– najnowsza szósta część kryminału Marka Krajewskiego tym razem rozgrywa się we Lwowie i w Katowicach

Oprócz komisarza Eberhardta Mocka pojawia się jeszcze śledczy ze Lwowa – Edward Popielski, postać cokolwiek podobna do wrocławskiego detektywa. Ma on, co prawda córkę (jest wdowcem, gdyż żona byłaby zapewne zbytnim obciążeniem), ale tak samo jak Mock jest po pięćdziesiątce i zna swoją wartość, co niekiedy objawia się nieco irytującym dla otoczenia sposobem bycia.

Lwów z pięknego zdjęcia

Autor przyzwyczaił już swoich czytelników do ogromnej dokładności w opisie miejsc, będących tłem akcji jego kryminałów. Przenosimy się zatem do Lwowa z jego niezapomnianą atmosferą, co dla rodowitego wrocławianina, jakim jest Marek Krajewski, musiało być zdecydowanie trudniejsze, niż pisanie powieści osadzonej w realiach przedwojennego Breslau. Krajewski wplata też postacie i miejsca realne, aby lepiej odtworzyć klimat miasta, a także rozsmakować czytelnika w lekturze (wspomina m.in. miejsce spotkań lwowskiego koła matematycznego, czyli kawiarnię Szkocką). Rzecz zaczyna się w hotelu na początku roku 1937 r., gdzie młoda dziewczyna zostaje zgwałcona a następnie brutalnie zamordowana. Wydarzenia opowiadane są z perspektywy niezbyt odległej, ale znaczącej – rok 1939 jest końcem pewnego świata, a my wraz z narratorem obserwujemy ów koniec niczym ostatnie zachowane zdjęcie.

Ułomność i katastrofa

,,Głowa Minotaura”, jak i inne książki Marka Krajewskiego, jest powieścią zdecydowanie przeznaczoną dla dorosłych – pisarz znów wyciąga ciemne strony natury ludzkiej, z bezwzględnością, ale też precyzją pokazuje ludzkie wady, całą naszą ułomność. Wachlarz zmysłowych przyjemności, których doświadczają bohaterowie jest dość szeroki – począwszy od kuchni (szczegółowo i niemalże erotycznie opisanej), a skończywszy na rozkoszach seksualnych, częstokroć perwersyjnych. Autorowi świetnie udaje się dość dobrze oddać klimat dekadencji tego czasu, stąd też moim zdaniem trafny jest wybór Breslau, jako miasta-tła całej serii, dla pokazania upadku kultury i cywilizacji zachodniej, chyba najlepiej w tamtych czasach widocznego właśnie w Niemczech. Nie jest to perspektywa globalna – tę część pracy wykonali myśliciele tacy jak Oswald Spengler, José Ortega y Gasset czy Florian Znaniecki, lecz perspektywa mikro – drobnych spraw, pojedynczych przestępstw, upadku obyczajów i norm regulujących ludzkie życie na przestrzeni setek lat, a widzianego z perspektywy zwykłych ludzi. Oczywiście można powiedzieć, że każdy kryminał wymaga czegoś brzydkiego, odrażającego, każdy kryminał musi mieć swoje zaułki – to wszystko prawda, lecz owe zaułki nie zawsze były tak brudne i nie zawsze miały brunatny odcień… Krajewski ukazuje nie tylko przestępców, ale także przeciętnych ludzi, nie zaciera różnicy między przestępcą a resztą, lecz naświetla pewien rys ludzkiej natury, który czyni nas zawsze niedoskonałymi (w perspektywie lektury ,,Głowy Minotaura” jest to bardzo mocny eufemizm) i potencjalnie niebezpiecznymi. Powinno to zainteresować zwłaszcza, jeśli mamy na uwadze to, co moment później stało się z na pozór normalnymi ludźmi postawionymi w sytuacji ekstremalnej, jaką była niewątpliwie II wojna światowa. Człowiek nie rodzi się SS-manem lub banderowcem, coś pcha go w tę stronę, tak jak mordercę skłania coś do zabijania. To pytanie pozostaje otwarte nie tylko na kartach ,,Głowy Minotaura”… Krajewski stara się, abyśmy zachowali swoją sympatię względem, awansowanego do rangi kapitana, Eberhardta Mocka – zmienia miejsce jego pracy z wrocławskiej policji na Abwehrę (wywiad), znacznie lepiej kojarzącą się czytelnikom, choćby ze względu na postawę jej szefa Wilhelma Canarisa (często przypomina się jego udział w spisku przeciw Hitlerowi). Wykształcenie pisarza w dziedzinie filologii klasycznej jest widoczne przez całą powieść – pierwszym śladem jest przywołany w tytule Minotaur, choć dla Krajewskiego nigdy nie była istotna ilość ścieżek, którymi może się kryminał potoczyć, lecz sama atmosfera labiryntu – tak też jest w tej części. Warto odnotować, oprócz licznych łacińskich paremii, próbę odtworzenia przez autora lwowskiego dialektu, obecnie zapomnianego, jak większość kresowych dialektów (należy przypomnieć, że nie istnieje jeden dialekt kresowy, lecz są one odrębne dla poszczególnych regionów, a przynajmniej były takimi do czasów II wojny światowej – dziś istnieją już niestety bardziej historycznie niż jako żywe języki). ,,Głowa Minotaura” jest niewątpliwie ciekawą propozycją – przeniesienie akcji do Lwowa oraz Katowic (Kattowitz) dobrze zrobiło fabule i autorowi, choć wydaje się, że tą powieścią Marek Krajewski wyczerpał formę pisanych przez siebie kryminałów. Każda seria musi mieć kiedyś koniec i chyba powinien on nadejść z lekkim niedopowiedzeniem we Lwowie widzianym oczami końca dwudziestolecia. Miejmy nadzieję, że utożsamienie z własnymi postaciami nie jest tak głębokie, aby do samego autora stosowało się powiedzenie ukute przez niego dla jego bohatera – investigo ergo sum.

Mateusz KędzierskiKresy.pl

Marek Krajewski, ,,Głowa Minotaura”, W.A.B., Warszawa 2009



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz