To zatrważające, że nawet w obliczu podniesienia kurtyny w czasie niedawnego szczytu Partnerstwa Wschodniego i odsłonięcia ról politycznych, jakie grają na niej aktorzy, Polska nadal chce odgrywać rolę Papkina – wojowniczego w swej retoryce, a w rzeczywistości słabego pieniacza, który może tylko doigrać się guza.

Szczyt Partnerstwa Wschodniego, jaki niedawno odbył się w Rydze powinien zweryfikować nadzieje polskich elit na to, że będą wykorzystywać Partnerstwo, a poprzez nie całą Unię, jako taran swojej antyrosyjskiej polityki. Powinien, ale jak na razie realnej oceny rzeczywistości międzynarodowej w Warszawie brak.

Odbywający się w dniach 21-22 maja w łotewskiej Rydze szczyt Partnerstwa Wschodniego był pierwszym, który musiał zmierzyć się z realiami kryzysu ukraińskiego. To właśnie odmowa prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE na poprzednim szczycie PW, który obradował 28-29 listopada 2013 r. w Wilnie, była detonatorem protestów na Majdanie, które odpaliły polityczny, społeczny a w końcu militarny konflikt, w który z kolei interweniowała Moskwa. Następca Janukowycza – Petro Poreszenko jechał na szczyt by odciąć kupony od rewolucji, która wyniosła go do władzy, a którą część Ukraińców przeprowadziła właśnie pod hasłem integracji ze strukturami zachodnimi. W ich mniemaniu integracja ma zmienić głęboko i na lepsze uwarunkowania ekonomiczne i polityczne ich egzystencji. Poroszence udało się wcześniej uzyskać gwarancję, że od 1 stycznia 2016 r. umowa stowarzyszeniowa zacznie już w pełni funkcjonować. Było to o tyle łatwe, że rozwiązanie takie jest w interesie unijnych producentów, którzy otrzymają wolny dostęp do ukraińskiego rynku. Choć może to przynieść katastrofalne skutki dla ukraińskich przedsiębiorstw czy rolników, kompletnie nieprzygotowanych do takiej konkurencji, dla władz ukraińskich, tak jak po 1989 r. dla elit polskich, absolutnym priorytetem staje się jak najszybsza integracja z UE i NATO.

Poroszenko zdając sobie najwyraźniej sprawę z niemożliwości uzyskania konkretnej deklaracji strony unijnej w kwestii tak określonego celu strategicznego, liczył, czemu dał wyraz w szeregu wystąpień bezpośrednio przed szczytem, na ściślejsze określenie perspektywy zniesienia przez Unię wiz dla obywateli ukraińskich chcących wjechać do strefy Schengen. Deklaracja taka wzmocniłaby poparcie społeczne dla prezydenta, który w ciągu roku musiał firmować szereg wojskowych porażek na froncie donbaskim. Spora cześć Ukraińców widzi bowiem ratunek dla siebie i swoich rodzin w emigracji, o czym już świadczą masowe wyjazdy na zachód i do Rosji. Emigracja pomogłaby także rozładować niezadowolenie społeczne w kraju. Ukraińscy politycy z pewnością wyciągnęli wnioski z przykładu Polski. Unia dała polskim elitom wentyl bezpieczeństwa. Zamienienie kraju w rezerwuar taniej siły roboczej pozwala polskim elitom, wraz z jej wypluwaniem na zachodnie rynki, pozbywać się problemów związanych z bezrobociem i frustracjami najbardziej nim zagrożonych najmłodszych grup społecznych, zawsze najbardziej skorych do politycznego radykalizmu. Zniesienie wiz pozwoliłoby na masowe wtargnięcie Ukraińców na unijny czarny rynek pracy. Będzie to oznaczać problem dla polskich emigrantów zarobkowych, którzy zetkną się z konkurencją znacznie tańszej siły roboczej.

Dorobek szczytu

Jednak unijni przywódcy wylali na głowy Ukraińców kubeł zimnej wody. W punkcie 2 deklaracji szczytu potwierdzono jedynie „suwerenne prawo każdego z partnerów do swobodnego wyboru celów do których dążą w stosunkach z Unią Europejską”. Można to traktować jako rozwodnienie nadziei tych, którzy postrzegali Partnerstwo jako mechanizm przygotowywania państw partnerskich do integracji z Unią Europejską. Zapis taki jest jednak oczywistym uznaniem realiów, w których połowa z państw PW, to jest Armenia, Azerbejdżan i Białoruś, wcale o integracji nie myślą, a które próby ingerowania przez Unię w ich politykę wewnętrzną w ramach implementacji „europejskich standardów” uznają za największą przeszkodę w budowaniu konstruktywnych relacji.

W punkcie 3 deklaracji, konferujące strony uznały za stosowne odnieść się do „działań przeciw Ukrainie i Gruzji” i poprzeć „integralność terytorialną, niepodległość i suwerenność wszystkich swoich partnerów”, zastrzeżono jednak, że PW „nie jest skierowane przeciw komukolwiek”, zaś Unia chce „przywrócić zaufanie i pewność na naszym kontynencie”. W czwartym punkcie odniesiono się ze swoim poparciem wprost do Ukrainy, wezwano strony konfliktu w Donbasie do wypełniania porozumień mińskich, wypracowanych de facto całkowicie poza jakimkolwiek wpływem instytucji unijnych. Jednocześnie zaznaczono, że popiera się „wszystkie wysiłki w formacie normandzkim” (klubowa dyplomacja przywódców Francji, Niemiec, Ukrainy i Rosji) a także „ceni wkład Białorusi”, która była gospodarzem wrześniowych i lutowych negocjacji w tym formacie. W punkcie tym mowa jest o „bezprawnej aneksji Krymu”. Tu jednak szczyt poniósł polityczną porażkę, bowiem votum separatum wobec tego zapisu zgłosiły Armenia i Białoruś.

W punkcie 6, określającym cel PW jako „długofalowe reformy i modernizację” oraz „rozwój trwałych stosunków między UE i jego sześcioma suwerennymi, niezależnymi partnerami”. Znów podkreślono wyraźnie, jak nigdy przedtem, dywersyfikację Partnerstwa w zależności od celów rządów państw partnerskich. Jednak już w punkcie 7 fundament i ramy, w jakich działa PW określa się jako „demokrację”, „przestrzeganie praw człowieka” i „nadrzędność prawa”. W dodatku punkt 13 wprowadza kolejny aspekt ideologiczny do Partnerstwa – „równość płci” (Genders) jako „nowy perspektywiczny kierunek współpracy”, zaś punkt 17 konieczność ustalenia konsensusu wobec zmian klimatycznych już w grudniu na konferencji w Paryżu. Dokument zawiera więc sprzeczności, bo przecież cześć państw objętych partnerstwem interpretuje pojęcia demokracji i państwa prawa całkowicie inaczej niż Bruksela i państwa zachodnie. Jedynie w punkcie 9 mowa jest o „integracji ekonomicznej” na mocy podpisanych z Gruzją, Mołdawią i Ukrainą umów stowarzyszeniowych. Mowa jest o „makrofinansowej” pomocy dla tej ostatniej w punkcie 21. W tak bardzo interesującej Ukraińców kwestii mowa jest jedynie o satysfakcji z „postępu” jaki Ukraina i Gruzja osiągnęły na drodze do bezwizowego reżimu granicznego. Konkretny jest natomiast punkt 28 dotyczący bezpieczeństwa energetycznego, ewokujący konieczność dywersyfikacji dostaw surowców strategicznych do Europy, w którym wprost wymieniona jest koncepcja „Południowego Korytarza Gazowego” i podkreślone jest znacznie Azerbejdżanu i Gruzji dla jego realizacji.

Deklaracja pozostaje więc obrazem impasu inicjatywy Partnerstwa Wschodniego. Pozostaje wewnętrznie sprzeczna – z jednej strony wskazuje na konieczność niuansowania relacji w zależności od państwa partnerskiego (w takim razie po co sama formuła Partnerstwa?), z drugiej ciągle nie pozbawiona jest ambicji miękkiego kolonializmu, to jest przebudowy systemów politycznych, czy samej kultury politycznej państw sąsiednich, tak jakby przygotowywano je do włączenia do UE. Tyle, że nawet śladu tego typu obietnicy w dokumencie brak. Brak jej nawet w kwestii tak konkretnej jak perspektywa liberalizacji ruchu granicznego

Słuszne konstatacje i mylne wnioski

Krzysztof Rak, członek zarządu Ośrodka Analiz Strategiczny w krótkim komentarzu dla portalu Onet.pl z 23 maja ocenił stanowczo, że szczyt dokonał „podziału stref wpływów w Europie. W jego ramach przywódcy zachodni zapewnili Putina, że zastopują ekspansję NATO i UE” na wschód. W oskarżycielskim tonie napisał o „nieformalnym układzie”. Z wnioskiem tym można się zgodzić, co najwyżej dziwić musi sensacyjny ton publicysty. W polityce wschodniej głównych unijnych graczy – Francji, a szczególnie Niemiec, w ciągu ostatnich 12 lat, a już szczególnie w ich postawie wobec kryzysu ukraińskiego, brak jakichkolwiek sygnałów by chciały one angażować się rozważaną w Warszawie ofensywę przeciw Rosji. To właśnie ministrowie spraw zagranicznych Francji i Niemiec, wraz z Radosławem Sikorskim, doprowadzili do zawarcia 21 lutego 2014 r. kompromisowego porozumienia, które mogło zapobiec zbrojnemu konfliktowi na Ukrainie, a które zostało odrzucone przez ruch demonstracyjny na Majdanie – dzień później demonstranci po prostu rozpędzili ukraińskie władze. W ramach negocjacji w formacie normandzkim, stanowczo odmawiając usankcjonowania działań Rosji i separatystów, Angela Merkel i Francois Hollande dążą de facto do jak najszybszego zamrożenia konfliktu. Zdaje się to świadczyć o tym, że po otwarciu rynków Ukrainy w związku z wejściem w życie pełni zapisów umowy stowarzyszeniowej, Francja i Niemcy chcą pozostawić Ukrainę w roli państwa buforowego, takim jakim była przed rewolucją Majdanu. Dodajmy, że jest to w obecnych realiach wyjście najlepsze z możliwych. Takie właśnie rozwiązanie gwarantuje osiągnięcie jakiegoś stabilnego politycznego prowizorium. To raczej strategia odpychania Rosji, w jaką w zeszłym roku wpisały się nowe władze Ukrainy, doprowadziła do największych od 1989 r. napięć w Europie. To raczej forsowanie tej strategii przez polskie elity stawia nasz kraj w sytuacji niebezpieczeństwa i rozlewa materiał palny pod konflikt o nieobliczalnych skutkach.

Rak przedstawiając słuszną konstatację wysnuwa mylne wnioski i postulaty. Zaprzecza sam sobie, gdy najpierw wspomina o faktycznym podziale strefie wpływów, by zaraz potem straszyć Polaków iż obecna sytuacja „otwiera ten region na wpływy Moskwy i czyni go rodzajem szarej strefy bezpieczeństwa”. Nie trudno zauważyć, że wniosek taki podniesiony w stosunku do Polski niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Polska jest obecnie w sensie strategicznym, także poprzez przekształcenia w naszej armii, w której przez lata rozwijano głównie komponent wojsk specjalnych i przystosowywano ją do działań ekspedycyjnych, marchią Stanów Zjednoczonych. W sensie ekonomicznym jesteśmy właściwie peryferiami gospodarki niemieckiej. W sensie prawno-instytucjonalnym i politycznym jesteśmy zaś częścią nowego typu podmiotu wykraczającego daleko poza formę organizacji międzynarodowej – Unii Europejskiej, na rzecz której dokonaliśmy cesji całego szeregu niegdyś suwerennych prerogatyw. W istocie jesteśmy poddani przemożnym wpływom, z pewnością nie są to jednak wpływy Moskwy.

Wbrew temu co pisze Rak, którego krótki komentarz stał się przyczynkiem dla moich rozważań, bo wyraża krótko i dobitnie to co mówią i piszą legiony polskich analityków czy publicystów, próżno było szukać w rosyjskiej polityce, zazdrośnie i jak możemy się przekonać także brutalnie, strzegącej swoich wpływów w strefie poradzieckiej, prób wkroczenia nad Wisłę, czy szerzej do Europy Środkowej. Wprost przeciwnie, nawet jeśli Rosja bagatelizuje stanowisko polityczne warszawskich władz (przy czym zwykle jest ono takie, że trudno o jakąkolwiek konstruktywną interakcję), nawet jeśli stara się marginalizować Polskę, to z pewnością liczy się ona z wpływami Niemiec. Widać to bardzo dobrze właśnie teraz, gdy sama Moskwa najwyraźniej pracuje na rzecz zamrożenia konfliktu w Donbasie. Media rosyjskie i ukraińskie doniosły o budowie fortyfikacji wzdłuż obszarów opanowanych przez donbaskich separatystów, które mają uszczelnić granicę i wzmóc kontrolę nad ruchami tych ostatnich. W zeszłym tygodniu przewodniczący fantomowego parlamentu równie fantomowej federacyjnej Noworosji Oleg Cariow, jak i minister spraw zagranicznych realnie funkcjonującej Donieckiej Republiki Ludowej Aleksandr Kofman obwieścili fiasko „projektu Noworosja”, przyznając, że nie ma on sensu bez innych obwodów wschodniej i południowej Ukrainy historycznie określanej tym terminem. To samo powtórzył w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” członek separatystycznego parlamentu w Doniecku Mirosław Rudenko. Ostatecznie w zeszłym tygodniu sam rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow uznał terytorium opanowane przez separatystów, zresztą kolejny raz, za formalną część Ukrainy. Niemiecki tygodnik „Der Speigel” nie bez podstaw uznał więc, że także Rosja chce obniżenia napięć. Wbrew polskim strachom o „rosyjskich czołgach w Jaworowie” pod polską granicą, przez cały okres konfliktu polityka rosyjska nastawiona była właśnie na stworzenie jakiejkolwiek kotwicy, która, tak jak wąski pas Naddniestrza w przypadku Mołdawii, powstrzyma dryf Ukrainy do zachodnich struktur integracyjnych. I to jej się udało. Tyle, że to nijak nie oznacza egzystencjalnego zagrożenie dla Polski.

Europa Środkowowschodnia nie istnieje

Jeśli przyjąć ewokowaną przez Krzysztofa Raka tezę o faktycznym funkcjonowaniu w Europie stref wpływów obrócona zostaje wniwecz cała jego geopolityczna wizja, podzielana zresztą przez cały nasz główny nurt polityczny i opiniotwórczy. Oznacza to bowiem, że w sensie geopolitycznym nie istnieje nic takiego jak Europa Środkowowschodnia. Istnieją natomiast dwa regiony całkowicie odrębne ze względu na swoje uwarunkowania, przesłanki i interesy funkcjonujących w nim aktorów. Istnieje Europa Wschodnia – na wschód od Bugu, łuku Karpat i Dniestru, w której poradzieckie państwa stoją w obliczu hegemonicznej Moskwy. Istnieje Europa Środkowa na zachód od tak rozumianego limesu, w ramach formalnych struktur Unii Europejskiej oraz strefy wzmożonego działania mechanizmów globalnego turbokapitalizmu. W istocie te struktury i mechanizmy ograniczają podmiotowość polityczną i moc sprawczą postkomunistycznych państw w tym regionie w stopniu większym nawet, niż posługująca się w swojej strefie wpływów prymitywnymi narzędziami Moskwa. Dodajmy, że ekspozycja Europy Środkowej (już i tak speryferyzowanej wobec głównych państwa zachodnich) na oddziaływanie globalnego turbokapitalizmu może stać się wkrótce jeszcze bardziej dojmująca, po wdrożeniu transatlantyckiej strefy wolnego handlu (TTIP). Według wstępnych informacji na temat transatlantyckiego paktu może on oznaczać wzmocnienie stosunków hegemonii i nierówności, a nawet sformalizuje przewagę międzynarodowych korporacji nad władzami państw.

Tymczasem to najzupełniej realne dla podmiotowości Polski i Polaków zagrożenie, nadwiślańskich publicystów, analityków i think-tanki zajmuje w niewielkim stopniu, albo przedstawiane jest wręcz jako historyczna konieczność. Nic dziwnego – w perspektywie w której Polska polityka bierze sobie za cel ścieranie się z Rosją o Donbas, kiedy część z polskich komentatorów cieszy się z napięć między Waszyngtonem i Moskwą uważając to za doskonałą okazję by Polska znów odnalazła się w roli przedmurza zmitologizowanego zachodu, kwestia podmiotowości Polski w ramach ewoluujących zachodnich struktur w ogóle nie istnieje. A już szczególnie podmiotowości wobec Waszyngtonu.

Krzysztof Rak komentując wyniki szczytu Partnerstwa Wschodniego i konstatując dążenie kluczowych graczy unijnych do zamrożenia konfliktu ukraińskiego twierdzi, że „Jeśli Ukraina znajdzie się w rosyjskiej strefie wpływów, to straci status państwa buforowego”. Zastanawiam się przez jak grube szkła okularów o określonym ideologicznym zabarwieniu trzeba patrzeć by w ten sposób odmalować sytuację. Ukraina, wskutek ulicznej rewolucji ma najbardziej prozachodni rząd i prezydenta w historii, którzy w atmosferze wojennej prowadzą przeciwrosyjską politykę, w której to atmosferze opozycja polityczna została całkowicie zmarginalizowana. Sięgnięcie po militarną siłę było właśnie aktem rosyjskiej desperacji, a ten zastaw terytorialny jaki Moskwa wzięła na Krymie i jaki stanowią separatystyczne para-państwa w Donbasie, był jedynym narzędziem zatrzymania Ukrainy w jej drodze na zachód i utrzymania jej właśnie w roli bufora, jakim nasz wschodni sąsiad był przez cały okres od rozpadu ZSRR do rewolucji Majdanu. W realiach wejścia w życie umowy stowarzyszeniowej UE i Ukrainy Rosjanie walczą już tylko o utrzymanie jej właśnie w roli strategicznego bufora, to jest niedopuszczenia do jej wchłonięcia w zachodnie struktury polityczne a tym bardziej wojskowe. W tej chwili Ukraina jest frontem, rozsadnikiem napięcia i konfliktu na skalę kontynentalną, potencjalnego zagrożenia dla nas wszystkich. To od polityki państw zachodnich, także Polski, zależy dziś, czy Ukraina stanie się ponownie buforem i miejscem wygaszenia konfliktu. Trzeba się będzie jednak pogodzić z pozostaniem zastawu terytorialnego w rękach Putina.

Podmiotowość trzeba wyrwać od zachodu

Tymczasem Rak twierdzi, że bezpieczeństwo Polski poprawi się, jeśli będzie ona przeciwdziałać zamrożeniu konfliktu Ukrainy, jeśli będzie się opierać przywrócenie jej buforowego statusu, jeśli sama będzie się pchać na front ukraińskiego konfliktu. Rak wzywa de facto do zrobienia z Polski tego przed czym werbalnie ostrzega – państwa frontowego, konfrontującego się w dodatku także z czołowymi graczami unijnymi, których niechęć do polityki ofensywy przeciw Rosji przecież stwierdza. Rak widzi rozwiązanie w objęciu przez Warszawę roli lidera Europy Środkowej, co już właściwie trudno komentować. Wszystkie kluczowe dla Polski państwa regionu – Czechy, Słowacja, Węgry, Austria odwróciły się do nas plecami, właśnie ze względu na naszą politykę wschodnią. Optykę warszawskich elit podzielają tylko odległa Rumunia i mające nikły potencjał państwa bałtyckie.

To zatrważające, że nawet w obliczu podniesienia kurtyny w czasie niedawnego szczytu Partnerstwa Wschodniego i odsłonięcia ról politycznych, jakie grają na niej aktorzy, Polska nadal chce odgrywać rolę Papkina – wojowniczego w swej retoryce, a w rzeczywistości słabego pieniacza, który może tylko doigrać się guza. Przecież polska delegacja nie zajmowała się na szczycie niczym innym niż tylko uzyskaniem dal Ukrainy jak najdalej idących obietnic, a po jego zakończeniu minister Schetyna i premier Kopacz, nie kryjąc niezadowolenia, gromko deklarowali, że będą działać na rzecz „zbliżenia Ukrainy do Europy”.

Poniekąd, niczym literacki pierwowzór, Polska odgrywa w na scenie międzynarodowej rolę harcownika na posyłki. W gruncie rzeczy bowiem z takiej jej polityki korzyści odnoszą jedynie USA, dla których konflikt na Ukrainie jest zręcznie rozgrywanym polem zapędzenia Moskwy do odpowiedniego szeregu w rysującej się wielkiej konfrontacji z Chinami, a co najmniej poważnego osłabienia Rosji w sytuacji gdy jak na razie bliżej jej do Pekinu. Oczywiście konfrontacja Unii Europejskiej i Rosji znacznie ułatwia Amerykanom wciągnięcie tej pierwszej do transatlantyckiej strefy wolnego handlu, która na powrót umocni hegemonię Waszyngtonu w Europie a Polskę obróci w peryferię peryferii. Właściwa polityka upodmiotowienia naszego kraju polegać powinna nie na obronie przed nie grożącą nam rosyjską okupacją, lecz na odzyskiwaniu suwerenności z rąk formalnych i nieformalnych struktur mających swoje centra na zachodzie, w tym na obronie przed ekonomiczną eksploatacją, która przyniosła nam społeczną ruinę w postaci masowej emigracji do centrum systemu gospodarczego, w którym pełnimy rolę rolniczego zaplecza i zagłębia taniej siły roboczej. Formułowanie tego typu wniosków jest o tyle łatwe, że jedno państwo Europy Środkowej od kilku lat prowadzi już taką suwerenną politykę z pełną konsekwencją. Jak do tej pory przynosi ona znaczne korzyści jego obywatelom. W Budapeszcie potrafią sobie jednak wyobrazić swoje państwo jako coś więcej niż czyjeś przedmurze.

Karol Kaźmierczak




Zbierzmy 1000 stałych darczyńców i wyłączmy wszystkie zewnętrzne reklamy na Kresach. Pomóż nam zbudować solidną dziennikarską platformę, publikującą ekskluzywne, wysokiej jakości informacje, opinie i analizy, utrzymującą się wyłącznie dzięki zaufaniu Czytelników.

Kresy.pl są w 100% oddolną obywatelską inicjatywą, nie stoją za nami ani medialne konsorcja, ani rządowe dotacje. Naszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim formom manipulacji opinią publiczną w Polsce. W dobie wojny informacyjnej nie ma zadania bardziej palącego niż odpowiedzialne wspieranie zaufanych mediów.

Wyłącz reklamy

Wesprzyj jednorazowo

8 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

    • Avatar
      vileyko :

      Twoj dziadek mial racje i rada na to jest jedna: wstac z czworaka, zacisnac posladki i na poczatek dawac w pysk kazdemu kto probuje dobrac sie do tylka, przestac zachowywac sie jak ulicznica ktora szuka alfonsa do ochrony, olac niezauwazalnie i z klasa amerykanow i niemiaszkow i pomyslec kogo latwiej jest tu wykorzystac do wlasnych celow – ruskich czy ukrow?

      • wojewodamichal1
        wojewodamichal1 :

        @ Vileyko pomijam analogię o ulicznicy, która wydaje mi się „specyficzna”. Nie mniej Polska nie prowadzi w tej chwili polityki zagranicznej – bo jest w niej ubezwłasnowolniona przez „elity polityczne” podległe na pewno nie Narodowi Polskiemu. A z drugiej strony Nasz potencjał jest ograniczony przez polityków – proszę sobie wyobrazić taki „wileński krym” -„nasi” politycy prześcigali by sie w mediach do kto bardziej jest winny i odpowiada za tą „zbrodnie stanu”. Bez głębokich zmian prawnych i politycznych – nasz potencjał pozostanie po prostu niewielki.

      • Avatar
        tutejszym :

        Ładnie napisane ale nierealne do wykonania. Musimy lojalnie trzymać się nie lojalnych Amerykanów i/lub Niemców. Co do Rosjan i Ukraińców to nie mam obecnie – po praniu mózgu – żadnych pomysłów. Ale chyba warto ruskich z szacunkiem starać się wykorzystać a ukraińskich banderowców regularnie napieprzać. Może to wpłynie na odbudowanie naszego auto szacunku. Czy zawsze jednak powiedzenie mojego dziadka jest aktualne?

        • Avatar
          zan :

          Podstawowa rzecz, to widzieć rzeczy takimi jakie one są. Polska jest zachodnią kolonią (Zachód to zrąb rządu światowego zapowiadanego przez Jamesa Warburga w 1950 roku), brutalnie eksploatowaną i niemającą nic do powiedzenia. Zatem jakiekolwiek apele dotyczące polityki wschodniej nie mają sensu. Polska polityka wschodnia decyduje się poza Polską. Elementarnym zadaniem jest wywalczenie AUTONOMII. Niestety na skutek zmasowanej propagandy Polakom wygniły mózgi. Polak jest dłużnikiem zachodnich banków, podlega prawu unijnemu, płaci na zakupy amerykańskiego uzbrojenia i podlega amerykańskiej propagandzie. A jednak ten Polak potrafi żyć w przeświadczeniu, że Polska to kraj niepodległy wchodzący w dobrowolne „sojusze” – a być może istnieje ryzyko, że sojusznik nas nie obroni. Więcej zrozumienia sytuacji mieli ludzie w PRL. Mało kto traktował ZSRR jako sojusznika i pierdzielił farmozony np. na temat naszej niezależnej polityki wobec RFN.

  1. Avatar
    sobiepan :

    Władysław Gulewicz Tymczasowość pokoju polsko-ukraińskiego
    22 maja 2015 | Publicystyka
    28 maja przypada 150. rocznica urodzin Bronisława Pierackiego – polskiego legionisty, uczestnika pierwszej wojny światowej, posła na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, członka tak zwanej grupy «pułkowników» (najbliższych współpracowników Józefa Piłsudskiego podczas przewrotu majowego 1926 r.), ministra spraw wewnętrznych w latach 1932-1934, zamordowanego przez bojówkarza OUN Hryhorija Maciejkę w Warszawie w 1934 r.

    Mimo że B. Pieracki uczestniczył w wojnie polsko-ukraińskiej w latach 1918-1919 – pozostawał zwolennikiem polsko-ukraińskiego pojednania. Ale będąc urzędnikiem państwowym – usiłował osiągnąć ten cel z uwzględnieniem interesów państwa polskiego. Pojednanie to było możliwe tylko pod warunkiem wzajemności, zwłaszcza wyłączając z praktyki walki politycznej po stronie ukraińskiej aktywnych radykałów i ekstremistów.

    B. Pieracki pełnił funkcję ministra w stosunkowo niestabilnym okresie historii państwa polskiego. Na terenie całego kraju trwały strajki robotnicze, brutalnie tłumione przez policję. Niestabilności w sferze socjalnej towarzyszyła niestabilność etniczna i polityczna. Przybierała na sile wrogość pomiędzy Polakami i Ukraińcami – mieszkańcami Galicji i Wołynia, wchodzącymi w skład ówczesnej Polski.

    Minister B. Pieracki uważał, że w celu zmniejszenia napięcia między dwoma narodami – należałoby nadać ludności ukraińskiej więcej praw w zakresie m.in. dostępu do pełnienia funkcji administracyjnych w organach władzy państwowej. W zamian Ukraińcy musieliby wykazywać lojalność wobec państwa polskiego oraz rozwiązywać własne problemy w zakresie kultury i gospodarki, a nie polityki. Apolityczność ukraińskiego ruchu narodowego – tzn. koncentrację na zapewnieniu wymagań kulturalnych i socjalno-gospodarczych – Pieracki uważał za konieczny warunek i podstawę zbliżenia polsko-ukraińskiego.

    W taki sposób automatycznie wyłączał on z dialogu radykalne skrzydło ukraińskiego ruchu narodowego, w tym zwłaszcza OUN, którego przywódcy uważali siebie za czołową polityczną i ideową siłę polskich Ukraińców. Stosując politykę ustępstw B. Pierackiemu udało się wcześniej normalizować stosunki z mniejszością niemiecką i kierownictwo OUN obawiało się, że ludność ukraińska odrzuci ich radykalne metody i wybierze w stosunkach z Warszawą język dyplomacji zamiast kul i bomb.

    Minister Pieracki był uważany za wroga, który słodkimi słówkami odwraca Ukraińców od głównego celu – budowy własnego państwa. Właśnie dlatego postąpiono z nim tak, jak trzy lata wcześniej z Tadeuszem Hołówką, jeszcze jednym wybitnym politykiem polskim, zwolennikiem pojednania między Polakami i Ukraińcami. Zabójców Hołówki udało się złapać i ukarać śmiercią, zabójca Pierackiego uniknął kary i wyemigrował do Argentyny, gdzie zmarł w 1966 r.

    A zatem, przyczyną zguby obu polityków stało się ich pragnienie normalizacji stosunków polsko-ukraińskich. Wiadomo, że Tadeusz Hołówko był zwolennikiem antyrosyjskiej idei prometeizmu, w jego planach poczesne miejsce było zastrzeżone i dla Ukrainy. Radykałowie ukraińscy tego nie docenili, jak nie doceniają oni teraz wsparcia, które Polska udziela Ukrainie w istniejącej sytuacji.

    Dzisiejsza Ukraina żyje według zasad przeciwnych poglądom Pierackiego i Hołówki. Radykalizm jest częścią ukraińskiego ruchu narodowego i stał się nawet jego podstawowym elementem. Bez radykalizmu nie ma ukraińskiego nacjonalizmu. Nie istnieje pojęcie „umiarkowany nacjonalizm ukraiński”, ponieważ on zawsze przekształca się w ekstremizm i odwrotnie. Nacjonalizm ukraiński nieuchronnie pozostanie ekstremistycznym, gdyż bez ekstremizmu znika niezbędność samego ukraińskiego nacjonalizmu. Bez radykalizmu nacjonalizm ukraiński zacznie się zbliżać do swoich oponentów (bądź to w Polsce, czy w Rosji), bo brak ekstremizmu zakłada gotowość do wysłuchania i zrozumienia swego oponenta.

    Wpływ cywilizacyjny Polski i Rosji jest na tyle wielki, że pozbawiony radykalizmu nacjonalizm ukraiński po prostu zniknie w kulturowych i politycznych koncepcjach tych państw. Może on pozostać przy życiu tylko drogą rozpalania permanentnej wrogości wobec obu tych nacji oraz używania wyłącznie języka nienawiści. Dlatego pojednanie ukraińskich nacjonalistów z Polską może być tylko tymczasowym i tylko sytuacyjnym.

    Nacjonalizm ukraiński nie może sobie pozwolić na zrzeczenie się tak polonofobii, jak i rusofobii. Żyje on tylko dopóty, dopóki istnieją sprzeczności między Polską a Rosją, grając na których przedłuża swój nikczemny czas. Antyrosyjskie poglądy Hołówki miały być dla niego gwarancją bezpieczeństwa przed działaniami OUN, gdy tymczasem dały efekt odwrotny. Nacjonalizm ukraiński nie chce pokoju ani z Polską, ani z Rosją, bo nacjonalizm ukraiński – to polityczny wampir, który żywi się energią wrogości pomiędzy Warszawą i Moskwą.

    Społeczeństwo ukraińskie osiągnęło dziś przerażający poziom radykalizacji. Ideowi spadkobiercy mordercy ministra Bronisława Pierackiego siedzą w Radzie najwyższej, MSW, Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, ministerstwie obrony Ukrainy itd. Paramilitarne oddziały ukraińskich nacjonalistów – w tym batalion UPA – walczą przeciwko ludności Donbasu obok jednostek regularniej armii Ukrainy.

    Ideologiczne oblicze tych oddziałów również się nie zmieniło. Jak wcześniej uznają tylko język zamachów i mordów. Organizacja Sicz Karpacka (klon OUN na Zakarpaciu) grozi pozabijaniem węgierskich polityków z partii Jobbik. Zabity na Donbassie pod Iłowajskiem w sierpniu 2014 r. Amerykanin pochodzenia ukraińskiego, Mark Pasławskij, który wyróżniał się tym, że w okrutny sposób traktował jeńców z oddziałów ochotniczych, okazał się krewnym założyciela służby bezpieczeństwa UPA Mykoły Łebedia, mającego związek z zabójstwem ministra Pierackiego.

    Bronisław Pieracki pochodził z wielodzietnej rodziny. Jego brat Kazimierz zginął w Oświęcimiu, zamęczony przez hitlerowców, z którymi współpracowała OUN. Poglądy działaczy OUN w wielu kwestiach zgadzały się z poglądami Führera…

    Dzisiaj na Ukrainie na zabójców Pierackiego patrzy się jak na bohaterów. Artykuł w ukraińskojęzycznej wersji Wikipedii mówi, że ministra zabili „mściciele z OUN” i ani słowa o zbrodniczym charakterze tej organizacji. Po podpisaniu przez prezydenta Poroszenkę dekretu o heroizacji OUN-UPA, każdy maniak należący do tej organizacji automatycznie staje się bohaterem narodowym i bojownikiem o światłą przyszłość Ukrainy.

    Ale jaką przyszłość może mieć Ukraina, jeśli dziś do władzy dochodzą tam tacy sami ludzie, jak zabójcy ministra Pierackiego? W kraju panuje neobanderowski obłęd, a rząd w Kijowie, aby przetrwać… szuka poparcia w Polsce. Polityka ukraińska jest obłudna: na wewnętrznej scenie trwa gloryfikacja katów z OUN-UPA, a na scenie polityki międzynarodowej – zapewnienia o niedopuszczalności wskrzeszenia nazizmu, oraz o przestrzeganiu zasad demokracji.

    Kijów potrzebuje Polski tylko dopóki trwają działania bojowe w Donbasie. Kiedy ustaną – nie trzeba będzie długo czekać aż ukraińscy nacjonaliści wbiją jadowite żądło w ciało Polski.

    Władysław Gulewicz