„Bitwa pod Wiedniem” – nie taki diabeł straszny, jak go malują

Film „Bitwa pod Wiedniem”, nie pretendując do bycia historyczną wyrocznią, naginając od czasu do czasu historyczną prawdę, jest jednak pod względem zgodności z faktami bardziej przyzwoity, niż się to nawet komentującym go historykom wydaje. Pod tym względem jest też dużo lepszy od rosyjskiego „Roku 1612”, z którym to filmem często się go zestawia – uważa dr Radosław Sikora, który specjalnie dla portalu KRESY.PL przygotował omówienie najnowszej włoskiej produkcji opowiadającej o Wiktorii Wiedeńskiej.

Gdy w lutym 2011 roku gruchnęła wieść o planowanej przez Włochów ekranizacji bitwy wiedeńskiej, przyjąłem ją z zainteresowaniem, lecz bez wielkich nadziei na realizację tego filmu. Poprzednie dwie próby, polska i austriacka, zakończyły się fiaskiem na etapie planowania. Dlaczego więc Włochom miało się udać?

Jednak z czasem nadchodzące wieści zaczęły napawać optymizmem. Doniesienia medialne utwierdzały w przekonaniu, że jednak ta, trzecia już w ciągu ostatnich kilku lat próba, zakończy się sukcesem. Sukcesem, czyli wprowadzeniem filmu o naszej wielkiej wiktorii na ekrany kin.

Zanim jednak doczekaliśmy się premiery, wraz ze znajomymi z forum historycy.org, szeroko komentowaliśmy ujawniane zdjęcia z planu filmowego, wywiady z aktorami, czy też w końcu oba trailery. Mimo że produkcji tej życzyliśmy jak najlepiej, nie wszystko wyglądało różowo. Niepokoiło nas wiele rzeczy, jak choćby brak kopii husarzy na tych zdjęciach, które spece od marketingu puścili w obieg (od razu uspokajam – okazuje się, że husarze mają kopie w filmie i całkiem widowiskowo się nimi posługują), czy na przykład mnich stojący na czele cesarskich łuczników (tu też pragnę uspokoić potencjalnych widzów – ci łucznicy, to nie dowód rażącego braku wiedzy filmowców, lecz senna wizja ulubienicy wielkiego wezyra Kara Mustafy). Tuż przed premierą zmroził nas trailer w którym polski orzeł na chorągwi patrzył nie w tę stronę, co powinien. Afera jaka się wokół niego rozpętała miała i swoje dobre strony. Naprędce poprawiono ujawniony błąd i w samym filmie orzeł patrzy już w prawidłowym kierunku. Jednak wraz z „aferą Orła Białego”, zaczęła się rozkręcać nagonka na sam film. Tak, nagonka to wcale nie za mocne określenie. Nie przeczytałem dotąd żadnej recenzji filmu, żadnego doniesienia, które by nie smagały go za wszystkie rzeczywiste i urojone błędy, i niedociągnięcia. Nic więc dziwnego, że idąc do kina w sobotę 13 października, nie liczyłem na wiele. I może dzięki temu film mi się spodobał…

Dzisiaj mogę powiedzieć, że dawno nie spotkałem się z takim rozdźwiękiem między wszelkimi doniesieniami medialnymi na temat jakiejś produkcji, a tym co ona właściwie sobą reprezentuje. Czymże więc jest „Bitwa pod Wiedniem”?

Zacząć trzeba od tego, że film w reżyserii Włocha Renzo Martinellego, którego producentem jest inny Włoch, Alessandro Leone, a który powstał w zdecydowanej mierze za włoskie pieniądze, przy minimalnym tylko wkładzie strony polskiej, NIE JEST filmem historycznym. Alessandro Leone zresztą nie ukrywał tego faktu, w jednym z wywiadów mówiąc:

„Ten film nie powinien być określany jako historyczny, lecz jako przygodowy, nakierowany na dużą oglądalność, na podstawie faktów historycznych

Oczekiwanie więc od tej produkcji całkowitej zgodności z historią jest nieporozumieniem. To tak, jakby oczekiwać od hoffmanowskiej ekranizacji „Potopu”, że będzie ona zgodna nie z jej sienkiewiczowskim pierwowzorem, lecz z historyczną prawdą. Analogia jest tu tym bardziej uprawniona, że filmowa „Bitwa pod Wiedniem” powstała na bazie włoskiej powieści o mnichu Marco d’Aviano, czyli Marku z Aviano.

Niestety duża część krytyki tego filmu bierze się stąd, że traktuje się go jako produkcję historyczną. Wytyka się więc szereg nieścisłości, czy też wprowadzenie do fabuły elementu fantasy, czyli wilka – przewodnika Marka. Sam bym się przyłączył do tego grona, gdyby film rościł sobie pretensje do bycia tym, czym nie jest. Bo prawdą jest, że historię traktuje się w nim swobodnie, modyfikując ją tam, gdzie to uznano za stosowne. Ale powtórzę – nie jest to film historyczny i takim się być nie mieni.

Drugim powodem zawodu, jaki film sprawia kinomanom, jest fakt, że reklamuje się go u nas kładąc nacisk na polskie wątki. Potencjalni widzowie, nakręceni doniesieniami o polskich aktorach i polskim zwycięstwie, idą do kin, by z rozczarowaniem odkryć, że jest to film nie o Polakach, lecz o włoskim mnichu. Tak bardzo reklamowani Jerzy Skolimowski (w filmie jako Jan III Sobieski), Daniel Olbrychski (generał artylerii koronnej Marcin Kątski) i Borys Szyc (hetman koronny – a jaki o tym niżej), to role epizodyczne. A w przypadku dwóch ostatnich aktorów, bardzo epizodyczne. Jeśli więc chcecie iść do kina na ciekawy film kostiumowy opowiadający o przygodach Marka z Aviano i o konflikcie chrześcijaństwa z islamem, to jest to film dla Was. Jeśli chcielibyście śledzić losy polskich żołnierzy i wodzów, to nastawcie się na to, że zobaczycie ich dopiero pod sam koniec filmu. Na szczęście, podkreślę to, na szczęście sposób prezentacji wojsk polskich i samego króla Jana, jest wybitnie nam sprzyjający. A fakt ten niestety umyka krytykom.

Polaków w tym filmie przedstawiono lepiej, niż to wynika z rzeczywistej roli naszej armii w bitwie. Krytycy nie dostrzegają tego, że Włosi zrobili z naszych wojsk głównego autora (nie licząc oczywiście Marka z Aviano) zwycięstwa wiedeńskiego. W filmie pokazano scenę, gdy wodzowie i żołnierze cesarscy uciekają z pola bitwy, nie mogąc wytrzymać naporu Turków. Wtedy to wkraczają Polacy (Sobieski z husarią) i odwracają losy batalii. Jeśli ten film zostanie pokazany w Austrii, to jestem pewien, że ta scena spotka się z miażdżącą krytyką tamtejszych historyków i społeczeństwa. Bo nie jest prawdą, że żołnierze cesarscy uciekli z pola bitwy i że dopiero Polacy uratowali sytuację. Ale dla nas oznacza to, że w 50 krajach, w których ten film będzie wyświetlany, widzowie zobaczą Polaków jako tych, którzy ocalili Wiedeń, cesarza i chrześcijaństwo przed rządnymi podbojów wyznawcami Allaha. Splendor zwycięstwa spada na Polaków. Czy ten fakt może nam się nie podobać? Zwłaszcza, że mówią o nim Włosi, a nie my sami?

Nie jestem krytykiem filmowy, ale zwykłym kinomanem, który nie potrafi fachowo ocenić jakości warsztatu filmowego. Mogę co najwyżej powiedzieć, czy film mi się podobał czy nie, jak go odebrali inni widzowie, których rozmowy po seansie słyszałem i co piszą o nim moi znajomi. Te oceny nie wypadają źle dla filmu, a przynajmniej nie tak źle, jak by to mogło wynikać z publikowanych recenzji. Zdania na jego temat są podzielone. Jednym się film podoba, innym nie. To akurat nic dziwnego. To rzecz zupełnie normalna. Nienormalne jest to, że do mediów przebija się tylko i wyłącznie krytyka. Za co? Nie wchodząc na pola, na których nie czuję się dobrze, pozostanę przy rzeczach, na których się znam, czyli historii.

Jestem autorem książki „Husaria pod Wiedniem 1683”. Pisząc ją, przewertowałem i liczne źródła, i opracowania odnoszące się do tej batalii. To mi daje solidną podstawę do oceny i filmu, i oskarżeń pod jego adresem rzucanych. O ile przyznać trzeba, że część z nich jest w pełni uzasadniona (przykład: mimo że Bawaria została królestwem dopiero w 1806 roku, w filmie jest już ona tak nazwana), o tyle robienie z tego filmu historycznego gniota roku jest mocno krzywdzące. Już przed premierą wyśmiewano się z husarskich skrzydeł, które rzekomo miały być czystą fantazją autorów. Nie są! Część husarzy pod Wiedniem rzeczywiście nosiła skrzydła, o czym pisał jeden z jej uczestników, towarzysz husarski, Szymon Franciszek Pułaski. Co prawda zachowane ilustracje i obrazy wskazują, że nie były to takie wysokie, wyginające się nad głowami jeźdźców skrzydła, które pokazano w tej produkcji, ale one były!

Na marginesie warto dodać, że trudno Włochom stawiać zarzut, że akurat takich skrzydeł użyli, skoro jak dotąd nie powstał żaden polski film, w którym by te skrzydła prawidłowo pokazano. Powiem więcej. Nie ma dzisiaj w Polsce ani jednego rekonstruktora historycznego, który by sobie przyprawił do pleców takie skrzydła, z jakimi jeździli Polacy pod Wiedniem. Czego tu więc wymagać od włoskich kostiumologów, którzy „atakowani” zewsząd obrazami osiemnastowiecznych skrzydeł husarzy (wysokie, wyginające się nad głowami skrzydła, były w użyciu w XVIII a nie w XVII wieku), zdecydowali się właśnie takie w filmie pokazać?

Innym „błędem”, wytykanym twórcom filmu jest rzekoma ahistoryczność twierdzenia o trzystutysięcznej armii Kara Mustafy. Tymczasem „komput wojska tureckiego konnego i pieszego pod Wiedniem” znaleziony w namiocie wezyrskim, podaje liczbę 285 631. Czy wielkość ta rzeczywiście odpowiada liczbie wojowników osmańskich pod Wiedniem, to inna sprawa. Ważne jest, że skoro taki komput istniał, to w roku 1683 przeciwnik tego wojska miał prawo szacować je na 300 tys. I na nic tu ustalenia współczesnych historyków, którzy mocno redukują te wielkości. Po pierwsze, w filmie bardzo wyraźnie i uczciwie stwierdzono, że liczba ta obejmuje nie tylko żołnierzy, ale i liczną rzeszę ludzi ciągnących z wojskiem. Po drugie, zabiegiem ahistorycznym byłoby posługiwanie się przez uczestników wydarzeń 1683 roku danymi, do których doszli historycy dopiero w XX w. Innymi słowy – ludzie w 1683 roku wierzyli w te 300 tys. „wyznawców Allaha”, więc o nich należałoby mówić, a nie o tym, co się historykom dziś wydaje.

Idźmy dalej. W jednej z recenzji przeczytałem ze zgrozą:

„Co więcej, film obraża wyznawców Islamu, ignorancko prezentując słuszność wiary tylko w jednego Boga, którym z pewnością nie jest Allah”

Tak więc z jednej strony zarzuca się filmowi historyczne błędy, a z drugiej oczekuje, że będzie on politycznie poprawny, co jest zupełnie ahistoryczne. Wyjaśnię, że w filmie wielokrotnie dochodzi do polemik ojca Marka z Aviano z wyznawcami Islamu, na temat „prawdziwej wiary”. Oczywiście katolicki mnich prezentuje jednoznaczne poglądy. Ale czyż może być inaczej? Jak w ogóle można od siedemnastowiecznego kapucyna wymagać, aby na równi traktował swoją wiarę i wiarę w Allaha? Byłoby to kuriozalne. Jeśli cokolwiek zabija prawdę historyczną, to jest tym właśnie polityczna poprawność.

W filmie pokazano obie strony konfliktu, jako głęboko wierzące w swoich Bogów. I bardzo dobrze, bo ludzie tamtej epoki nie uważali, że „wszystkie religie są równe”. Gdy po wygranej bitwie wiedeńskiej Jan III Sobieski zaczynał swój list do papieża słowami „Venimus, vidimus et Deus vicit” (czyli „Przybyliśmy, zobaczyliśmy i Bóg zwyciężył”), to z pewnością nie chodziło mu o jakiegoś uniwersalnego boga i katolików, i muzułmanów.

Film „Bitwa pod Wiedniem”, nie pretendując do bycia historyczną wyrocznią, naginając od czasu do czasu historyczną prawdę, jest jednak pod względem zgodności z faktami bardziej przyzwoity, niż się to nawet komentującym go historykom wydaje. Pod tym względem jest też dużo lepszy od rosyjskiego „Roku 1612”, z którym to filmem włoską produkcję często się zestawia. Rzecz jasna, „Bitwy pod Wiedniem” nie należy traktować jako podręcznika historii. Ale też nie takie jest zadanie tego typu filmów. Moim zdaniem, największą ich zaletą (piszę tu także o „Roku 1612” i o innych filmach kostiumowych) jest to, że zaintrygują one widza na tyle, że sięgnie po solidne opracowania, żeby sprawdzić, jak to było naprawdę. Co jest, a co nie jest fikcją. Tak się właśnie zaczyna fascynacja historią. Dlatego też uważam, że naturalnym celem takich filmów jest młodzież szkolna. Tak wyśmiewane wycieczki szkolne do kina, nie mają za zadanie uczyć historii, ale tą historią zaintrygować. „Bitwa pod Wiedniem” ma na to duży potencjał. Bo w końcu, po tylu latach doczekaliśmy się filmu pokazującego husarię zwycięską, a nie topiącą się w błocie („Ogniem i mieczem”), czy rozbijaną przez rosyjską jazdę pomiestną („Rok 1612”).

Mógłbym w tym miejscu skończyć pisanie swoich refleksji o filmie, ale obiecałem wcześniej wrócić do postaci granej przez Borysa Szyca. Jest to dla mnie osobiście temat zagadka. W zapowiedziach medialnych twierdzi się, że to hetman wielki koronny Mikołaj ADAM Sieniawski. Byłoby to dosyć osobliwe, gdyż hetmanem wielkim koronnym był wówczas Stanisław Jan Jabłonowski, a hetmanem polnym koronnym Mikołaj HIERONIM Sieniawski. W samym filmie nie pada żadne nazwisko, więc skąd pomysł, że to „hetman wielki koronny Mikołaj Adam Sieniawski”? Czyżby media coś przekręciły, czy też twórcy filmu tu nawalili? Nie wiem. Ale skoro ci ostatni pozytywnie zareagowali na „aferę Orła Białego”, wprowadzając odpowiednie zmiany, to może by i tę sprawę „odkręcili”? Czego życząc i sobie, i Państwu, zachęcam do obejrzenia tego filmu i samodzielnej jego oceny.

Dr Radosław Sikora



1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz