Strażnik pamięci Przebraża

„Polityka poprzedniego prezydenta Wiktora Juszczenki znacznie je skomplikowała perspektywy pojednania polsko-ukraińskiego. Mordercy i zbrodniarze zyskali status bohaterów narodowych. Stawia się im pomniki i ukazuje młodzieży jako wzorce do naśladowania. Nikt nie pamięta o tym, że na ich rękach jest krew niewinnych polskich ofiar, w tym kobiet i dzieci. Kwestionuje się, ze na Wołyniu miało miejsce ludobójstwo ludności polskiej. Jak w takich warunkach rozmawiać o pojednaniu…” – smutno konstatuje Mirosław Łoziński.

Jeszcze za komuny Mirosław Łoziński zaczął zbierać relacje uczestników obrony Przebraża, mieszkających w Niemodlinie i okolicach, którzy pamiętali jeszcze walki z UPA. Często był ostatnim, który spisał ich przeżycia, zanim zabrali wszystkie tajemnice do grobu lub choroba sprawiła, że nie mogli już służyć swoją pamięcią. Plonem gromadzenia materiałów od przebrażaków stała się książka jego pióra zatytułowana „Obrońcy Przebraża”. Wydał ją w 1997 r. w Lublinie, rzecz jasna własnym sumptem w nakładzie pięciuset egzemplarzy, przy pomocy Leona Karłowicza. Była to pierwsza tak wyczerpująca pozycja, traktująca o obronie Przebraża, która przetarła szlaki dla dalszych badań.

-Udało mi się ustalić m.in. nazwiska 447 obrońców Przebraża – mówi Mirosław Łoziński. – Listę tę sporządziłem na podstawie rozmów z żyjącymi jeszcze dowódcami kompanii i innymi mieszkańcami Przebraża, jak i przyległych kolonii, a także uciekinierów z innych miejscowości. Sporządzana przeze mnie lista nie jest oczywiście pełna. Wpłynął na to okres, jaki upłynął od tragicznych wydarzeń na Wołyniu, a także zawodność ludzkiej pamięci. W czasie okupacji nie sporządzano niestety wykazów żołnierzy i nazwiska wielu z nich pozostaną niestety nieznane. W swojej książce szczegółowo przedstawiłem nazwiska członków wszystkich instytucji w Przebrażu: Szefostwa Służb, Rady Partyzanckiej, Sądu Ludowego, Komendantów 7 placówek obrony lokalnej, Dowódców siedmiu kompanii partyzanckich, a także plutonów zwiadu, szwadronów kawalerii, grup dywersyjnych, baterii artylerii i oddziału partyzanckiego Inspektoratu „Osnowa”. Książka rozeszła się błyskawicznie. Pozostał mi tylko jeden egzemplarz.

Pierwszy raz na Wołyń

Mirosław Łoziński jeszcze w 1969 r. wykorzystując prywatne zaproszenie wraz z żyjącym jeszcze ojcem Dionizym i towarzyszem broni z IV Kompanii Partyzanckiej w Przebrażu Bogusławem Rosińskim odwiedził rodzinne strony.

-Chcieliśmy zobaczyć, co zostało z naszego Przebraża i innych miejscowości – wspomina Mirosław Łoziński. – To, co zobaczyliśmy, nie napawało nas optymizmem. Po wsiach nie zostało nawet śladu. W gęstych zaroślach odnaleźliśmy resztki partyzanckich ziemianek i okopów. Wśród sosen i dębów, które od czasów II wojny światowej znacznie poszybowały w górę, tu i ówdzie stały jeszcze na wpół umarłe drzewa postrzelone odłamkami. W Sumnym Lasku znaleźliśmy mogiłę żołnierzy radzieckich z 1941 r., zapomnianą przez władze sowieckiej Ukrainy. Cmentarz w Przebrażu, założony podczas jego obrony, na którym spoczywali polegli obrońcy, jak i ofiary ukraińskich mordów był też całkowicie zarośnięty samosiejkami i trudny do rozpoznania. Musieliśmy go stworzyć, bo inaczej nie mielibyśmy gdzie grzebać poległych i zamordowanych. Parafialny cmentarza Przebraże miało w Zofiówce, gdzie znajdował się kościół ufundowany przez Radziwiłłów. Transport zwłok do tej miejscowości w sytuacji, gdy wokół Przebraża krążyły bojówki UPA, był zaś niemożliwy. Uczestnicy pogrzebu sami mogli stać się ofiarami nacjonalistów. Cmentarz musiał znajdować się na terenie bronionej wołyńskiej stanicy.

Następny raz Mirosławowi Łozińskiemu udało się pojechać na Wołyń, gdy konał Związek Sowiecki, a Ukraina wybijała się na niepodległość. Jak zobaczył cmentarz w Przebrażu, to ręce załamał.

Krowy na cmentarzu

– Patrzę, a tu na cmentarzu krowy chodzą, pastuchy krzyże palą na ogniskach – wspomina.- Napisałem wtedy do Łucka list, w którym prosiłem władze, żeby wzięły cmentarz pod ochronę, że na nim leżą ludzie pochowani itp. Nie wiedziałem, jaka jest nazwa urzędu i po polsku napisałem Urząd Wojewódzki. Nie bardzo wierzyłem, że to coś da, ale przyjeżdżam za rok i oczom nie wierzę, cmentarz ogrodzony. Prymitywnie żerdziami, ale jednak. Niewiele go jednak było widać, bo strasznie zarósł samosiejkami. Przyjeżdżam za rok i widzę, że pastuchy po spaleniu krzyży wzięli się za żerdzie i cmentarz znów nie jest ogrodzony, a co najgorsze zarasta. Nie pisałem już wtedy do Łucka, ale do Warszawy. Myślę sobie, skoro jest już wolna Polska i są kompetentne urzędy, to niech się upomną o cmentarz w Przebrażu. Napisałem w swym piśmie, że na tym cmentarzu spoczywają ofiary banderowskich mordów, a także żołnierze samoobrony, którzy polegli w obronie wołyńskiej stanicy, ratując przed banderowskimi nożami 25 tys. chroniących się w nim mieszkańców Wołynia. Z Warszawy dostałem odpowiedź, że skontaktowali się z władzami ukraińskimi i te stawiają warunek, jak na cmentarzu spoczywa sto osób, to zostanie on zachowany, jeżeli nie, to zgodnie z ukraińskimi przepisami zostanie zlikwidowany. Natychmiast zabrałem się za zbieranie nazwisk pochowanych i ustaliłem, że było ich więcej niż sto. Przesłałem tę listę do Warszawy i za jakiś czas dostaję pismo, że Ukraińcy nie mają pieniędzy na ratowanie cmentarza i trzeba ich wspomóc kwotą 24 tys. złotych. Zacząłem zbierać te pieniądze wśród przebrażaków i jak zgromadziłem całą sumę, to wysłałem do Warszawy. Po kilku miesiącach przyjechałem na Przebraże i widzę, że cmentarz jest ogrodzony siatką, krzyży dębowych nie ma, a w ich miejsce stoją betonowe, oczywiście bez nazwisk. Była też betonowa ścianka, na której napis po polsku informował, że jest to „Cmentarz wojenny Armii Krajowej”. Poniżej był umieszczony analogiczny napis w języku ukraińskim. Na środku cmentarza stał duży żelazny krzyż, a pod nim marmurowe tablice z nazwiskami pochowanych na cmentarzu, które ja przekazałem. Byłem wtedy naprawdę dumny – cmentarz uratowałem! Gdybym w porę nie zaczął działać, to nekropolii już by nie było. Ukraińcy by ją zlikwidowali.

Pierwsza tablica

Równolegle do działań na rzecz ratowania cmentarza w Przebrażu, Mirosław Łoziński podjął działania na rzecz utrwalenia pamięci o tej miejscowości w Niemodlinie. Chciał, by wraz z odejściem jego pokolenia, nie odeszli w zapomnienie ci, którzy stanęli w obronie mordowanych wołyńskich wsi. Nieformalne środowisko dawnych obrońców Przebraża zawsze w Niemodlinie istniało. Większość z nich, tak jak Mirosław Łoziński, należało do ZBOWiD-u i miało uprawnienia kombatanckie. Ich staraniem jeszcze za komuny w miejscowym kościele została umieszczona tablica pamiątkowa poświęcona żołnierzom 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej i Partyzanckiej Samoobronie w Przebrażu. Poświęcił ją miejscowy proboszcz ks. Henryk Słodkowski były partyzant i żołnierz AK. W uroczystości wziął udział jeden z ostatnich dowódców samoobrony w Przebrażu dowódca II kompanii Marceli Żytkiewicz.

-W 1990 r. założyłem w Niemodlinie środowisko żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK – mówi Mirosław Łoziński. – Było nas wtedy 44. Zaczęliśmy działać. Jako jego prezes wydeptywałem różne ścieżki i upominałem się o upamiętnienie obrońców Przebraża. Wycierałem różne klamki, ale sporo rzeczy udało mi się załatwić. Szkoła Podstawowa w Graczach otrzymała imię 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. By to załatwić, udałem się do burmistrza Niemodlina i poprosiłem o wskazanie szkoły w gminie, która mogłaby nosić imię dywizji. Ten się zapalił i powiedział, że jeszcze dwie szkoły na podległym mu gruncie nie mają patronów. Były to placówki w Graczach i w Grabiu. Wybrałem Gracze, bo w nich przecież osiedliło się wielu przebrażaków. Musiałem jednak przekonać do tej idei nie tylko dyrekcję szkoły, ale jej mieszkańców, głównie zaś młode matki uczniów, z których nie wszystkie słyszały coś o 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Kiedy im wyłożyłem sprawę, zgodziły się i nie robiły żadnych trudności. Odbyła się w szkole podniosła uroczystość. W jej trakcie została w niej wmurowana okolicznościowa tablica, później szkołą otrzymała sztandar. Jak mi się to udało, postanowiłem doprowadzić do upamiętnienia postaci Ludwika Malinowskiego komendanta Samoobrony w Przebrażu. Chciałem postawić mu pomnik. Znowu udałem się do burmistrza, ale ten mówi, że nie ma miejsca w centrum miasta na taki monument. Po jakimś czasie znowu zapukałem do jego gabinetu i zaproponowałem, że skoro nie ma w Niemodlinie miejsca dla pomnika Malinowskiego, to może dałoby się jakąś ulicę nazwać jego imieniem. On jednak zaprotestował i powiedział, że pomnik może stanąć na skwerze przy przecięciu dwóch ulic, tuż za centrum przy wylocie głównej drogi z Niemodlina w kierunku Nysy. Dzięki pomysłowi burmistrza pierwotny projekt upamiętnienia komendanta Malinowskiego został znacznie rozszerzony. Plac przy skrzyżowaniu dróg nazwaliśmy Placem Obrońców Przebraża. Na skwerze na jego środku stanął pomnik składający się z trzech pionowych płyt. Na jednej są umieszczone nazwy wszystkich miejscowości, których mieszkańcy uciekali do Przebraża, szukając w nim schronienia. Dwie następne są poświęcone Malinowskiemu i pozostałym dowódcom kompanii. Jest to jedyny taki moment w Polsce. Odbywają się przy nim różne uroczystości patriotyczne, w których udział bierze miejscowa młodzież.

Sztandar dla środowiska

Dzięki zabiegom Mirosława Łozińskiego niemodlińskie środowisko otrzymało też swój sztandar.

-Dostałem szkic z Warszawy, jak ma on wyglądać- wspomina.- Mój brat, który jest dobrym malarzem wykonał farbami konkretny projekt sztandaru, stanowiący gotowy wzór dla sióstr, mających go wyszyć. Pojechałem z nim do Piekar Śląskich, gdzie u Sióstr Boromeuszek go zamówiłem. Nie wszyscy w Niemodlinie byli entuzjastami jego powstania. Niektórzy uważali, że to Łoziński chce sobie zrobić sztandar, żeby mieć lepszą oprawę dla swojej osoby, a ja przecież robiłem to dla zachowania pamięci o dywizji, której samoobrona w Przebrażu stanowiła integralną część. Obecnie, gdy zostało nas już tylko trzech, nie chcę jeszcze oddawać sztandaru do muzeum. Wciąż jeszcze występujemy na różnorakich uroczystościach, by dać świadectwo prawdzie. Niektórzy chcieliby, żebyśmy już zamilkli i przestali przypominać o zbrodniach ukraińskich…

Dbając o upamiętnienie przebraskiej stanicy, Mirosław Łoziński nie zapomniał też o grobie jej komendanta Ludwika Malinowskiego. Znajduje się on w centralnej części cmentarza. Z inskrypcji na nim umieszczonych wynika, że każdy, kto odwiedzi tę nekropolię położoną na wzgórzu nad Niemodlinem dowie się, kim był Malinowski i jakim ideom służył. Umieszczone są na nim także nazwiska 14 żołnierzy AK, którzy zginęli w obronie Przebraża. Jako pierwszy na tej pomnikowej liście figuruje por. Jan Rerutko „Drzazga” dowódca oddziału partyzanckiego „Łuna”, zamordowany jak wszystko wskazuje przez partyzantów sowieckich z oddziału „Prokopiuka”.

Trudno mówić o pojednaniu

-Jak długo dam radę działać na rzecz dbania o pamięć o tym, co wydarzyło się na Wołyniu w 1943 r., nie wiem – podsumowuje Mirosław Łoziński. – Mam już 86 lat i jestem po wylewie i zawale. Sam już wybieram się „na górkę” do swoich towarzyszy broni. Bardzo dokucza mi samotność. Z żoną, która pozostała w Żywcu nie utrzymuję kontaktów. Dzieci też poszły swoją drogą. Mieszkam sam w domu rodziców. Ojciec ciężko chory zmarł w 1985 r. Mama przeżyła go o 9 lat i zmarła w wieku 96 lat. Chciałoby się jeszcze coś zrobić dla utrwalenia pamięci o Przebrażu, ale sił już brak. Co mogłem, to zrobiłem. Wypełniłem dług wobec wszystkich ofiar mordów ukraińskich nacjonalistów w okolicy Przebraża i tych, którzy stanęli w ich obronie.

Mirosław Łoziński zasępia się tylko po pytaniu o perspektywy pojednania polsko-ukraińskiego.

-Polityka poprzedniego prezydenta Wiktora Juszczenki znacznie je skomplikowała – ocenia. – Mordercy i zbrodniarze zyskali status bohaterów narodowych. Stawia się im pomniki i ukazuje młodzieży jako wzorce do naśladowania. Nikt nie pamięta o tym, że na ich rękach jest krew niewinnych polskich ofiar, w tym kobiet i dzieci. Kwestionuje się, ze na Wołyniu miało miejsce ludobójstwo ludności polskiej. Jak w takich warunkach rozmawiać o pojednaniu…

Dowodem na dobrze przeżyte życie są liczne otrzymane przez niego medale i odznaczenia. Wśród nich jest m.in. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Srebrny Krzyż Zasługi, Krzyż Partyzancki, Krzyż Armii Krajowej, Medalami za: Warszawę, Odrę, Nysę i Bałtyk, Za udział w walkach o Berlin, Opiekuna Pamięci Narodowej, Pro Memoria, Zasłużonym na Polu Chwały, Za wyzwolenie Warszawy, Za zwycięstwo nad Niemcami, a także Odznakami: Kościuszkowską, Tysiąclecia, Obrońcy Kresów Wschodnich, Weterana Walk o Niepodległość i in. Najbardziej ceni sobie Krzyż Obrońców Przebraża, którym został odznaczony w ubiegłym roku. Walki w obronie swych rodzinnych stron zapamiętał najbardziej.

Marek A. Koprowski




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. Avatar
    zap :

    „Polityka poprzedniego prezydenta Wiktora Juszczenki znacznie je skomplikowała perspektywy pojednania polsko-ukraińskiego. Mordercy i zbrodniarze zyskali status bohaterów narodowych. Stawia się im pomniki i ukazuje młodzieży jako wzorce do naśladowania.”

    Czy to nie jest lekka manipulacja? Tak się działo za Juszczenki ale jego juz chyba 2 lata nie ma i jak mnie pamięć nie myli nowy prezydent anulował tytul bohatera Ukrainy S. Banderze! A cały wyżej wymieniony proces dotyczy Ukrainy Zachodniej i nie jest dominujący na Ukrainie! Dlaczego zawsze do jednego wora wrzuca się miliony Ukraińców z garstką ekstremistów?!