Ksiądz prałat Józef Obrembski – patriarcha kapłanów Wileńszczyzny, autorytet moralny Polaków na Litwie, człowiek-legenda – mawiał, że najcenniejsze dla niego było służenie słowem i czynem Bogu, ludziom i ojczyźnie.

„Tyle przeżyło się: bolszewicy, Litwini, Niemcy, znów bolszewicy. Wywózki, likwidacja Uniwersytetu Stefana Batorego, masowe pogrzeby w czasie wojny tych, którzy ginęli nie wiadomo z czyich rąk, niejednokrotne wezwania (do aresztu) na ulicę Ofiarną, kiedy człowiek myślał, że czekają nań Ponary. (…) Ale tak jak byli w mym długim życiu ci, którzy dokuczali, tak też byli i ci, którzy pomagali” – wspominał ksiądz prałat.

Józef Obrembski urodził się 19 marca 1906 r. w Skarzynie Nowym w Ziemi Łomżyńskiej. Gimnazjum ukończył w Ostrowi Mazowieckiej. W 1926 r. wyjechał do Wilna. Wstąpił na Wydział Teologiczny Uniwersytetu Stefana Batorego i do seminarium duchownego. Metropolita wileński abp Romuald Jałbrzykowski udzielił mu wiosną 1932 r. święceń kapłańskich i skierował do pracy w Turgielach, 40 km od Wilna.

W Turgielach zapisał się w pamięci nie tylko jako duszpasterz, nie tylko głosił katechezę w szkołach, z ambony i w konfesjonale, ale także rozwinął szeroką działalność społeczną. Zakładał spółdzielnie i koła rolnicze, organizował kursy kroju i szycia, podjął się także budowy domu parafialnego. Nauczał mieszkańców nowoczesnego uprawiania roli; oddał się bez reszty młodzieży. Pomagał mu w tych dziełach parafianin – gen. Lucjan Żeligowski.

Wybuch II wojny światowej nie pozwolił ks. Obrembskiemu dokończyć wspaniałych dzieł. W czasie wojny Turgiele, zapewne dzięki nauczaniu miejscowej ludności przez ks. Józefa Obrembskiego, stały się na Wileńszczyźnie centrum ruchu oporu. Plebania zaś była schronieniem dla wielu ściganych żołnierzy AK czy księży.

Przez dłuższy czas gestapo zbierało informacje o ks. Obrembskim, o jego powiązaniach z AK. Kiedy uznało, że jest wystarczająco dużo dowodów, postanowiło go aresztować i wysłać do Ponar – miejsca masowych mordów dokonywanych przez oddziały SS, policji niemieckiej i kolaborującej policji litewskiej. Księdza do Ponar wysyłano dwa razy i dwa razy wyrwał go z rąk gestapo niemiecki oficer o nazwisku Eiberg, z pochodzenia Austriak, katolik, który w pobliskim majątku pilnował sowieckich jeńców. To on poręczył za księdza, sam ryzykując życie.

Po zakończeniu II wojny światowej i wkroczeniu bolszewików na Wileńszczyznę ks. Obrembski miał możliwość wyjazdu do Polski. Nie skorzystał z niej. „Ani przez chwilę na myśl mi nie przyszło, by Ziemię Wileńską opuścić. Dla mnie tu była Polska” – podkreślał zawsze.

W 1950 r. Sowieci wyrzucili go z Turgieli. Znalazł się w oddalonej od Wilna ok. 30 km Mejszagole. Zamieszkał w skromnym domku, bowiem plebanię nowe władze zabrały i urządziły tam dom kultury. „Taka tam była ich kultura – wspominał później – że po skończonej zabawie pijani osobnicy wybijali mi nocą okna w kościele…”. Zaniedbany domek ks. Józef wyremontował i polubił, nazywając go żartobliwie swym pałacykiem. Mieszkał w nim do końca życia.

W tym domu skończyło też wędrówkę życiową kilku starszych kapłanów. W drugim końcu chatki gnieździło się nieraz po kilka żebraczek. Domek wśród bzów w pobliżu kościoła był azylem dla wielu wybitnych księży, wypędzonych z Wilna. Znaleźli tu w swoim czasie schronienie, ciepłe słowo i pomoc lekarską ks. dr Sylwester Małachowski, ks. Leon Ławcewicz, ks. prałat Lucjan Chalecki, ks. prałat Leon Żebrowski. Dla wszystkich starczało miejsca.

Tu także ks. Obrembski był prześladowany. Zawsze jednak udawało mu się wyjść z trudnej sytuacji. Gdy zabroniono mu katechizacji młodzieży, zostawał z nią w kościele „tylko na rozmowę”. Gdy zabroniono organizowania pielgrzymek do Kalwarii w Wilnie, informował parafian, że w następną niedzielę wyjeżdża i będzie w Kalwarii. Czy był winien, że cała parafia przypadkiem też się tam znalazła? Wieczorami na plebanii odbywały się seminaria dla młodych nauczycieli i studentów. Po zakończeniu mówił do nich: „Wychodźcie parami, mówcie, że dawaliście na zapowiedzi”.

W latach 90. po obchodach 60-lecia kapłaństwa ks. Józef odszedł na zasłużoną emeryturę. Dalej mieszkał jednak w swoim „pałacyku”, pozostając jako rezydent pod opieką kolejnych proboszczów. Niejednokrotnie władze rejonu wileńskiego, którego ks. prałat był honorowym obywatelem, proponowały, że przeprowadzą gruntowny remont domku, ale ksiądz, znany ze swej skromności, kategorycznie odmawiał. Odmawiał też przeprowadzki do nowej, murowanej plebanii. „Starych drzew się nie przesadza” – mówił.

Dla wielu pątników następnym celem po Ostrej Bramie była Mejszagoła. Chcieli oni przynajmniej oprzeć się o próg „pałacyku” patriarchy Wileńszczyzny i otrzymać – choćby przez okno – jego błogosławieństwo. Stan zdrowia nie pozwalał już niestety ks. Józefowi na przyjmowanie wszystkich gości.

Ci, którzy mieli to szczęście, będą spotkanie z nim wspominać do końca życia. Wielka mądrość sędziwego kapłana, urok osobisty, dowcip, fenomenalna pamięć, a przede wszystkim umiejętność przedstawiania rzeczy najbardziej doniosłych i złożonych w słowach najprostszych czyniło spotkanie z nim ucztą duchową.

Radio Znad Wilii

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz