Wspomnienia o dziadku-Sarmacie

Raz – mówił – zagnaliśmy Niemców aż pod Neple (również dziedziczne dobra jego); zapędziłem się zbytnie, otoczony i pojmany byłem. A że dwór nepelski, gdzie nieprzytomny [nieobecny] ojciec mój, Andrzej, mieszkał, był niedaleko, tam mnie zaprowadzono. Radzi sobie byli Niemcy jak gdyby u siebie. Podchmieliwszy głowy, zaczęli na fryzach swoich harcować. Choć jak jeniec pilnie strzeżony, rzekłem do nich: Gdybyście mi pozwolili wsiąść na konia mego, dopiero byście postrzegli, co to koń dobry; zezwoliły Niemcy, wsiadłem, dość wysoki parkan opasywał dziedziniec. Zacząłem wspinać się, puszczać w zawód, zatrzymywać na miejscu; pobawiwszy nieco Niemców, raptem od ganku puściłem się w cwał, przesadziłem przez parkan, i tyle mnie widziano.

Wspomnienia o dziadku-Sarmacie

W staropolskich pamiętnikach zdumiewająco rzadko pojawiają się opisy dziadków. Może dlatego, że wnuki rzadziej niż dziś miały okazję cieszyć się ich obecnością? Jednym z nielicznych wyjątków są wspomnienia urodzonego w 1758 roku Juliana Ursyna Niemcewicza. Poniżej zamieszczam ich treść. Dziadek Juliana jawi się w nich jako typowy dla swojego czasu hojny, bogobojny Sarmata, lubiący gawędzić o dawnych czasach i swych wojennych przygodach.

„Niewiele wspomnień wczesnego poranku mego zostało w pamięci. Pamiętam jednak, że o mało pół milę wozili mnie rodzice do Klenik, gdzie osiemdziesiątletni dziad mój, Aleksander Ursyn Niemcewicz, mieszkał. Był to zawiędły starzec, latami już skurczony, lecz jeszcze czerstwy. Dwór klenikowski, w trójnasób obszerniejszy od skokowskiego [gdzie urodził się i pierwsze lata życia spędził Julian Ursyn Niemcewicz], przed stem laty budowany był z rdzeni jodłowego drzewa; komnaty jego obszerne i wysokie, położenie na wzgórzu, nad samą Lśną, ciemne lasy okrążały horyzont.

Raz gdy z rodzicami i małym bratem moim Janem pojechaliśmy do Klenik, jużeśmy tam zastali stryja mego, Franciszka Ursyn Niemcewicza z Nepel, sędziego brzeskiego, z żoną i czworgiem dzieci: Stanisławem, Ignacym, Marcelą i Eleonorą. Był to obiad familijny, na którym barszcz zabielony, flaki, pieczenia huzarska i inne podobne przysmaki figurowały. Po obiedzie dziad mój, widząc się tak licznie w pokoleniu swoim odradzającym, każdemu z wnuków darował po dwa tysiące [tynfów] i poszedłszy do pobocznego pokoju, gdzie były skarby jego, wyniósł worki i wraz 12 000 tynfów[1] wyliczył.

Mówiono o gospodarstwie; dziad mój wyniósł próbę pędzonej u siebie okowitki, a na dowód, jak mocna, nalał ją na posadzkę i zapalił. Z jakimże zadziwieniem w 40 lat, po pierwszym powrocie moim z Ameryki, gdym siostrę moją Krassowską odwiedzał w Klenikach, znaki wypalenia tego jeszczem znalazł w podłodze i jeszcze tam trwają.

Dziad mój, urodzony w r. 1681, jeszcze króla Jana zapamiętał; za Augusta II służył w znaku pancernym i z stroną króla Stanisława Leszczyńskiego trzymał. Lubił opowiadać o utarczkach swoich z Sasami.

‚Raz – mówił – zagnaliśmy Niemców aż pod Neple (również dziedziczne dobra jego); zapędziłem się zbytnie, otoczony i pojmany byłem. A że dwór nepelski, gdzie nieprzytomny [nieobecny] ojciec mój, Andrzej, mieszkał, był niedaleko, tam mnie zaprowadzono. Radzi sobie byli Niemcy jak gdyby u siebie. Podchmieliwszy głowy, zaczęli na fryzach swoich harcować. Choć jak jeniec pilnie strzeżony, rzekłem do nich: Gdybyście mi pozwolili wsiąść na konia mego, dopiero byście postrzegli, co to koń dobry; zezwoliły Niemcy, wsiadłem, dość wysoki parkan opasywał dziedziniec. Zacząłem wspinać się, puszczać w zawód, zatrzymywać na miejscu; pobawiwszy nieco Niemców, raptem od ganku puściłem się w cwał, przesadziłem przez parkan, i tyle mnie widziano.’

Pokazywał nam [dziadek] jeszcze pancerz swój, sajdak z strzałami i łuk, dodawał, że znał jeszcze w Brześciu dwóch rzemieślników, którzy łuki i sajdaki robili. […]

W roku 1765 dziad mój, już podeszły [wiekiem] i upadły na nogi, zdał cały majątek na synów. Wtenczas Kleniki, piękny i znaczny majątek, przypadły na ojca mego […] Porzuciwszy więc szczupłe mieszkanie w Skokach przemieściliśmy się do obszernego dworu w Klenikach. Dziad mój po pół roku raz u jednego, drugi raz u drugiego z synów siadywał. Już wcale chodzić nie mógł na nogi. Pamiętam, jak w atłasowym czarnym żupanie, przepasany paskiem św. Franciszka, siedział na wielkim krześle. Na małym przed nim stoliku leżała duża okrągła złota tabakiera wyrabiana w floresy, z sześcią wokoło szmaragdami, we środku na czarnej emalii wybijane złotem żurawie. Już był szanowny ten starzec wielce na umyśle i pamięci podupadł, modlił się, niekiedy o dawnych czasach rozprawiał.

We dwa lata wraz bardziej słabić i prędkim zgonem zagrażać począł. Na sześć niedziel przed śmiercią ojciec mój posłał do Brześcia po jezuitę księdza Pierzchlińskiego; ten go nie odstepował, ustawicznie modląc się z nim lub nad nim. Zbliżyła się na koniec ostatnia godzina, przejęty trwogą i żalem, zawołał, mnie i maleńkiego brata mego ojciec: klęknęliśmy przy łożu umierającego, ten ostatnich sił dobywszy kładł ręce na głowy nasze i błogosławił. W kilka godzin, o jedenastej przed północą, żyć przestał. Było to właśnie o Wszystkich Świętych r. 1767.”[2]

dr Radosław Sikora

Przypisy:

1Była to kwota ogromna. Dość powiedzieć, że rząd „wielki husarski”, wykonany w Krakowie z blisko 3,8kg srebra, wysadzony turkusami i rubinami, z pozłacanymi nagłówkami, podpiersieniem i podogoniem, kosztował 900 tynfów. (Tomasz Ciesielski, Armia koronna w czasach Augusta III. Warszawa 2009. s. 446).

2Julian Ursyn Niemcewicz, Pamiętniki czasów moich. t.1. Opr. Jan Dihm. Warszawa 1958. s. 36-37, 40-41.



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz