“Jedna Rosja” wygra kolejne wybory?

A wszystko zaczęło się tak pięknie. W pierwszy roboczy dzień 2011 roku przewodniczący Dumy Państwowej i przewodniczący Rady Najwyższej partii “Jedna Rosja” Boris Gryzłow oświadczył dziennikarzom, że jego koledzy z partii mają zamiar zdobyć większość głosów w każdym z dwunastu regionów, gdzie wiosną odbędą się wybory deputowanych do dum regionalnych

„Będziemy pracować tylko na zwycięstwo, – uroczyście obiecał przywódca partii i aby przekonać o tym wyjawił “tajemnicę” zbliżającego się sukcesu. – Myślę, że naszymi wyborcami są zarówno ci, którzy chcą stabilności, jak i ci, którzy czekają na zmiany”.

Rzeczywiście, nieznana nigdzie indziej na świecie ideologia „konserwatywnej modernizacji” już od kilku lat znajduje się na uzbrojeniu partii, ale raczej nikt, poza nadwornymi politologami, nie potrafi wyjaśnić, co to za dziwo. Zamiast powiedzieć wprost, że ten dziwny twór pojawił się tylko dlatego, żeby połączyć w jedną całość konserwatywny kurs lidera (choć nie członka) partii Władimira Putina z ostrożnie-reformatorskim – prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, którego „Jedna Rosja” także oficjalnie wspiera.

To oczywiste, że z takiej ideowej kaszy nie uda się przygotować żadnej kampanii wyborczej. Ale wyborców nawet nie obchodzą fantomy, które krążą po głowach ideologów „Jednej Rosji”. Oni tak jak wcześniej, już niemal od 20-stu lat, głosują nie za idee, a za osobowości. A u nas na samej górze są tylko dwie osobowości i obydwie dały zgodę „Jednej Rosji” na wykorzystanie swoich jasnych oblicz w przedwyborczej agitacji.

Tak więc, zdawałoby się, styczniowa prognoza Gryzłowa miała ogromne szanse spełnić się, jednak w miarę przybliżania się daty wyborów 13 marca zaczęła wyglądać coraz bardziej wątpliwie. Przy czym nastroje w „Jednej Rosji” psuli nie tylko złośliwi socjologowie z Centrum im. Lewady, którzy zaraz po głośnych wypowiedziach Gryzłowa oszacowali partyjne notowania na jedyne 35% (w skali kraju), ale i wybitni członkowie samej partii. I tak, już w połowie lutego wiceprzewodnicząca Dumy, mistrzyni świata w łyżwiarstwie szybkim Swietłana Żurowa przyznała publicznie, że popularność „Jednej Rosji” spada. „Nasze zadanie polega na tym, by zrozumieć, dlaczego notowania partii spadają, tego nie powinno być”.

A już praktycznie w przeddzień wyborów, w ostatnich dniach lutego, tradycyjnie przyjazny Jednej Rosji WCIOM i fundacja „Opinia Publiczna” potwierdziły, że „Jedna Rosja” nie cieszy się poparciem nawet połowy narodu. WCIOM doliczył się 48% Rosjan, gotowych zagłosować na „Jedną Rosję”, jeśli wybory parlamentarne odbyły by się w najbliższą niedzielę. U „Opinii Publicznej” wyszło jeszcze mniej – 45%, przy czym w porównaniu z 2008 rokiem partia straciła całych 10% stronników.

I nawet gorzej. Wbrew zdrowemu rozsądkowi ostatni miesiąc kampanii wyborczej doprowadził do sytuacji, w której działalność partii rządzącej w swoim mieście (lub wiosce) zauważa ledwie 15% Rosjan (w styczniu było ich 19%). Jedno z dwojga: albo regionalna kampania wyborcza rzeczywiście okazała się tak katastrofalna, że zamiast wzrostu popularności doprowadziła do jej obniżenia, albo zaczęły się spełniać słowa wypowiedziane jeszcze w listopadzie zeszłego roku przez pierwszego zastępcę przewodniczącego administracji prezydenta Władisława Surkowa, który przepowiedział swoim podopiecznym osłabienie politycznych wpływów w najbliższych latach.

I wreszcie, na tydzień przed wyborami zostały upublicznione rezultaty partyjnego badania nastrojów wyborczych w regionach, w których odbędą się wybory. Okazało się, że tylko w Dagestanie i Chanty-Mansyjskim Okręgu Autonomicznym „Jedna Rosja” ma nadzieję potwierdzić styczniowe prognozy Gryzłowa, licząc na zdobycie 58 i 53% głosów. W pozostałych okręgach i republikach pożądane 50% + 1 głos nijak się nie rysują. Według większości niezależnych socjologów i politologów, największe problemy czekają „Jedną Rosję” w rządzonym przez byłego lidera „Sojuszu Sił Prawicowych” Nikitę Biełycha obwodzie kirowskim, w także w obwodach Kurskim i Kaliningradzkim.

Zresztą, denerwować się z tego powodu mogą chyba tylko miejscowi urzędnicy, którzy katastrofalne wyniki mogą przypłacić partyjną karierą (choć niekononiecznie). Żadnego zasadniczego przeorganizowania władzy na korzyść innych partii w wyborach 13 marca nie będzie. Zresztą, to samo można powiedzieć i o czekających nas w grudniu wyborach do Dumy Państwowej, w których bezwarunkowe zwycięstwo „Jednej Rosji” prognozowane jest z dużo większą pewnością (WCIOM już teraz obiecuje 63% głosów przy frekwencji 51%).

“Maszyna do przegłosowywania decyzji Putina” jak kiedyś nazwał Jedną Rosję jeden z najbardziej zbliżonych do Kremla politologów, tak jak do tej pory pozostaje najbardziej efektywną pośród innych analogicznych maszyn. Dwa główne pasy napędowe – zasoby administracyjne i kontrola nad telewizją – są w stanie zapewnić każdy potrzebny rezultat.

Tyle że z demokracją parlamentarną, do realizowania której są powołane partie, nie ma to nic wspólnego. Dopóki jedna i ta sama organizacja, która wchłonęła w swoje szeregi przytłaczającą większość rodzimej kasty urzędniczej, będzie zawsze i wszędzie wygrywać, rodzimy system partyjny pozostanie imitacją, tworem wirtualnym, a nie realnym. I każde wybory (oprócz prezydenckich) będą dla społeczeństwa głuchym dzwonem, nie mającym nic wspólnego z systemem podejmowania decyzji w kraju. Aby stać się partią z prawdziwego zdarzenia, „Jedna Rosja” powinna choć raz porządnie przegrać. Jak opowiadają pracujący dla partii technolodzy polityczni, oni już od dawna wyjaśniają tę PR-owską zasadę partyjnym bossom, ale… ci i tak robią to, co zawsze.

Gieorgij Iljiczew

Źródło: http://www.novayagazeta.ru/data/2011/024/02.html

Tłumaczyła Karolina Filimonova

forma płatności