Konstytucja i kac pokonstytucyjny

Polacy są z przyzwyczajenia, a nawet z konieczności ludźmi skłonnymi do naśladownictwa, tak bardzo zresztą, że uniemożliwia to wykształcenie cech własnego, wyraźnie odrębnego charakteru narodowego.

Najpierw fajerwerk niepodległości. Na Sejmie Wielkim dla obudzenia ducha narodowego przypomina się konfederację barską – jako przykład rodzimej waleczności i duchowych przewag (bo realne to te przewagi nie były). Konfederację pochwala publicznie sam król, który przecie został przez konfederatów porwany, a będąc w ich rękach, miał niezłego stracha o własną skórę. Teraz wypuszcza pod ich adresem komplementy. Cóż, czego się nie robi dla dobrego PijaRu? Dzięki temu wszyscy Polacy mają na ustach entuzjazm, entuzjazm, entuzjazm. Odnowimy miasta, zbudujemy stutysięczną armię. Zrobimy sojusz z Prusami, które w razie czego pomogą nam przeciwko Rosji. Jesteśmy wielcy i bezpieczni.

Pozwolę sobie na dosłowność. Było to tak, jakbyśmy my dzisiaj mówili: jesteśmy w NATO, zbudujemy autostrady, stworzymy zawodową armię, wszystko jest i będzie cacy.

Pięknie, (- – -), pięknie. Ale przychodzi rok 1792, wojna z Rosją, „zdrada” Prus (fundamentalne przymierze okazuje się być zwykłym świstkiem papieru), dwa kolejne rozbiory i koniec. Nie ma nas. Państwo polskie okazuje się wydmuszką.

Ale przecież fizycznie jesteśmy. Polacy żyją. Nie polegli. Co zatem robią w nieistniejącej już Polsce Polacy? Relację o tym zdał młody angielski podróżnik, George Burnett, przybywszy do nas viaGdańsk, pobywszy dziesięć miesięcy w głębi kraju, głównie w arystokratycznych dworach i pałacach, poczym powróciwszy do siebie. Dwa lata później, w roku 1807 opublikował książkę Viev of the Present State of Poland.

W 2008 roku wyszła po polsku w przekładzie Marka Urbańskiego, w Wydawnictwie DiG. Jak dla mnie rewelacja, bestseller i memento. Dlatego stoi toto u mnie na zmianę: na półce w toalecie albo na stoliczku nocnym. Trudno przeczytać naraz całość, lepiej smakować drobne fragmenty, a efekt jest natychmiastowy i stąd takie miejsca stania tej wykwintnej pozycji. Jej lektura jest niczym dawka lekarstwa typu: „morderca cierpień” (vide Przygody Tomka Sawyera), albo „pałką w łeb” czy sos super-ostry do kebaba.

Jak zatem w oczach wyspiarza wyglądali ci, którzy jeszcze niedawno starali się o poprawę bytu Rzeczypospolitej i zamieniali francuskie fraki na kontusze? Otóż oni sobie po prostu odpuścili. Zacznijmy od wymówki, którą autor książki usprawiedliwia swoją nieznajomość języka polskiego:

Zaniechałem nauki polskiego […] od zamiaru tego odwiedli mnie sami Polacy utrzymując, że ich literatura narodowa nie wydała z siebie owoców tak obfitych i cennych, by opłacić trud włożony w ich uprawę.

Nic dziwnego, że autor wygłasza opinię, iż język polski wkrótce w ogóle zaniknie, zwłaszcza, że większość warstw oświeconych lepiej niż po polsku mówi po francusku. I tym bardziej, że –

Polacy utytułowani i majętni są, jak się wydaje, bardziej nawykli do podróży zagranicznych, niż ludzie z jakiegokolwiek innego kraju. Mając stosunkowo tak niewiele rzeczy godnych uwagi – czy to dzieł sztuki, czy natury – u siebie, żywią naturalną i chwalebną ciekawość obcych krain.

Dlatego też –

Polacy są z przyzwyczajenia, a nawet z konieczności ludźmi skłonnymi do naśladownictwa, tak bardzo zresztą, że uniemożliwia to wykształcenie cech własnego, wyraźnie odrębnego charakteru narodowego.

Skoro zaś krajobraz, dzieła sztuki polskiej i polska natura, a także literatura polska i język są przeważnie niegodne uwagi(no, tu trochę przesadziłem, autor sporo uwagi językowi polskiemu jednak poświęca, interesują go też pałace i rezydencje), cóż może być oryginalnego w samych Polakach? Jest trochę tego. Tańce, obyczaje… no i ów specjalny strój – kontusze. Tyle, że niestety, kontusze już przeminęły, bo –

Narodowy strój szlachty polskiej […] jest […] niebywale malowniczy i wielkopański, bardziej jednak ostentacyjny niż praktyczny. Nie jest jednak w dobrym tonie […] [i] obecnie powszechnie się od niego odchodzi. Polacy […] przyjmują modę angielską […] Niemniej, rzadko na którym przyjęciu nie pojawia się kilka osób nie odzianych w ów starożytny kostium. Nie przypominam sobie, bym więcej niż raz widział ubranego tak młodego mężczyznę. Starego obyczaju trzymają się sędziwi dzierżawcy; młodzi go porzucają.

Tak. Młodzi wykształceni z dużych miast porzucają tradycję. Porzucili też skrupuły, są obojętni na wyższe idee, nadto – rozpustni, rozpustni i rozpustni; bo…

…nawykowa frywolność jest rzeczą nagminną a supozycja, jakoby cecha ta miała specjalny wpływ na polityczną degradację państwa polskiego, wydaje mi się opinią trudną do zakwestionowania.

Toteż…

…jeśli zdarzy się, że przy takiej, czy innej okazji Polacy zaczną rozmawiać o zwyczajach i usposobieniu nieobecnych przyjaciół i znajomych, to rzadko kiedy usłyszeć można uwagi innego rodzaju niż: […] „Taki – a- taki – czymże szczególnym niby się wyróżnił? Chyba tylko intrygami i liczbą kochanek” & &.

Autor pośpiesza natychmiast objaśnić, że spośród wielokochankowych dżentelmenów tego rodzaju…

…znaczną sławą cieszy się Książę Poniatowski, bratanek zmarłego króla. Nie wolno jednak zapominać, że jego wysokość okrył się chwałą zarówno na polu Marsa, jak i Wenus i może okazać zaszczytne blizny wyniesione z obu rodzajów bojów.

Jaki jest stosunek Polaków do religii? Jakbym nie wiedział, to bym zgadł. W Polsce, czyli nigdzie, istnieje zażarty podział na radiomaryjne masy i zobojętniałą, oświeceniową elitę:

Jeśli chodzi o praktykowanie obrządków religijnych, to wśród warstw wyższych zdecydowanie przeważa modna obecnie non-chalance w tej kwestii; reszta, nawet osoby związane z rodzinami arystokratycznymi, jest w całości pogrążona w bezmyślnej uległości wobec katolicyzmu [dosłownie: „w całej uległej głupocie katolicyzmu” – przyp. tłumacza].

Jakąż na koniec opinię generalną wystawia angielski gość temu, że tak je nazwę, „przegranemu pokoleniu Konstytucji 3 maja?” Otóż taką:

Polacy – przy wszystkich swoich błędach – to ludzie bardzo interesujący; bezustanna gra afektów, której towarzyszą wyrafinowane formy kontaktów wzajemnych, czyni ich nieskończenie sympatycznymi. Nie należą do ludzi, od których gość w ich ojczyźnie mógłby chcieć oczekiwać czegoś więcej. W żadnej też mierze nie można im zarzucić niedostatku entuzjazmu i dążenia do narodowej chwały; nieszczęście ich polega jednak na tym, że w ostatnich latach nie pojawił się wśród nich umysł wielki, geniusz dowódczy na miarę Jana Sobieskiego.

Wyobrażam sobie, że dokładnie podobną opinię wydać mógłby szef jakiejś NATOwskiej inspekcji w jakiejś wikiliksowej depeszy z ostatnich lat. Polska jest tak w ogóle cool, tylko Polacy raczej do niczego się nie nadają. Czyż nie? Żal duszę ściska.

Na szczęście potem przyszedł Napoleon. A dziś?

Jacek Kowalski

Reklama



3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

    • lipinski :

      A może Polska się kończy, skoro całe masy Polaków wstydzą się swej Polskości nieprzerwanie od ponad 200 lat? Jak reszta narodu ma być dumna ze swej Polskości, kiedy druga połowa nieustannie gardzi swoją tożsamością, za swój życiowy cel uważając wyzwolenie się z jej pęt? Nikt Polaków nie upokorzył nigdy bardziej niż oni sami. Największym nieszczęściem Polski jest to, że ci zaprzańcy zanieczyszczają nadwiślańskie powietrze. Temat był zresztą już wielokrotnie opisywany. Jesteśmy krajem postkolonialnym, z postkolonialną elitą i z postkolonialną mentalnością – mentalnością niewolników.