Umowa o Transatlantyckim Partnerstwie w dziedzinie Handlu i Inwestycji nie jest niczym innym, niż nowym narzędziem podtrzymywania hegemonii USA na kontynencie europejskim.
Negocjacje w sprawie Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji są już zaawansowane. Jego koncepcja to nie tylko plan zniesienia wszelkich taryfowych czy pozataryfowych barier w handlu między państwami Unii Europejskiej a Stanami Zjednoczonymi. To perspektywa bardziej zaawansowana – budowy wspólnego rynku oraz instytucjonalizacji przewagi wielkich korporacji, bazujących głównie w USA, nad państwami narodowymi. Bez względu na czysto ekonomiczne interesy tych ostatnich, TTIP, ze względu na skalę jego skutków, nie sposób zrozumieć poza kontekstem geopolitycznym.
Idea tak daleko idącego zacieśnienia związków Europy i USA pojawiła się za oceanem już w 1990 r. Nieprzypadkowo. Elity amerykańskie upajały się teorią Francisa Fukuyamy o końcu historii czyli niechybnym, bezalternatywnym zwycięstwie demokracji liberalnej na skalę całego świata, nieuchronnej globalizacji wartości i gospodarki, której kluczowym elementem był neoliberalny dekalog, z dobrze zakorzenionym w amerykańskiej świadomości dogmatem wolnego handlu, jakoby zawsze korzystnego dla wszystkich jego uczestników. Oczywiście beneficjantem tego miały być właśnie Stany Zjednoczone, jako centralny kraj systemu, który Edward Luttwak nazwał turbokapitalistycznym. Jednocześnie jednak co bardziej przenikliwi amerykańscy politycy i analitycy zdawali sobie sprawę, że wraz ze zwycięstwem w tytanicznym starciu ze Związkiem Radzieckim, erozji zaczęły ulegać podstawy amerykańskiej hegemonii w Europie. Mało kto w Polsce zauważał, że w latach 90 XX wieku w zachodniej Europie poważnie zadawano pytanie o sensowność trwania NATO w jego obecnej formie.
Porażka neokonserwatystów
Z pomocą przyszła właśnie ideologia. Sformułowanie ideologii misjonizmu demokratycznego i prawoczłowieczego, czyli prawa Waszyngtonu jako „przywódcy wolnego świata” do interwencji, także zbrojnej, w państwach gdzie zagrożone zostały standardy demokratyczne i prawa człowieka było dobrym narzędziem konserwowania hegemonii, biorąc pod uwagę, że ostatecznym interpretatorem zarówno tych standardów jak i ich zagrożenia pozostawały elity amerykańskie. Przykładem skutecznego użycia tego narzędzia był atak na Jugosławię w 1999 r., gdy zgruchotano ostatecznie i rozczłonkowano państwo, które postrzegano jako sojusznika Rosji, na dotatek stworzono, w postaci częściowo uznawanej na świecie Republiki Kosowo, całkowicie uległy protektorat w kluczowym regionie świata jakim są Bałkany, gdzie natychmiast ulokowano bazę wojskową Camp Bondsteel. Przy okazji tej interwencji raz jeszcze zaprzężono do rydwanu własnej polityki najsilniejsze kraje zachodnioeuropejskie. Władze Niemiec w swej gorliwości były czołowym podżegaczem do ataku, złamano także opór Francji, tradycyjnie przyjaznej Serbom.
Jednakowoż „pycha kroczy przed upadkiem” i tak też stało się w przypadku polityki Waszyngtonu. Wraz administracją George’a Busha juniora polityka ta została posunięta z ideologiczną konsekwencją neokonserwatystów do ekstremum. Jednak jawny unilateralizm i łamanie prawa międzynarodowego w przypadku agresji na Irak doprowadziły do bardzo poważnego rozłamu między Waszyngtonem a Berlinem i Paryżem w 2003 r. A był to dopiero początek, bowiem ujawniające się długofalowe i fatalne skutki destabilizacji Bliskiego Wschodu przez Waszyngton prowadziły do stopniowej izolacji USA. Odsunęły się od Ameryki nawet państwa, których premierzy jeszcze w 2003 r. podpisali deklarację poparcia dla ataku na Irak. Nawet cielęco w nią zapatrzone, uprzednio w pełni politycznie i militarnie żyrujące działania Waszyngtonu, polskie elity zdystansowały się od hegemona, czego potwierdzeniem był indyferentny stosunek do załamania się projektu tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej w 2008 r. Nie pomagała zresztą i postawa amerykańskich elit opiniotwórczych. W słynnym już artykule „Siła i słabość” czołowy neokonserwatysta Robert Kagan choć podkreślał, że „Stany Zjednoczone i Europę łączy dziś wspólny system zachodnich wartości” to jednocześnie z brutalną szczerością przyznał europejczykom rolę pomywaczy w globalnej kuchni geopolitycznej Waszyngtonu.
Po fiasku i kompromitacji formuły czysto zbrojnego hegemonizmu, Waszyngton szuka nowych, pozornie bardziej multilateralnych narzędzi utrzymania dominacji w Europie. Dlatego wrócono do idei wspólnego rynku. W 1990 r. tego typu integracja ze Wspólnotami Europejskimi była trudno wykonalna. Amerykanie musieli poczekać na powstanie Unii Europejskiej stworzonej Traktatem z Maastricht w 1992 r. i jej dalszą konsolidację przez Traktat Lizboński z roku 2007.
Nowe narzędzia hegemonii
W tym miejscu należy poczynić uwagę, iż Waszyngton zawsze popierał możliwie daleko idącą integrację starego kontynentu. Już w latach 70 XX Henry Kissinger marzył o sytuacji, w której prezydent USA będzie załatwiał polityczne deale dzwoniąc tylko na jeden numer telefonu w Europie. Numer należący do paneuropejskiego ośrodka decyzyjnego. Niewątpliwie marzenie to spełniło się tylko częściowo. Można powiedzieć, że Amerykanie mogą liczyć na załatwianie kluczowych spraw pod jednym numerem telefonu, nie jest to jednak aparat stojący w gabinecie któregokolwiek z urzędników Unii Europejskiej, lecz telefon Angeli Merkel. Waszyngton w wyraźny sposób zaczął traktować Niemcy jako współzarządzającego junior-partnera, delegując im prawo działania w kluczowych nawet kwestiach regionalnych, oczywiście w ramach określonej w Białym Domu agendy. Wyraźnie widzimy to w przypadku rozgrywania konfliktu ukraińskiego. Berlin odgrywa rolę plenipotenta w negocjacjach w formacie normandzkim. Nawiasem mówiąc czyni to jałowymi nadzieję polskich neokonsewatystów widzących w USA sprzymierzeńca w oporze przeciw polityce Niemiec czy eurokratów. Polska może być przeciw nim użyta jedynie czysto instrumentalnie i epizodycznie. Tym bardziej, że nie zanosi się na kolejny rozłam między Waszyngtonem a Berlinem. Władze Niemiec, pod wpływem przemysłowego lobby zorientowanego na ekport i ekspansję na światowych rynkach, pozostają zwolennikiem TTIP.
Mimo, iż sfera politycznej decyzji coraz częściej koncentruje się w Berlinie, to właśnie instytucje Unii Europejskiej stworzyły dopiero narzędzie ich szybkiej i skutecznej implementacji na skalę kontynentalną. Amerykanie mają już zresztą doświadczenie w konstruowaniu podobnych do TTIP mechanizmów. Wstępem było powołanie na własnym podwórku funkcjonującego od 1994 r. Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA) łączącego USA z Kanadą i Meksykiem. Okazał się on szczególnie niszczący pod względem ekonomicznym i społecznym dla najbardziej peryferyjnego Meksyku.
W październiku zeszłego roku przedstawiciele USA, Kanady, Japonii, Meksyku, Chile, Peru, Australii, Nowej Zelandii, Wietnamu, Singapuru, Malezji i Brukseli uzgodnili kształt umowy o Partnerstwie Transpacyficznym (TPP) po pięciu dniach niemal całodobowych negocjacji. Układ ten czeka na ratyfikację. Znamienne jest wyłączenie z niej największej gospodarki regionu, drugiej gospodarki świata i czołowego partnera handlowego oraz wierzyciela Stanów Zjednoczonych – Chin. Izolowanie i podduszenie ChRL w ich własnym regionie jej niewątpliwym celem TPP. Pekinowi udało się osiągnąć tyle, że wyrwał z tej układanki trzecią co do znaczenia gospodarkę Azji Południowo-Wschodniej czyli Koreę Południową, a nawet stworzyć z nią strefę wolnego handlu, choć o luźniejszym charakterze niż forsują Amerykanie.
Walka o Rimland
Dwa regiony, które Amerykanie próbują z sobą związać formalnymi więzami umów o „partnerstwach” mają oczywiste znaczenie geopolityczne. Już klasycy geopolityki tacy jak Alfred Mahan i Nicholas Spykman w różnych interpretacjach zastrzegali, że podstawą hegemonii imperium morskiego jakim są Stany Zjednoczone musi być odpychanie mocarstw kontynentalnych Eurazji od morskich akwenów. Podobnie od lat pisze Zbigniew Brzeziński, który wyznaczył najważniejsze strefy sfery przybrzeżnej Wielkie Wyspy (Rimland Spykemana) właśnie w Europie, na Dalekim Wschodzie oraz na Bliskim Wschodzie. Ten ostatni region został kompletnie zdestabilizowany a na płaszczyźnie ekonomicznej jego znaczenie zawiera się przede wszystkim w złożach ropy naftowej i Kanale Sueskim. Niewątpliwie to Europa i Azja Południowa-Wschodnia stanowią kluczowe regiony Rimlandu ze względu na wielki potencjał ekonomiczny, technologiczny i demograficzny. Jedynym porównywalnym z nimi obszarem jest już kompletnie zdominowana przez USA Ameryka Północna. Dlatego umowy o handlowych „partnerstwach” mimo formalnie multilateralnego charakteru są narzędziem utrzymania globalnej dominacji.
Karol Kaźmierczak
