Donieckie deja vu

– My nie chcemy tutaj tych banderowców, niech oni sobie robią tam po swojemu, a my zrobimy tu po swojemu – mówi jeden z członków samoobrony, która liczy być może nawet kilkaset osób. – My w przeciwieństwie do nich nie chcemy nikomu niczego narzucać, a oni chcą tu zrobić „jedną mowę, jedno państwo, jedną nację” – mówi o zachodnioukraińskich nacjonalistach kolejny człowiek.

Barykady budowane z opon i kostki brukowej, okupowanie budynków administracji państwowej, urządzanie polowej kuchni i kącika medycznego – Donieck postanowił pójść w ślady Lwowa oraz Kijowa i zorganizował własny majdan.

Na Wschodzie Ukrainy mamy do czynienia jeśli nie z jawną, to przynajmniej z pełzającą implozją struktur państwowych rozumianych jako formacje podporządkowane władzom centralnym w Kijowie. W samym centrum wydarzeń – nie tylko na mapie miasta – znajduje się budynek zajmowany przez demonstrantów występujących z hasłami federalizacji Ukrainy, zbliżenia z Rosją lub po prostu przyłączenia do Federacji Rosyjskiej.

Nazywanie Doniecka miastem zrusyfikowanym nie oddałoby właściwego stanu rzeczy. Bliższe prawdy byłoby określenie go mianem miasta z rosyjską historią, które od zawsze funkcjonowało w rosyjskim kontekście, co nie zmieniło się zresztą do dziś. Miasto postawione na stepie przez walijskiego przedsiębiorcę Johna Hughesa zwane Juzówką (od fonetycznego zapisu nazwiska Walijczyka) swoje początki bierze z czasów Imperium Rosyjskiego, z którego różnych części ludzie zjeżdżali tu w poszukiwaniu zarobku. Lingua franca na tym obszarze był język rosyjski i tak pozostało do dziś.

Niemniej, Donbas – którego głównym miastem jest właśnie Donieck (w międzyczasie nazywający się też Stalino) – wytworzył też silną tożsamość lokalną, której najważniejszym elementem jest Republika Doniecko-Krzyworoska, lokalna republika rad utworzona tu przez socjalistycznego działacza wojskowego Artioma (pseudonim Fiodora Siergiejewa) – patrona głównego prospektu miasta. Donbas do dziś dnia uważa się za „serce Ukrainy”, co przejawia się na plakatach i banerach wywieszanych gdzieniegdzie na ulicach miasta.

Ok. 50% mieszkańców miasta to etniczni Rosjanie, mniej więcej podobna liczba to ludzie uważający się za Ukraińców. Odróżnienie ich od etnicznych Rosjan jest w zasadzie niemożliwe, mówią tym samym językiem, wobec czego jedynym kryterium musi być tutaj deklarowana tożsamość narodowa. W takim tyglu, jakim zawsze był Donbas, ta bywa na ogół płynna. Dochodzi do tego jeszcze istnienie tożsamości „russkiej” zakładającej jedność Słowian wschodnich (Rosjan, Ukraińców, Białorusinów), która nie wyklucza też tożsamości ukraińskiej. Cały czas możemy jednak mówić o mieście funkcjonującym w kontekście rosyjskim, który jest tutaj głęboko zakorzeniony i uznawany za własny za swój.

Każdy, kto widział już majdan w Kijowie lub jego lokalny lwowski odprysk, był w stanie przewidzieć, jaki będzie ogólny obraz podobnych zajść na Ukrainie Wschodniej. W budynku Donieckiej Administracji Obwodowej biura są zamieniane na rozmaite „sztaby”, wejścia pilnują specjalne oddziały samoobrony wyglądające niemal identycznie jak ich odpowiedniki ze Lwowa i Kijowa. Funkcjonuje punkt naboru ochotników, w biurach ulokował się też sztab medyczny, na korytarzu kobiety w różnym wieku rozdają kanapki i gorące napoje. „My, russkij narod, musimy się trzymać razem” – zagrzewa kucharki-amatorki jeden z mężczyzn sięgający po jedzenie.

Przed wejściem do budynku pytam na wszelki wypadek, czy mogę robić zdjęcia, dostaję zgodę, ale dla pewności pytam jeszcze raz o to samo wewnątrz na „bramce”. Mam pozwolenie, ale nie mogę robić zdjęć twarzom ludzi, do czego się zobowiązuję:

– A skąd Pan przyjechał? – dostaję pytanie, gdy tylko jeden z członków samoobrony wyczuwa inny niż miejscowy akcent. Wyjaśniam więc, że jestem z Polski. – Oj… Polska o nas bardzo źle mówi – kwituje rozmówca, uśmiechając się lekko. Wyjaśniam, że odpowiadam jedynie za swoje własne słowa, a w Polsce też są różne punkty widzenia na wydarzenia na Ukrainie. Robię jednak użytek ze zgody na robienie zdjęć i przechadzam się po piętrach zajętego budynku administracji. W niektórych miejscach widać jeszcze milicjantów, którzy odpuścili już zupełnie ochronę obiektu.

Na tarasie powiewają flagi Rosji, Białorusi i proklamowanej „Donbaskiej Republiki Ludowej”. Flaga Rosji powiewa też oczywiście na szczycie masztu na budynku i na okolicznych niższych masztach. Dopiero następnego dnia będzie wywieszony sztandar (bądź jego kopia) jednej z jednostek Armii Czerwonej im. Kutuzowa. Flag komunistycznych jest zresztą nadspodziewanie mało, można je zliczyć na palcach jednej ręki. Jednak sentyment do czasów sowieckich jest wyczuwalny, chociaż dotyczy to raczej głównie pokolenia 50+.

Noc spędzam przy koksowniku, a ponieważ co jakiś czas ktoś zadaje mi różne pytania, ujawniam w końcu dla własnej wygody, skąd przyjechałem, wobec czego nie mogę posiadać stosownej wiedzy. Moja deklaracja wzbudza pewne zainteresowanie, dostaję kilka pytań naraz.

– Powiedz mi, czy u was młodzież wie, co to była rzeź wołyńska? – od razu pyta mnie jedna z kobiet w wieku 55-60 lat. Odpowiadam, co sam wiem na ten temat. Potem muszę jeszcze kilka razy odnosić się do tej kwestii, aż w końcu ktoś wyręcza mnie i odpowiada, że już wyjaśniałem swoje stanowisko. Ale pytania nie ustają:

– Jaki jest stosunek do mogił żołnierzy Armii Czerwonej w Polsce? – pyta mnie młoda dziewczyna o imieniu Ola.

– Tam [w Polsce] są dobrzy ludzie, oni szanują te groby – ktoś odpowiada za mnie. Sam tłumaczę, iż szanujemy miejsca pochówku zmarłych, ale stosunek do komunizmu jest jednoznacznie negatywny. W każdym razie staram się wykazać zrozumienie dla losu tych zwykłych ludzi, którzy zostali przymusowo wcieleni do Armii Czerwonej. Nie mogę jednak nie wspomnieć o sojuszu niemiecko-sowieckim z 1939 i zbrodniach ZSRS na Polakach, natomiast jedna z kobiet mówi:

– Pamiętam, jak rozbił się wasz samolot w Smoleńsku, u nas wielu ludzi bardzo wam współczuło, ja sama jechałam na jakieś święto, ale od razu zepsuło mi to nastrój tego dnia.

Ludzie potakują.

– A ja słyszałam, że u was honoruje się tylko tych żołnierzy, którzy walczyli z Armią Czerwoną, ale już nie tych, którzy walczyli z Niemcami.

Próbuję zidentyfikować, co może mieć na myśli donczanka. Niemniej, wyjaśniam, że mieliśmy armię walczącą z Sowietami i Niemcami, której celem była restauracja państwowości polskiej sprzed września 1939. Spotykam się z milczącym zrozumieniem. Dostaję jeszcze pytanie, czy to prawda, że u nas rozwijają się ruchy faszystowskie i znowu muszę opierać się na domysłach. Generalnie nie można zarzucić rozmówcom, by mieli nastawienie antypolskie, choć zdecydowanie brak u nich wiedzy na temat polskiego punktu widzenia historii (a tym bardziej współczesności). Skutki zaniedbań polskiej polityki, która nigdy nie dostrzegała Ukrainy Wschodniej, są jednak widoczne.

– My nie chcemy tutaj tych banderowców, niech oni sobie robią tam po swojemu, a my zrobimy tu po swojemu – mówi jeden z członków samoobrony, która liczy być może nawet kilkaset osób.

– My w przeciwieństwie do nich nie chcemy nikomu niczego narzucać, a oni chcą tu zrobić „jedną mowę, jedno państwo, jedną nację” – mówi o zachodnioukraińskich nacjonalistach kolejny człowiek.

Do rozmowy wtrąca się młoda dziewczyna, z którą wymieniłem wcześniej kilka zdań:

– Lwów i Wołyń do 1939 były przecież polskie – mówi.

– To tutaj jest prawdziwa Ukraina, a Zachód to nie jest żadna Ukraina, ona jest tu – dodaje trzeci mężczyzna.

Grupka młodych ludzi codziennie przyjeżdża z miejscowości oddalonej 50 km od Doniecka, aby brać udział w wiecach wokół zajętego budynku administracji i ochraniać go. Ich tożsamość to splot wszystkich wariantów miejscowej identyfikacji narodowej, z jednej strony uważają swój region za Ukrainę, z drugiej – uznają się za członków świata rosyjskiego. Być może dla nich nie istnieje inna Ukraina niż prorosyjska – tak jak dla Ukrainy Zachodniej nie istnieje Ukraina inna niż kontr-rosyjska. Mentalne różnice między regionami są więc głębokie i od razu zauważalne.

Na końcu rozmówcy pytają mnie jeszcze, czy warunki życia w Polsce poprawiły się po wstąpieniu do Unii Europejskiej, pytali też o ceny podstawowych produktów.

Wiesz, czego zaczęli uczyć moją córkę w szkole? Że Bandera to był bohater! – opowiada znajoma kobieta, którą rozpoznaję kolejnego dnia w tłumie.

– Powiedzieć, że jestem Ukrainką, do końca nie mogę, myśmy tutaj zawsze przyjaźnili się z Rosją, ja jestem „russkaja” – kontynuuje monolog.

Nagle nad centrum miasta przelatują dwa samoloty wojskowe. Od razu rozchodzi się pogłoska, że to samoloty Rosji. Ludzie wiwatują, a moja rozmówczyni rzuca mi się na szyję i całuje jak własnego syna. Nastroje prorosyjskie mają w sobie co najmniej sporą dozę autentyzmu. Wybrzmiewają też postulaty stricte polityczne:

– Niech zabiorą swojego Tarutę, Tymoszenko, Tiahnyboka – mówi spiker przez mikrofon. Ludzie znowu wiwatują. Hasła skierowane przeciwko obecnemu rządowi w Kijowie są wypisywane na oponach, plakatach, kartkach, barykadach, na czym się da. Organizatorzy okupacji są świadomi swoich politycznych celów. Głównym z nich jest referendum dot. przyszłości regionu.

– Ja się tu urodziłam, jestem Ukrainką i nie chcę tutaj tej bandy z Kijowa – mówi jedna z kobiet w wieku ok. 65 lat do kamery telewizji. Wyciąga ukraiński paszport i pokazuje do kamery, wraz z nią robi to kilka innych osób ze szczelnie otaczającego ją tłumu. Jedna z nich pokazuje okładkę z napisem „CCCP”, w której nosi ukraiński paszport, co ma być symbolem nostalgii za starym ustrojem:

– Wszyscy wtedy mieli pracę, a co mamy teraz po 23 latach Ukrainy? – pyta głośno kobieta.

Wczoraj p.o. prezydenta Oleksandr Turczynow zapowiedział, że demonstrujący mają 48 godzin na opuszczenie budynku, który otrzymał już status taki sam jak jednostki wojskowe – ma więc specjalną rządową ochronę i jego odbicie jest teraz kwestią priorytetową. Manifestanci zapowiadają siłowy opór, nie zamierzają się poddać i są gotowi bronić swoich pozycji.

Nowe władze na pewno nie mogą sobie pozwolić na wahanie. Z drugiej strony – rozlew krwi jest tym, co zupełnie się im nie opłaca. Każde wyjście jest więc niedobre.

Czy podobnie może być tym razem? Wszak już raz tego typu majdany, choć o zupełnie przeciwnej orientacji politycznej, zdołały przeciwstawić się władzy centralnej, a nawet ją obalić. Dończanie mogą więc teraz zechcieć wziąć czynny przykład z Kijowa. Wiele wskazuje, że właśnie to jest teraz ich głównym celem.

Marcin Skalski, Donieck



3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

    • adamos1939 :

      Szanowny Panie amstaf358 – skoro mamy „demokratyzować” Ukrainę, co i tak moim zdaniem jest niewykonalne w najbliższym czasie (ale mniejsza o to), to przypominam Panu, że demokracja ma to do siebie, iż pozwala ludziom decydować o swoim własnym losie. 18 września 2014 roku Szkoci będą decydować o swej niepodległości, Katalończycy planują przeprowadzenie swojego referendum niepodległościowego na 9 września 2014 roku, więc nie będzie niezgodne z normami cywilizowanej Europy, żeby i mieszkańcy wschodniej Ukrainy wypowiedzieli się jakiej przyszłości chcą dla siebie. Poza tym, jak mniemam jest Pan entuzjastą Majdanu, więc chyba zna Pan podstawowe hasła (nieważne, że raczej bez pokrycia) dotyczące uczynienia z Ukrainy państwa na wskroś wolnego, demokratycznego, gdzie ludzie będą decydować o własnym losie (tam w kontekście pragnienia stowarzyszenia z UE)… Dzisiejsze działania rządzącej ekipy „pomajdanowej” zdecydowanie pokazują, że chodziło im wyłącznie o władzę, a nie o zmienianie Ukrainy na lepsze. Zachęcam do merytorycznej dyskusji, a nie rzucania pustymi frazesami…

    • vanderbrook :

      P. amstaf358 jest patologicznym rusofobem i germanofilem. Wykazal to swymi wypowiedziami. Polak – patriota bedzie nawolywac do przymierza se wszystkimi silami,ktore wzmacniaja Polske i oslabiaja jej wrogow. Wypowiedzi p. amstaf przeciwko ukrainskim dysydentom nie sa bogate w glebokie analityczne wglady. Dotychczas tylko jedna jego opinia posiadala wartosc dyskusyjna: tzw. Ziemie Odzyskane nigdy nie byly zabrane Polsce przez Niemcow sila.