,00 zł., Cennik rekwizycyjny: 1. mięso wołowe za 1 kg- 2,00 zł., 2. mięso wieprzowe za 1 kg – 3,00 zł., 3. bydło żywej wagi za 1 kg- 1,00 zł., 4. trzoda chlewna żywej wagi za 1 kg- 1,50 zł. Niniejszy cennik obowiązuje do dowołania.”

Tryb życia garnizonowego

– Podkreślić trzeba, że podczas kwaterowania w lasach parczewskich obowiązywał nas tryb życia garnizonowego, nad przestrzeganiem którego czuwał wyznaczony oficer inspekcyjny, mający do pomocy w batalionach oficerów służbowych, a w kompaniach podoficerów służbowych. Codziennie odbywała się odprawa oficerów służbowych kompanii. Odpowiedni rozkaz zobowiązywał żołnierzy do szczególnego przestrzegania zasad obrony przeciwlotniczej. Nie wolno było nam palić ognisk, odbywać zbiorowych wypraw po wodę oraz kąpać się w jeziorach i rzekach w ciągu dnia. Kąpać mogliśmy się tylko po zachodzie słońca i to w sposób zorganizowany pod dozorem służb. Wydany został rozkaz w sprawie reorganizacji i szkolenia pododdziałów dywizji. Zakładał on przeorganizowanie jej na jednolite etaty. Zgodnie z nim w batalionach miały powstać następujące funkcje: dowódca, adiutant, szef, obserwator, kancelista, podoficer gospodarczy, lekarz. Obsada kompanii miała składać się z: dowódcy, obserwatora, gońca, szefa, podoficera gospodarczego, sanitariusza, podoficera uzbrojenia i szewca. W plutonie miał być dowódca, jego zastępca, obserwator i goniec, a w drużynie dowódca i zastępca. Stan liczbowy drużyny miał wynosić 11 żołnierzy, trzy drużyny miały tworzyć pluton, trzy plutony kompanię, a trzy kompanie batalion. Rozkaz ten, przewidujący reorganizację pododdziałów dywizji nie został jednak w pełni wykonany. Zabrakło na to czasu i kadr. Do końca istnienia dywizji bataliony i kompanie pozostały w zasadzie w takim samym składzie. Poprawił się natomiast stan wyszkolenia i dyscypliny oddziałów. Po krótkim odpoczynku przystąpiono do intensywnego szkolenia żołnierza. Każde zadanie, tak bojowe jak i służby wewnętrznej wykonywano regulaminowo, kładąc nacisk na kontrolę sposobu wykonania. W programach szkolenia pododdziałów wprowadzono zajęcia ze służby wewnętrznej oraz musztry pojedynczego strzelca i drużyny dążąc do tego, aby osiągnąć wysoki poziom dyscypliny i przygotowania wojskowego. W ramach wyszkolenia bojowego prowadzono zajęcia obejmujące ubezpieczenie, rozpoznanie i marsze. Szczególną wagę przywiązywano do szkolenia kadry, mając na uwadze braki w wiadomościach podstawowych z zakresu dowodzenia. Codzienną służbę zawierającą zarówno rozpoznanie, ubezpieczenie marszowe, jak i służbę wewnętrzną przełożeni potraktowali jako szkolenie praktyczne. Dla podniesienia morale i ducha bojowego dowództwo dywizji awansowało wielu żołnierzy. W większości batalionów 45 proc. strzelców awansowano na starszych strzelców, a 12 proc. starszych strzelców na kaprali.

Rzeczpospolita partyzancka

W rejonie kwaterowania dywizji ukształtowała się szybko Rzeczpospolita Partyzancka, do której Niemcy nie mieli wstępu, a bandy rabunkowe dręczące mieszkańców także się wyniosły i teren stał się bezpieczny.

– Poszczególne bataliony prowadziły stałe rozpoznanie bojowe na swoich kierunkach w promieniu 15 km – wspomina Władysław Filar. – Oprócz patroli w terenie zostały wysłane i zakonspirowane „trójki”, współpracujące z miejscowym wywiadem AK oraz ludnością cywilną, która informowała nas o każdym ruchu Niemców. W rejonach objętych ubezpieczeniem i rozpoznaniem zniszczono także niektóre mosty i przepusty. Przy wjeździe do miejscowości, w której kwaterował oddział, stały posterunki sprawdzające przepustki żołnierzy i legitymujących ludność cywilną. Podejrzewanych zatrzymywano i przekazywano żandarmerii. Do miejsca postoju dywizji stale przybywały oddziały do niej należące, które rozproszyły się jeszcze na Wołyniu. Dotarł m.in. „Jastrząb” ze swoim batalionem, liczącym ponad czterysta ludzi i pomniejsze grupy. Dywizja się rozrastała, ale powiększały się za to także trudności aprowizacyjne. Zaczęło brakować gotówki na zakupy leków, odzieży, amunicji, koni i sprzętu taborowego. Dywizja nie posiadała uzbrojenia do zwalczania broni pancernej przeciwnika, przy pomocy którego moglibyśmy odpierać jego ataki. Tymczasem z meldunków wywiadu wynikało, że Niemcy szykują operację mającą na celu zlikwidowanie wszystkich oddziałów stacjonujących w lasach parczewskich. Należało podjąć jakąś decyzję. Lasy parczewskie nie nadawały się do obrony. Przez pewien czas można było tylko stawiać opór i wiązać siły nieprzyjaciela. Dywizja choć liczna nie miała wystarczającej ilości amunicji.

Przebijanie się z okrążenia

– Major „Kowal” zwrócił się wtedy do przedstawicieli AL z prośbą o przydzielenie dywizji części swoich zapasów. AL otrzymywała bowiem zrzuty radzieckie i nimi dysponowała. Ci wyjaśnili, że ich zwierzchnicy kategorycznie zabronili im dzielić się amunicją. „Kowal” oświadczył, że w takim razie podległe mu oddziały w obronie lasów parczewskich nie wezmą udziału podkreślając, że „dywizja nie będzie się biła kijami”. Podjął też decyzję, że będziemy się przebijać w kierunku zachodnim za Wieprz w rejon lasów kozłowieckich. Zaznaczył też, że oddziały AL i partyzantki sowieckiej mogą iść z nami. Decyzja mjr „Kowala” była jak najbardziej racjonalna i z ulgą została przyjęta przez żołnierzy. Już dwa razy dywizja dała się zamknąć w „kotle” i musiała toczyć dramatyczne walki, broniąc się przed zniszczeniem. Zgodnie z rozkazem „Kowala” bataliony uformowały się w szyku marszowym i wyruszyły w wyznaczonym kierunku. Mieliśmy się przebić przez pozycje niemieckie między stacją kolejową Gródek a wsią Brzeźnica Książęca. Żołnierze otrzymali rozkaz unikania walki i oszczędzania amunicji. Wszystko odbyło się bez rozgardiaszu, z zachowaniem ciszy i spokoju. Żołnierze wiedzieli co robić i rozumieli swoich dowódców bez zbędnych słów. Kilka tygodni szkolenia garnizonowego żołnierzy dało niezłe efekty. Gdy po zapadnięciu zmroku szpica kolumny dotarła do torów kolejowych okazało się, że walki nie zdołamy uniknąć. Niemcy po naszym rozpoznaniu, z którego wynikało, że nie zdążyli obsadzić tego kierunku, i powinniśmy przejść w tym miejscu bez przeszkód, rozmieścili wzdłuż linii kolejowej gniazda karabinów maszynowych. Ponadto linię kolejową Lubartów, Parczew, Łuków patrolował niemiecki pociąg pancerny. Wywiązał się zacięty bój. Niemcy prowadzili bardzo groźny boczny ogień, blokujący ruch oddziałów dywizji. Jedynym wyjściem było natarcie czołowe na pozycje niemieckie. Wykonano je bardzo zdecydowanie. Po pół godzinie Niemcy się wycofali i droga była wolna. Nie obeszło się jednak bez problemów. W szykach kolumny nastąpiło zamieszanie, spowodowane przez tabory. Gospodarskie konie nieostrzelane i nie przywykłe do wystrzałów i spadających rakiet oświetlających teren płoszyły się, rwały uprząż i łamały wozy. Żołnierze nie byli w stanie uspokoić rozszalałych zwierząt. Kolumna się rozerwała na dwie części, które przez kilka godzin maszerowały niezależnie, zanim udało się im połączyć.

Nowe pozycje

– Ostatecznie udało się nam wydostać z lasów parczewskich i zająć nowe pozycje w miejscowościach na skraju lasów lubartowskich. W tym czasie wojska sowieckie 1 Frontu Białoruskiego przekroczyły Bug i rozwinęły operację w kierunku zachodnim. Niemcy zaczęli się cofać. Do dywizji z nowymi rozkazami dotarł mjr Tadeusz Sztumberk-Rychter „Żegota”, który wracając z Warszawy przez Lublin przywiózł dywizji nowe rozkazy. Zgodnie z nimi miała ona opanować Lubartów i okolice. Dywizja szybko ten rozkaz wykonała, zajmując również Kock, Firlej i Kamionkę, blokując w ten sposób ze wschodu, północy i południa główne kierunki ruchu wojsk niemieckich. Następnej nocy po wkroczeniu do Michowa dywizja zablokowała także kierunek zachodni. Cały obszar przez nas kontrolowany wynosił około 180 km kw. Na tereny te po kilku godzinach wkroczyły czołowe oddziały 29 gwardyjskiego Korpusu Piechoty Armii Czerwonej, działającej w składzie 1 Frontu Białoruskiego. Nie zatrzymując się parły one na zachód w stronę Wisły. Po ich przejściu do Lubartowa przybył sztab korpusu sowieckiego z dowódcą gen. Fokanowem. Dywizja znalazła się w strefie przyfrontowej i swoje działania musiała uzgadniać z dowództwem sowieckim. W każdej chwili mogło dojść też do konfrontacji z AL, której znany nam ppłk Grzegorz Korczyński przybył do Lubartowa i ogłosił się komendantem garnizonu, sprawującym władzę w imieniu jakiegoś bliżej nieokreślonego rządu ludowego. By nie dopuścić do walk bratobójczych, dowódca dywizji płk Jan Kotowicz „Twardy”, mianowany przed kilkoma dniami, wydał naszym oddziałom rozkaz opuszczenia Lubartowa. Generał Fokanow, chcąc uzgodnić dalsze współdziałanie z dywizją zaprosił jej dowództwo na rozmowy do Skrobowa. Nie podejrzewając złych zamiarów, płk Kotowicz z oficerami sztabu udali się na owe rozmowy, których przebieg i rezultat dla nas żołnierzy był wielkim zaskoczeniem. Zostaliśmy rozbrojeni!

Cdn.

Marek A. Koprowski

Reklama

Dlaczego zdecydowaliśmy się na ograniczenie dostępu do naszych treści?

Ponieważ nie istnieje darmowe dziennikarstwo. Zawsze ktoś za nie płaci. Jeśli Czytelnicy nie wezmą na swoje barki finansowej odpowiedzialności za istnienie niezależnych, oddolnych inicjatyw dziennikarskich, takich jak Kresy.pl, wówczas na rynku pozostaną wyłącznie niskiej jakości tabloidy oraz media finasowane przez wielkie korporacje, partie polityczne i różnego rodzaju lobbies.

Miesięczny koszt funkcjonowania portalu Kresy.pl to 20000 zł. 7-osobowa redakcja pracuje w pełnym wymiarze i praca ta jest naszym podstawowym, najczęściej jedynym, źródłem dochodu. Kresy.pl nie powstają po godzinach, tworzone przez amatorów. Portal jest tworzony przez wykwalifikowanych dziennikarzy oraz specjalistów z zakresu polityki międzynarodowej, którzy codziennie starają się dotrzeć do informacji istotnych z punktu widzenia interesu naszej politycznej wspólnoty.

Jeśli cenisz naszą pracę, jeśli z niej korzystasz i uważasz, że zamknięcie portalu Kresy.pl byłoby stratą, prosimy dołącz do grona osób, które współtworzą finansowe podstawy funkcjonowania naszego serwisu.




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz