Po tym jak nasz cygański tabor dotarł do Artemowska i wieczorem oddawaliśmy się odpoczynkowi, włączyliśmy internet, i przeczytaliśmy oficjalny komunikat, że, okazuje się, wychodziliśmy „korytarzem”, „kotła” nie było, strat prawie nie ma, a sama operacja była wcześniej zorganizowana i przebiegała według opracowanego planu w najdogodniejszym czasie. I tutaj wszyscy razem po raz pierwszy od tygodnia wybuchnęliśmy śmiechem.

Relacja jednego z żołnierzy specnazu Gwardii Narodowej „Wera”, który został wysłany do Debalcewa i uczestniczył w ulicznych walkach a następnie w wyrwaniu się z kotła.

Zaalarmowano nas o godz. 20. 13 lutego. Nikt nie objaśnił zadania – „Należy pomóc armii!”. Dobrze, pojechaliśmy. Mieliśmy 20 żołnierzy – wszyscy świetni ludzie, dobrze wyszkoleni i zmotywowani. Informacji od zwiadu nie było – po prostu mieliśmy jechać do Debalcewa pod komendę sztabu ATO. Ale gdy przybyliśmy na miejsce, stało się jasne, że droga do Debalcewa jest pod kontrolą przeciwnika. Był tam intensywny ostrzał i można było przejechać tylko nocą, i tylko w pojazdach opancerzonych. Przybyliśmy do Debalcewa pod ogniem – BMP [bojowy wóz piechoty – tłum.], który jechał przed nami, został trafiony. Zrozumieliśmy, że przerwaliśmy się wprost do okrążenia i nie będzie lekko wyjść.

Po przybyciu sytuacja była niezrozumiała. Jasnych rozkazów nie było. Pierwszego dnia po prostu siedzieliśmy w obozie 128. brygady. Obóz był stale ostrzeliwany przez artylerię przeciwnika. Potem przerzucili nas do samego Debalcewa. Dostaliśmy zadanie osłaniania sztabu sektora „C”. Byliśmy tam razem z niektórymi pododdziałami specnazu armii. Nie dostaliśmy wsparcia broni pancernej – walczyliśmy jak piechota a nie specnaz, tylko w odróżnieniu od piechoty nie dali nam czołgów ani BMP. Po co przybyliśmy do Debalcewa – nikt nam nie wyjaśnił. Widocznie żeby zatkać jakieś dziury. Ale o wiele rozumniej byłoby pozostawić nas w składzie naszej brygady we współpracy z innymi pododdziałami.

16-17 lutego przeciwnik podjął próbę zajęcia Debalcewa. Wzięli prawie całe miasto. Gdyby zajęli całe, byłoby niemożliwe wyprowadzenie jakichkolwiek wojsk z okrążenia. Podjęto kilka prób szturmu na sztab – rosyjskie oddziały używały broni pancernej. Najbardziej zacięta bitwa trwała 5 godzin. Odparliśmy wszystkie ataki i przeciwnik odjechał w kierunku dworca kolejowego. Mogliśmy pójść dalej, ale bez [ciężkiej] broni. Samymi karabinami i granatnikami ciężko pobić przeciwnika. Obroniliśmy się dzięki wysokiemu poziomowi przygotowania wojskowego, celności ognia, i dzięki temu, że razem z nami efektywnie działał specnaz WSU. Jestem bardzo zadowolony ze swoich ludzi – walczyli bardzo godnie i utrzymali wszystkie pozycje. Następnie wieczorem 17. lutego przeciwnik zaprzestał szturmu Debalcewa – tylko działa i moździerze niepokoiły miasto ogniem. Nocowaliśmy w obozie 128. brygady. Nagle zobaczyłem jakieś zamieszanie. Obóz jakoś ożył i nawet bliskie eksplozje ludziom nie przeszkadzały. Oficer 128 brygady powiedział nam, że przyszedł rozkaz przerwania się do Artemowska i wszyscy wyruszają. Za 10 minut mamy wyjechać! Rzuciliśmy się, by się zebrać. Mieliśmy nasz pancerny KRAZ. Zaczęły się zbiórki i pojazdy zaczęły przygotowywać się do wyjazdu.

Jakimś cudem żaden pocisk nie trafił w tę zbitą masę ludzi i pojazdów. Jednak wiele niesprawnych pojazdów trzeba było zostawić przeciwnikowi.

Żadnego porządku poruszania się nie było, systemu i procedur komunikacji nie ustanowiono. Najbardziej skandaliczne było to, że nie dostarczono mapy i marszruty naszego odwrotu. Gdyby każda załoga dostała taką marszrutę przed wyjściem, można byłoby uniknąć wielu strat przez zwykłe ominięcie punktów oporu przeciwnika. Ogromna ilość pojazdów bojowych zjechała się, czołgi i BMP poszły na przód. Ale kolumny nikt nie formował – po prostu ustawialiśmy się jeden pojazd za drugim, w kilka rzędów, a z boków dołączały do nas inne pojazdy. Kiedy cała nasza machina ruszyła do przodu, bardziej przypominaliśmy cygański tabor, który szedł jedną wielką i chaotyczną masą.

Potem kolumna stanęła. Nikt nie wiedział, gdzie jechać. Pewnie ktoś może i wiedział, ale ja z takimi oficerami i załogami nie spotkałem się. Wszyscy wiedzieliśmy, gdzie leży Artemowsk, ale nie było szczegółów marszruty. Dzięki kontrolowaniu dróg rosyjscy dywersanci minowali je a nocą nie sposób było wykryć min. Niebezpieczeństwo stanowiły także rosyjskie czołgi z rejonu Łogwinowa i inne placówki. Przeciwnik kontrolował wzgórza z obu stron drogi. Wszystkie te punkty i zajęte przez przeciwnika miejscowości trzeba było omijać, dlatego należało mieć dokładnie zaplanowaną marszrutę. Ale nawigacja nocą bez udziału nawigatora w każdym pojeździe, przy wyłączonych światłach, bez mapy, praktycznie była niemożliwa. Dowódca grupy – a prowadziła 128. brygada, dał rozkaz omijania dróg, aby nie wpaść na miny, trzymać się razem, ogólny kierunek – „na północ”.

I tak wszyscy gdzieś pojechaliśmy przy prawie pełnym braku widoczności. Wszyscy pamiętaliśmy o złym doświadczeniu Iłowajska i że koniecznie musimy wyrwać się z okrążenia, które najpewniej jeszcze się umocniło.

W rejonie Łogwinowa ostrzelały nas rosyjskie czołgi i piechota. Nasze czołgi i cała nasza grupa odpowiedziała im ze wszystkich dział. Przeciwnik został odepchnięty, ich czołgi wycofały się z pozycji i otworzyliśmy sobie drogę. Jednak potem nasza grupa nieraz wpadała pod mocny ogień. To tu, to tam pozostawialiśmy trafione pojazdy. Trzeba przyznać, że pomimo ciemności śpieszono z wzajemną pomocą. Sprawne pojazdy zatrzymywały się, starały się okazywać pomoc i zabierać ludzi z uszkodzonych pojazdów.

Poruszając się dużą grupą bez światła i nawigacji w ciągu nocy często wpadaliśmy pod ogień przeciwnika. Sądząc po ostrzale rozumieliśmy, że kierunek jest nieprawidłowy i trzeba skręcać na Artemowsk. Ot taki kosztowny sposób nawigacji.

Uratowało nas to, że duża liczba żołnierzy i oficerów wykazała się mistrzostwem podczas przebijania, nie dopuszczając do żadnego zamieszania, pomagając sobie wzajemnie. Każdy węzeł oporu atakowaliśmy z wszelkiej broni. Taka spójność i gęstość ognia szybko dławiła punkty ogniowe i mogliśmy kontynuować poruszanie się. Wcześniej obiektami przeciwnika zajmowała się nasza artyleria. Ale nocą współpracy z artylerią nie było.

Nasz KRAZ okazał się cudownie żywotny. Uratował nas pancerz, gdy wpadliśmy pod zmasowany ogień. Mieliśmy przebite 3 opony na tylnych kołach i jechaliśmy na felgach. KRAZ niósł nas jeszcze 5-6 kilometrów po bezdrożach i dopiero potem utknęliśmy. Wysadziłem go i zostaliśmy zabrani po kilka osób przez inne pojazdy. Niewiele dalej przyszło wysadzić BTR-4, który także miał przebite koła. Próbowaliśmy wyciągnąć BTR-a, ale był potrzebny ciągnik – „czwórka” jest bardzo ciężka, także nie udało się. Mobilność tych pojazdów jest niezbyt wysoka. Po tym trzech moich ludzi przenieśli do BMP – i tu ten pojazd otrzymał wprost trafienie z czołgu. Chłopakom bajecznie udało się – po prostu wyrzuciło ich z maszyny na ziemię i otrzymali tylko lekkie zranienia.

Przesiedli się na inne pojazdy. Widziałem wiele naszych niesprawnych pojazdów. Przyczyną nie był tylko ogień przeciwnika. Duży procent strat to techniczna niesprawność albo jakaś usterka przy poruszaniu się po bezdrożach. Nie było czasu na naprawę – takie pojazdy wszystkie wysadzaliśmy.

Niestety boję się, że z powodu braku czasu i ciemności, mogliśmy nie zauważyć naszych żołnierzy, którzy wypadli z trafionych pojazdów. Tak mogło być. Regułą było, że wszyscy zatrzymywali się, aby pomóc, ale z powodu ciemności i walk, nie było czasu na organizowanie poszukiwań.

Bardzo dużych strat nie widziałem podczas przebijania się – rzeczywiście przytłaczająca większość ludzi w naszej kolumnie zdołała wyjść. Tak więc to nie stało się powtórką Iłowajska. Ale jeśli byłaby normalna organizacja, komunikacja, dowodzenie, straty można byłoby znacznie zminimalizować. Gdyby był przeprowadzony zwiad naszej trasy, gdyby droga została rozminowana, gdyby był przemyślany system nawigacji i przeprowadzone uderzenie na wzgórza i węzły oporu, straty byłyby minimalne. Przeciwnik nie palił się do nocnego boju, atakował tylko z boków, wytrwałości w atakach nie przejawiał – nam udawało się je odrzucać – nabojów nie żałowaliśmy.

Doszliśmy. W moim oddziale dzięki przygotowaniu i szczęściu, zabitych i wziętych do niewoli nie było. Wszyscy ranni dojdą szybko do siebie. Ale inne pododdziały przetrzepało.

Po tym jak nasz cygański tabor dotarł do Artemowska i wieczorem oddawaliśmy się odpoczynkowi, włączyliśmy internet, i przeczytaliśmy oficjalny komunikat, że, okazuje się, wychodziliśmy „korytarzem”, „kotła” nie było, strat prawie nie ma, a sama operacja była wcześniej zorganizowana i przebiegała według opracowanego planu w najdogodniejszym czasie. I tutaj wszyscy razem po raz pierwszy od tygodnia wybuchnęliśmy śmiechem.

Jurij Butusow

Tłumaczenie:Krzysztof Janiga

Źródła:

http://empr.media/opinion/analytics/ukrainian-organized-withdrawal-from-debaltsevo-is-questionable

https://www.facebook.com/butusov.yuriy/posts/934064429967187?fref=nf



36 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. leo69 :

    Nieprawdopodobne jest wysadzanie każdego pojazdu który został uszkodzony. W ciemnościach , w trakcie chaotycznego marszu pod ostrzałem, założenie ładunków i ich bezpieczne odpalenie jest niemożliwe. Kolejna opowiastka „kombatancka” nie mająca nic wspólnego z prawdą.

  2. szczurek :

    Tak wyglądało życie w Dabelcewie, ukry strzelały po oknach zabijając cywili, grabili telewizory , znęcali się nad cywilami , okradali z pomocy humanitarnej itd. Zobaczcie sami , czy to można naprawdę zainscenizować ? Mam wrażenie ,że ta tak oczywista prawda boli i dla tego takich materiałów nie zobaczymy w naszych stacjach TV , bo posypałby się image UKRAIŃCÓW !!!
    https://www.youtube.com/watch?v=Q6FuW21hrME

  3. jazmig
    jazmig :

    Typowa propagandówka: wspaniali żołnierze, bijący ruskich, tylko nie wiadomo dlaczego wypieprzali z Debalcewa aż sie kurzyło. Podobnie z tą wzajemną pomocą, bo rannych po prostu wyrzucali na pobocze. To jest jedna wielka ściema, dostali tęgie baty od traktorzystów i górników i nie potrafią się do tego przyznać.

      • amstaf358 :

        jazmig ,ty nic nie ujawniasz ponad to co jest znane,a fakty przeinaczasz twierdząc z maniakalnym uporem pierdoły o traktorzystach i robotnikach..i jakie Wasze zbrodnie? Ja nikogo nie zabiłem moi bliscy też nie,wprost przeciwnie,pisałem o tym ,inna sprawa z tobą, jak byś mi pociskał takie smuty to kto wie..

      • wojewodamichal1
        wojewodamichal1 :

        jeśli Pan wybaczy dodam 3 grosze od siebie. Zakładam, że czyta Pan posty średnio uważnie, bo ja na prawdę nie widzę wspierania tych „upańców”. Natomiast mam nadzieję, że Pan nie wierzy, iż za atakami we wschodniej Ukrainie nie stoi Rosja? Oczywiście jeśli wyciągnie Pan argument, że za majdanem stoi i Rosja i Zachód to się zgodzę, ale wydaje mi się, że nie można łączyć tych rzeczy w jedno raczej drugie jest konsekwencją pierwszego. Z drugiej strony zgadzam się w tym jednym z Korwinem Mike, że Putin w tej chwili robi dobrą robotę dla Polski – 1. podzielił te narody bardzo mocno [rosję i ukrainę] 2. odebrał Ukrainie tak ok 7-10 mln ludności 3. cofnął ją gospodarczo 4. przestał sam być pozytywnie postrzegany przez Zachód 5. osłabił Rosję gospodarczo Reasumując: Ukraina już jest za słaba, by była, aż takim zagrożeniem dla Polski. A co do Rosji – scenariuszy są setki – przy czym media tej czy innej strony prześcigają się w pisaniu bredni – więc zostaje nam chyba zdrowy rozsądek i nadzieja, że media jednak kłamią i manipulują po każdej ze stron.

        • sobiepan :

          Polityka polsko – rosyjsko – ukraińska właśnie trafia w ręce oszołomów i agresywnych nacjonalistów. Na wasze własne polskie życzenie. Możecie tego gorzko żałować, nie, my możemy tego gorzko żałować. Ale to będzie wyłącznie wasza wina. Symbolem polityki zagranicznej Rosji jest Ukraina. Ale nigdy nikomu nie chodziło o nią samą, tylko o Rosję.

          Nie da się dzisiaj rozmawiać o Rosji nie mówiąc o ukraińskim konflikcie. A w tym robicie błąd za błędem. W imię dobrych relacji polsko-ukraińskich mówicie nieprawdę, przemilczacie albo udajecie ślepych. A dobre są one dla was tylko wtedy, kiedy łączy je wspólna antyrosyjskość.

          Mieszkańcy Debalcewa
          © AP Photo/ Peter Leonard
          Trzy scenariusze rozwoju sytuacji na Ukrainie
          Uważacie, że realizujecie testament Giedroycia, choć od jego czasów zmieniło się wszystko: świat, Europa, mentalność Rosjan, Ukraińców i wasza.

          Wygłaszając więc takie zaklęcia uważacie, że można nie widzieć silnego faszyzującego nacjonalizmu obecnego nie tylko w części społeczeństwa ukraińskiego, ale też w ukraińskich władzach. Rozgrzeszacie siebie samych nie zauważając ani nacjonalistycznych symboli, ani faszystowskiej ornamentyki, ani nie słuchając przemówień czerpiących obficie z teorii ruchów radykalnie nacjonalistycznych. Kiedy prezydent Poroszenko zacytował ideologa radykalnego nacjonalizmu Dmytro Doncowa nikt z was nie zareagował. Ciekawe, czy gdyby jakikolwiek inny polityk powoływał się na Rosenberga, też byście milczeli? Zamiast tego wzywacie, żeby w imię poprawności politycznej i polskiej racji stanu nie mówić o wołyńskiej rzezi. Postulujecie, żeby zakazać sprzedaży rosyjskich książek i projekcji rosyjskich filmów. Potraficie powiedzieć, że czytaliście poważne publikacje, które przekonują, że współczesny ukraiński nacjonalizm nie ma nic wspólnego z ideologią UPA i OUN oraz że pełni pożyteczną rolę w tworzeniu ukraińskiego państwa. To, że to nieprawda — to pół biedy. Gorzej, że nic wam to nie da.

          Rzecz nie w tym, żeby relacje polsko-ukraińskie opierać na tamtych setkach tysięcy okrutnie zamordowanych. Tak się nie prowadzi polityki. Ale nie można udawać, że ich nigdy nie było. Bo takie podejście tworzy dwa zjawiska naraz. Po pierwsze, daje do ręki argumenty tym Ukraińcom, którzy chcą w swoim radykalnym nacjonalizmie widzieć spoiwo narodowe, nie rozumiejąc, że budują tykającą bombę. Po drugie, oddaje w tej sprawie w Polsce pole aktywności skrajnym nacjonalistom i kibolom, którzy dzięki temu, że pamiętają o tym, o czym wy chcecie zapomnieć, przyprawiają sobie twarz empatycznych patriotów i uczciwych ludzi. Pojawiają się w przestrzeni publicznej jako strażnicy nie tylko pamięci narodowej, ale jako ludzie optujący za elementarną sprawiedliwością. To ich cywilizuje, nadaje im rangę pełnoprawnych — bo uczciwych — uczestników dialogu politycznego. Ludzie najczęściej nie podzielają ich agresji, ale chcą tylko, żeby udzielono im trochę uwagi i nachylono się nad pamięcią o swoich zabitych bliskich. A prawicowi nacjonaliści im to właśnie dają, uzyskując w zamian wdzięczność i przekonanie, że tylko oni są warci poparcia.

          Polscy nacjonaliści biją na alarm przy każdym poważniejszym sygnale o odradzającym się ukraińskim nacjonalizmie, wołając jednocześnie o rozliczenie się z tamtej zbrodni lub choćby o pamięć. Mają rację.

          Zobaczcie spotkania rodzin kresowych. Ja tam byłem. To starzy ludzie, ale są wśród nich i w średnim wieku. Wszyscy mają poczucie krzywdy, że państwo polskie kładzie zwłoki ich bliskich na ołtarzu wartości, których nie rozumieją. I te emocje prawicowcy wykorzystują doskonale. I będą zbierać tego owoce. Wy uważacie, że to można przemilczeć, oddając im pole. Hodujecie w ten sposób potwora.

          Popieracie tylko jedną część Ukrainy przeciwko drugiej. I Rosja, i Ukraina używają propagandy do wzajemnych oskarżeń. Wy dołączacie sę do jednej ze stron, używając tych samych chwytów i łgarstw. Robicie coś obrzydliwego: nakręcacie wojnę domową. Wy szczujecie jednych na drugich. Bo chcecie pokonać Rosję.

          Rosja dla was ma twarz Putina. Nie ma obelgi, której byście mniej lub bardziej zawoalowanie nie powiedzieli pod jego adresem. Putin jest autorytarnym przywódcą, który nieuchronnie prowadzi Rosję do zguby, a świat do zagłady. Szkodzi rosyjskiemu narodowi. Jesteście gotowi na wiele, a może i na wszystko, żeby go nie było. Nie rozumiecie, że usunięcie jakimkolwiek sposobem Władimira Putina nie przyniesie oczekiwanego przez was rezultatu: Borys Jelcyn nie wróci. Nigdy nie będzie powrotu do Rosji jelcynowskiej, kiedy z każdego dolara wydobywanej rosyjskiej ropy jedynie 20 centów zostawało w Rosji, a resztę brały zachodnie kompanie. Następny, który przyjdzie po Putinie też będzie chciał silnego państwa. Bo tego chcą Rosjanie i są gotowi na wiele, by ten cel osiągnąć.

          Na razie jednak wybraliście, poza sankcjami, jeszcze jeden, specyficznie polski sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Obraziliście się na Putina osobiście i na Rosję jako całość. Nie chcecie z nimi gadać, nie przyznajecie im żadnego prawa do istnienia w przestrzeni cywilizowanego świata. Obrażają się lokaje i subretki. W polityce każda rozmowa jest coś warta, ale wy tego nie rozumiecie. Zamiast tego stosujecie to, co wam wychodzi najlepiej: nadymacie się. Choć nie tylko.

          Grzegorz Schetyna
          © AFP 2015/ TOBIAS SCHWARZ
          „Ofensywa” rosyjskiej propagandy medialnej
          Polskie media na każdą aktywność Rosjan w Polsce reagują tak samo: agenci Kremla sączą propagandę. Warto ją więc skompromitować, ale nie da się tego uczynić mówiąc jedynie, że jest propagandą i lamentując, że polskie służby specjalne nie czynią swojej powinności zakazując wjazdu rosyjskim pisarzom, publicystom czy uczonym. Jeżeli łżą, to łatwo ich będzie przecież ośmieszyć. Prawda się obroni, a prawda jest po naszej stronie, więc nie ma się czego bać. Jeżeli wy nie będziecie gadać, to Rosjanie znajdą innych słuchaczy: tych samych nacjonalistów. Dodadzą im siły i znaczenia. To znaczy wy im dodacie.

          W Brukseli uczestniczyłem w obradach szczytu Rosja – Unia Europejska. Może Rosjan tam nie lubią, ale jednak ktoś uznał, że warto ich do Europarlamentu wpuścić i choćby wysłuchać, co mają do powiedzenia. To Europy nic nie kosztuje. A nas owszem – kiedy rozpoczynają się rozmowy o sytuacji za naszymi granicami, nas nie zapraszają. I wtedy strasznie to przeżywamy. Prawda, byłbym zapomniał – przecież jesteśmy obrażeni.

          Podzielam wasz strach. Duża Rosja — to duża siła i duże zagrożenie. Nawet mógłbym podzielić wasze marzenie, żeby niedaleko nas leżała mała, rozczłonkowana Rosja, miłująca demokrację i reguły rządzące zachodnią cywilizacją. Można by wtedy odetchnąć z ulgą. Problem jednak polega na tym, że miedzy Rosją dzisiejszą, a Rosją z waszych marzeń jest duża przestrzeń czasowa i mentalna.

          Rosja to dla was tylko Kreml, a w nim — Putin. Nie przyjmujecie do wiadomości, że nawet kremlowska władza ma kilka twarzy. Z jednej strony to twarz dalekowzrocznego analityka i publicysty Fiodora Łukjanowa, uczonego Siergieja Karaganowa, a z drugiej — agresywna gęba Władimira Żyrinowskiego. Swoimi głupimi reakcjami wpychacie ich do jednego worka, budując we wszystkich poczucie oblężonej twierdzy i biało-czarne widzenie otaczającego ich świata.

          Obiektywnie popychacie do wojny w imieniu Europy i Polski, choć nie zapytaliście — czy zwykli ludzie tej wojny chcą? Ale nawet jeśli wojny nie będzie, to w przyszłości waszymi tłumaczami z rosyjskiego na polski będą radykalni polscy nacjonaliści i na ziole.

    • jazmig
      jazmig :

      Tak, dostaliście lanie od traktorzystów i górników, a nie od Rosjan, bo tam rosyjskich żołnierzy nie było i nie ma. Gdyby tam byli, to niektórzy musieliby dostać się do niewoli, a jak dotąd banderowcy nie pokazali ani jednego rosyjskiego jeńca. Daja wam łupnie prości robotnicy, a nie zawodowi żołnierze, taka jest prawda.

    • zan :

      Trzonem osobowym armii powstańczej są tubylcy. To prawda, że nie przeżyliby bez pomocy fachowców z Rosji. Jednak po drugiej stronie działają snajperzy NATO, więc fachowcy się znoszą. Poza tym liczba powstańców nie przekracza 30tys, a to nie jest wielka ilość jak na 45 milionowy kraj. Dostawanie oklepu od powstańców którzy nie mają po swoje stronie lasów, gór i bagien….żenada.

  4. krisss :

    nie wcale nic niepokazywali,wystarcza zeznania rodzin rosyjskich ktore w niewiadomych okolicznosciach stracily synow,dzieci ojcow, a zony mezow….wszyscy jakos dziwnie sluzyli w rosyjskim wojsku…..zaraz powiesz ze to propaganda,ktora rozsylaja rodziny zabitych sponsorowanych przez USA

    • zan :

      Rosja nie wysyła tam poborowych, ale zawodowców i to nie w takich ilościach i na takie misje aby robili za mięso armatnie. Wasiliewa – czołowa działaczka „rosyjska” zajmująca się tymi „zaginionymi” okazała się po krótkim czasie zwykłą banderówą fraternizującą się z bojcami ukraińskich batalionów ochotniczych. Skoro w ukraińskiej TV Bogdan Butkiewicz mówił o koneiczności pozbycia się 5 milionów mieszkańców Donbasu, to chyba nie dziwi, że po stronie powstańczej walczą tubylcy. Dla was to jakieś tabu. Nie chcecie przyznać, że walczycie przeciw własnym zbuntowanym obywatelom. Z drugiej strony odcieliście tamtejkszych emerytów od wypłat, więc jesteście najwyraźniej schizofrenikami.